okrutny_mariuszek
21.08.05, 23:35
Długo nie jeździłem. Jakieś kilka dni.
Padaka stała sobie w garażu na wsi, a jej akumulator rozładowywał się dzięki
niewyłączonemu alarmowi.
Dziś rano poczułem, że muszę polatać... Cały ranek (aż do południa) chodziłem
markowtny i drażliwy. W końcu przekonałęm moją Ukochaną, że musimy odwiedzić
moją babcię. POjechaliśmy.
Co tam babcia! Gdy dotarliśmy do celu minąłem babcię i podarłem do garażu.
Kluczyk w stacyjkę i.... bez problemu motocykl odpalił.
Krótka rozgrzewka (w tym czasie pogadałem z babcią - w zasadzie to oboje
przekrzykiwaliśmy warkot silnika) i wio!
Nawet kasku nie zakladałem.
Potem powiedziałem Lubej że jeśli chce wracać samochodem do domu to albo
niech idzie na autobus, albo niech samam jedzie samochodem.
Na autobus nie chciało jej się iść.
Umowiliśmy się, że ona pojedzie pierwsza, a ja ją gdzieśtam dogonię (dałem
jej 20 minut forów, bo chciałem sobie poodkręcać, a gdyby Ona to widziała to
potem by się pluła i cholera wie co jeszcze).
Nadszedł czas mojego wyjazdu. Myślę sobie - dogonię małą w Rudniku. Jednykna,
dwójka, trójka, czwórka, piątka, hamowanie, trójka, czwórka, hamowanie,
trójka, trójka (wysokie obroty, mała prędkość ;)) czwóka,piątka, szóstka i
jestem w Rudniku, a Małęj nie ma!
Nic myślę sobie, dogonię ją na "obwodnicy", albo w pobliżu Niska. Ciągnę 2
paki a często wyżej, dojeżdżam do Niska, ani Jej widu, ani tym bardziej
słychu... Myślę sobie, że Mała jeździ jak wariatka! Nigdy ze mną tak nie
jeździła i wogóle skąd Ona to umie?! Podejrzewam kochanka, albo co gorsza
kochankę... i mam nadzieję, że dogonię ją przed Stalową Wolą.
Szereg artykułow i reportarzy w mediach sprawia, że samochody mi ładnie
zjeżdżają ułatwiając jazdę (doskonale wiem, że to nie media, ale Sunshine
nauczył ludziskow jak się jeździ). Po drodze miajm 2 motocyklistów, ale wtedy
nie dostrzegam że to motocykliści - jadą powoli jak pipy i blokują drogę
samochodom (auta z chęcią by ich wyprzedziły, ale zakaz i wogóle droga w
poblizu policji...), gdy ich mijam myślę sobie ze to skuterzyści i wogóle nie
zwracam na nich uwagi...
DOjeżdżam do Stalowej. Wstyd mnie pali i czuję się podle. Mała dojechałą
przede mną... Za3muję się na światłach, na któych nigdy się nie za3muję.
Dalszą częśc drogi pokonuję z gejowską prędkością 80 - 120 km/h... Dojeżdżam
do domu i.... NIE MA JEJ!!!!!!!!!!
Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak bardzo sie cieszę!, ale jednocześnie
czuję jaka bedzie zjebka, bo pewnie minąłem ją gdzieś po drodze, a "po
drodze" to znaczy, że szybko ją minąłem... Przeje*ane, jak wziąść kredyt w
CityBanku, albo ubezpieczyć motor w Generali...
Stoję pod blokiem i czekam.
Czekam.
CZekam.
czekam....
Irytuję się.
Nachodzą mnie myśli by zapakować motocykl do garażu (który udostępnił mi
nieodpłatnie sąsiad z bloku /czasami sobie w tym garażu rozweselamy wieczór
piwem - on się chowa przez żoną, a ja się jeszcze chować nie muszę/) i dalej
czekać na Lubą.
No ale przecia zajebista pogoda i jak się zorientowałem w mieście samochodowy
ruch spory (obchody 25-lecia Solidarności), no to sobie polatam tak jak
lubię...
Przy okazji mogę przecież pojechać drogą, którą Ukochana będzie na 73%
jechała.
Jadę tą drogą.
I spotykam Najdroższą. Na przejeździe kolejowym. Nie bardzo mogę nawrócić (bo
z tyłu autobus który nadjechał z prawej), no to sobie zrobię rundkę po
mieście (takie troche gościnne występy). Wpycham się na światłach przed
samochod i będę się wpychał w lewo.
Zielone (żółte w zasadzie)! odkręcam i... z prawej stoi koleś na motorze,
któego znam. W Duszy mam dylemat: Zrobić jakieś akrobacje i zgadać się z nim
na jakąś ścigankę, czy jechać tak jak zaplanowałem wcześniej...
Trudno, zmierzymy się kiedy indziej. Podniosłem łapę w pozdrowieniu i dalejże
pokazywać ludziom że wraz ze wzrostem prędkości maleje iloraz inteligencji
(przy okazji łapię uślizg tyłu na białym)...
Jadę i chcę się poprzeciskiwać między samochodami, ale te jak jeden mąż jadą
powoli lewym pasem... Wyprzedzam toto wszystko po prawej i dojeżdżam do
świateł, które zmieniają się na zielone (dojeżdżałem hamując silnikiem, co
powodowało sporo hałasu /tytanowy BOS/, co zapewne powodowło, że inni
użytkownicy drogi raczej nie mieli o mnie najlepszego zdania).
Na kolejnych światłach widzę, że będę stał. Przy okazji dostrzegam, tych 2
gości co ich widziałem w NIsku, których wziąłem za skuterzystów-łamagów
(pomyślałem sobie, że straaaaaaasznie wolno musieli jechać i w głebi duszy
trochę współczułem kierowcom którzy musieli za nimi jechać).
Dojeżdżam do świateł. Gesty powitania, pokazuję, ze chcę się mierzyć do
następnych świateł. Kiwają głowami. Wiem że nie mam szans - oni jadą na
hondach i zaraz złoją mi dupsko.
Swiatła!
odkręcam i już mnie nie ma!
- Miałem dobry start, - myślę sobie!
Wiem ze zaraz zaczna mnie wyprzedzać i tylko czekam tego.
Czekałbym do usra*ej smierci! bo kolesie zamiast się mierzyć ruszyli swoim
żółwim tempem!
Na kolejnych światłach zdążyłem sie zanudzić na śmierć, czekająć na zielone.
Gdy startowałem to w lusterku zauważyłem że ci dwaj za trochę dojadą... nie
czekałem...
Nie było ściganki. Nie było zabawy, nic tylko się pochlastać z nudów.
Nudą wieje... Dojechałem do domu zaprowadziłem motor do garażu, zabrałem
rzeczy jakie przywiozła samochodem Ukochana i poszedłem do domu...
...Albo ja inaczej wyobrażam sobie motocyklizm, albo....
.
NUUUDA JAK CHOLERA!
chyba oddam padakę jakiemuś emerytowi, bo na takie emeryckie rozrywki to ja
jeszcze za młody jestem...