Szkoła a rodzice........

IP: *.chello.pl 21.04.03, 21:15
Ostatnio czytam sporo postów negatywnie oceniających różne szkoły
niepubliczne. Coś w tym jest skoro tak wiele osób zdecydowało się zabrać w
tej sprawie głos. Sama też mam nienajlepsze zdanie o tego typu placówkach i,
niestety marne na temat szkół publicznych.
Szkoły publiczne zawsze były niedofinansowane, trafiali do nich uczniowie z
różnych środowisk a w przepełnionych klasach trudno realizować jakąkolwiek
pracę dydaktyczno-wychowawczą. Mało zarabiający nauczyciele zwykle nie
wysilali się nadmiernie, "odwalali" lekcje i tyle. Taką szkołę pamiętam z
czasów nauki mojej córki- dziś, między innymi dzięki korepetycjom, studentki
3 roku UW.
Gdy znacznie młodsze bliźniaki miały rozpocząć naukę w szkole właśnie
powstały szkoły prywatne i społeczne. Pomni doświadczeń wybraliśmy z mężem
placówkę prywatną. I, jak pokazało doświadczenie, było jeszcze gorzej! Dzieci
przewinęły się przez 2 szkoły, w których wszystko było ważne tylko nie nauka!
Rozwydrzone dzieci nie znające swojego miejsca w szkole, dyrektor głuchy i
ślepy na to co dzieje się dookoła, nierespektowanie, ustnych co prawda, ale
zawsze, obietnic ( odnośnie angielskiego, zajęć dodatkowych, wycieczek-
słowem wszystkiego). Dyrektor nie potrafił reagować na konflikty,
wychowawczyni miała zwyczaj obrażać się na rodziców. Cały ciężar edukacji był
przenoszony na dom ( pod warunkiem, że rodzicom zalezało, żeby dzieci
cokolwiek umiały).Rodzice, którzy chcieli problem edukacji "z głowy" bardzo
dobrze się w tej szkole mieli. Dzieci przynosiły raczej dobre stopnie a w
razie niepowodzenia mogły je poprawiać nieskończoną ilość razy ( zwykle raz
bo nauczyciel zadawał takie pytania na "poprawie", że odpowiedź znałby
przedszkolak). Dobry rodzic , zdaniem dyrekcji, to taki, który siedzi cicho i
płaci czesne!
Po kilku latach szarpania się, odrabiania z dziećmi lekcji i wyręczania
szkoły, postanowiliśmy poszukać szczęścia gdzie indziej. Wybór padł na inną
prywatną szkołę. Było jeszcze gorzej. Tym razem trafiliśmy na dyrektora,
który sam nie wiedział czego chce ( chociaż sorry, chciał w możliwie krótkim
czasie zbić jak największy majątek i konsekwentnie do tego parł). Wogóle nie
można z nim było się dogadać. Z nauczycielami również. Nie było wywiadówek
ani dzienniczków.Oceny owiane były tajemnicą. Każda próba nawiązania dialogu
odczytywana była za atak na nauczycieli, na dyrekcję, na szkołę. Nie działała
żadna rada rodziców ani jakiekolwiek ciało, które mogłoby cokolwiek od szkoły
wyegzekwować. W takiej sytuacji zdecydowaliśmy z mężem, że do końca 6 klasy
dzieci pozostaną w szkole a uczone będą w domu. Mąż "obstawiał" polski,
historię, angielski, ja matematykę i przyrodę. Dzieci przynosiły dobre lub
bardzo dobre stopnie i padały ze zmęczenia. My także. Test po 6 klasie zdały
na maxa ( oboje) i szkoła uznała, że to jej sukces.
Obecnie dzieci są państwowym gimnazjum. Jest także marnie, ale chociaż za to
nie płacę. Nauczyciele poobrażani (że musza pracować), klasy liczne, prace
domowe dla dorosłych ( np. pisanie mowy oskarzycielskiej lub obrończej -
dzięki Bogu, że mąż jest adwokatem).Pozbyliśmy się złudzeń. Uczymy w domu, w
szkole pojawiamy się rzadko, od nauczycieli nie wymagamy niczego, czesnego
nie płacimy ( szkoła publiczna). Nie mamy wątpliwości, że to co nasze dzieci
będą umiały będzie naszą i ich zasługą. Szczęśliwie mamy takie zawody, że
przy niewielkiej pracy "obejmujemy" wszystkie przedmioty, mamy wyższe
wykształcenie i czas na uczenie dzieci. Co mają jednak powiedzieć ci, którzy
takich możliwości ani umiejętności nie maja? Czasem także ogarnia nas lęk -
czy nasze dzieci będą kiedykolwiek portafiły się uczyć?
    • Gość: sialka Re: Szkoła a rodzice........ IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.04.03, 21:34
      wypada Tobie tylko współczuć.Mam dwoje dzieci, które chodziły do szkół
      państwowych - szkoła podstawowa na wsi i LO najbliższe domu. Nie korzystały z
      żadnych korepetycji, bez problemu zdały maturę i dostały się na wybrane
      studia dzienne.
    • Gość: Majka jestem z Marsa? IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 21.04.03, 21:39
      Czytam kolejny post zawiedzionych rodziców i zaczynam zastanawiać się, czy
      przypadkiem nie miałam niezwykłego szczęścia: starszy syn skończył świetną
      podstawówkę i świetne liceum (publiczne), nigdy nie miał korepetycji -
      nauczyciele uczyli doskonale. Młodszy idzie tą samą drogą edukacji: w gimnazjum
      nie miałam żadnych zastrzeżeń, w liceum mam pełne zaufanie do nauczycieli.
      Niektórzy jeszcze mnie uczyli- wiem, że to fachowcy najwyższej klasy. Jestem
      ostatnią zadowoloną matką w Polsce?
      • Gość: Agata Re: jestem z Marsa? IP: *.chello.pl 22.04.03, 10:13
        Przeczytałam trzy posty. Niestety moje doświadczenia są złe. Co prawda w
        przypadku syna obywa się, na razie, bez korepetycji i uczy sie dobrze, ale o
        warszawskich szkołach mam jak najgorszą opinię. W tym roku kończy podstawówkę.
        Co o niej sądzę wielokrotnie pisałam na tych łamach. Poszukiwania gimnazjum nie
        było łatwe. Zwiedziliśmy chyba ze 20 szkół. Po wstępnej eliminacji pozostały 3
        (trzy). Państwowe. Takie, w których dyrektorzy używali poprawnej polszczyzny,
        zachowywali się kulturalnie, nie zwracali do dorosłych ludzi i uczniów in spe w
        sposób lekceważący, przyszli na spotkanie przyzwoicie ubrani ( nie np.w
        podartym swetrze). Może to drobiazgi, ale pierwsze wrażenie jest bardzo
        istotne. Przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów ze znajomymi, których dzieci ucza
        się w szkołach róznego typu. Zadowolonych jest bardzo, bardzo niewielu.
        Czy można mieć zaufanie do nauczyciela, który mija się z prawdą? Większość
        moich rozmówców zwróciła na to uwagę.
        Też nie jestem z Marsa. Nie spadłam nawet z Księżyca. Nie stawiam chyba
        wygórowanych wymagań skoro oczekuję od szkoły ( obojętne czy publicznej czy
        płatnej), aby:
        1. W kasach odbywały się zajęcia ( lekcje)- absencja nauczyciela była wyjątkiem
        a nie regułą.
        2. Choć jeden obcy język prowadzony był na przyzwoitym poziomie w grupach nie
        większych niz 12 osób
        3. Szkoła była bezpieczna - wszelkie patologiczne zjawiska( przemoc, fala,
        narkomania) dostrzegane i eliminowane ( niekoniecznie przez usunięcie ucznia ze
        szkoły)
        4. Szkoła posiadała pracownie , które byłyby wykorzystywane np. w nauce
        biologii czy chemii
        5. Uczniom szczególnie uzdolnionym i zainteresowanym szkoła proponowałaby
        uczestnictwo w kółkach zainteresowań i odwrotnie uczniom słabszym lub takim,
        którzy maja zaległości np. po dłuższej nieobecności - konsultacje i pomoc.
        6. Nauczyciele nie mieliby szalonych pomysłów i udziwnionych koncepcji np.
        wuefista wiedziałby, że ważniejszy jest prosty kręgosłup niż wychowanie
        sportowca, polonista 2 razy w miesiącu nie wymyślałby przedstawień wymagających
        skomplikowanych kostiumów ( które zorganizować muszą rodzice), matematyk
        wiedziałby, że istnieją różne metody dojścia do poprawnego rozwiązania i nie
        karał ucznia, który rozwiązuje zadanie inna metodą.
        7. W szkole odbywałyby sie wywiadówki i dni otwarte, na których poruszałoby sie
        bez strachu ( o zemstę na dziecku) także "niewygodne" tematy.
        8. Dyrektor byłby życzliwie nastawiony do rodziców
        9. W klasach nie byłoby więcej niż 25 uczniów ( w niepublicznych 16)
        10. Odniosłoby sie wrażenie, że szkoła jest dla uczniów a nie , że uczniowie
        przeszkadzaja w szkole.
        Nie są to chyba zbyt wygórowane wymagania, a jednak w Warszawie ( bądź co bądź
        ponad milionowym mieście) trudno o szkołę, która by im sprostała.
        Czyżby w innych miastach było lepiej? Nie mam doświadczeń, nie neguję.
        W niektórych postach,( pochodzących chyba od nauczycieli) uderzają mnie ataki
        na rodziców i insynuacje, że wszystko zwalają na szkołę. Naprawdę tak nie jest.
        Pozdrawiam i czekam na wymianę ewentualnych adresów - kto słyszał o dobrych
        szkołach. Agata
        • Gość: Majka Re: jestem z Marsa? IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 22.04.03, 10:41
          Agato, wszystkie wymagania, o których piszesz, są do zrealizowania -prócz
          dwóch: liczebność klas i grup jest zależna wyłącznie od władz gminnych. Na to
          dyrektorzy nie mają wpływu. Żadnego :-(
          Oczywiście piszę o szkołach publicznych.
          • Gość: Agata Re: jestem z Marsa? IP: *.chello.pl 22.04.03, 15:06
            To jesteś szczęściarą! Byłam na zebraniach w 20 warszawskich gimnazjach,
            rozmawiałam z dziesiątkami osób mających dzieci w różnych szkołach. Dochodzi do
            tego, że mając zawodowy kontakt z rodzicami dzieci w wieku szkolnym pytam o
            szkołę. Naprawde moje wymagania nie są wygórowane - tu się chyba zgodzisz.
            Byłam na zebraniu w jednym- publicznym- renomowanym gimnazjum. Takim przy
            liceum, a więc "w cenie". Dyrektor nosił obłachmaniony sweter i przywitał ok.
            200-300 osób , rodziców i uczniów, stwierdzeniem" co was tu tak dużo"? W innej
            szkole dyrektorka zapewniała, że u niej nie ma problemu narkotyków, choć
            wiadomo, że są. W jednej ze szkół prywatnych, też ponoć renomowana, dyrektor na
            każde pytanie odpowiadał- zobaczą państwo później.
            Z tego wynika, ze albo ja źle trafiam, albo, paradoksalnie, Warszawa ma
            najgorsze szkoły. .
Pełna wersja