Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie to?

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.04.08, 09:32
Klaps 1
Był rok 1993. Niebieska MZ ETZ 251 zaparkowała pod furtką mojego domu. Przede
wszystkim sam fakt, że motocykl był niebieski, albo bardziej błękitny –
stanowił sensację. Wówczas, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych nie
było w Polsce ani wielu motocykli innych marek, ani nawet wielu innych barw,
na jakie malowano jednoślady wyjeżdżające na drogi, szczególnie w mojej
okolicy. Pamiętam tylko czarne „wueski” oraz zielone, srebrne, czerwone
simsonki i inne, starsze „emzety”. Pod furtką parkował po prostu motocyklowy
hit tzw. bloku wschodniego - model 251. Z poprawionym i wzmocnionym silnikiem,
ale przede wszystkim niezłą, nawet proporcjonalną jak na ówczesne standardy
sylwetką.

Motocykl należał do Artura, kolegi z osiedla, od niedawna pierwszego w mieście
szczęśliwego posiadacza „etki” 251 z 1989 roku. Nowa kolorystyka zbiornika i
boczków motocykla, kanciaste kierunkowskazy w dwunastowoltowej już instalacji
o świetnej wydajności, stanowiły nie lada powiew nowoczesności. Zająłem
miejsce pasażera – było obszerniejsze i wyżej umieszczone, niż w moim jakby
„wyliniałym”, a inaczej mówiąc dekadenckim w tym porównaniu simsonie.
Pierwsze, duże wrażenie zrobiła na mnie lekkość i zwinność, z jaką motocykl
poruszał się ciasnymi uliczkami miasta. I to przy użyciu zaledwie niskich i
średnich obrotów silnika oraz zdecydowane, twarde tłumienie nierówności przez
tylne zawieszenie. Trakcja opon po nawierzchni była tak znakomita i
przewidywalna, że można było wyobrazić sobie fakturę asfaltu i gładkość
powłoki farby, którą wymalowano białe linie na jezdni. Dwusuwowe serducho o
mocy 26 KM łagodnie dudniło i gwizdało przy charakterystycznym wytłumieniu
wydechu, a maszyna toczyła się dostojnie przez rynek. W pewnym momencie
bardziej stanowcze, lecz wciąż jeszcze umiarkowane dodanie gazu i raptowne
szarpnięcie motocykla przez kierowcę przyspieszyło bicie mojego zlęknionego
serca. Nie wiedziałem czego należy się złapać, aby poczuć się bezpiecznie –
uchwytu za siedzeniem, czy pleców kierowcy. Nie wiem, co w takim wypadku
pomyślałby sobie kolega, gdybym znienacka objął go „niedźwiedziem”, ale
pamiętam, że bardzo bałem się tego, co się zaraz stanie i zdecydowany byłem na
wszystko.

Klaps 2
- Pokazać ci, co to potrafi? – dobiega mnie głos Artura stłumiony przez kask.
- No jasne – odpowiadam i z całych sił zaciskam ręce na rurce stalowego
uchwytu za plecami, wierząc, że nigdy się nie złamie.
Na ulicy Powstańców Śląskich jest wąsko i ciasno, wzdłuż chodników stoją
zaparkowane samochody. Dwójka i gaz. Atomowe przyspieszenie! Duża siła
pociągnęła mnie do tyłu, a wzmagający się wokół mnie huragan zrywa mi katanę z
ramion i obsuwa ją na łokcie. Widok ulicy uległ jakby złudnemu
zniekształceniu. Latarnie śmigają do tyłu w zawrotnym tempie. Trójka i na
zegarze dziewięćdziesiąt. Wystające spod kasku długie włosy Artura związane w
kuc wpadły w chaotyczny korkociąg przed moim nosem. Czy zdąży wyhamować przed
skrzyżowaniem? A jednak. Z impetem wpadam na plecy kierowcy, bo siła działania
przedniego hamulca tarczowego katapultuje mnie niespodziewanie do przodu. Jest
mi dziwnie, ale nie wiem dlaczego. Stoimy „na stopie” czekając na swoją kolej
włączenia się do ruchu, a ja staram się szybko odplątać i pozapinać kurtkę.
Niestety nie zdążyłem. Wtedy po raz pierwszy zaczynam rozumieć, że w jeździe
na motocyklu pozostaje naprawdę niewiele czasu. Już wiem, że trzeba być
szybkim. Bardzo szybkim. Tak jak teraz, kiedy ulicą Warszawską gnamy pełnym
ogniem i znowu zrywa mi katanę, ale tym razem kurtka zatrzymuje się dopiero na
samych nadgarstkach. Jeśli podczas jazdy z tą prędkością puszczę uchwyt choćby
na chwilę kurtka odfrunie bezpowrotnie, a możliwe, że także i ja w ślad za
nią. Jestem bezwładny. Przez szum wiatru nie słyszę silnika, czuję rosnące
wibracje, przeciążenie przyspieszenia, nierówności jezdni, ale przede
wszystkim ogromną jak mi się wydaje, prędkość. Wychylam się poza kask kierowcy
ocierając o ścianę strugi jeszcze bardziej huraganowego wiatru potrząsającego
brutalnie moją głową i ledwo dostrzegam wskazanie prędkościomierza – 110 km/h,
tak po prostu w mieście, dostępne prawie natychmiast bo po kilkunastu
sekundach. I to na czwórce, a przecież jest jeszcze piątka. Nowe oblicze jazdy
jednośladem właśnie ryje głębokie piętno w mojej duszy. Kiedy z impetem
wyprzedzamy trzy samochody naraz, zdaję sobie sprawę, że już nigdy nic nie
będzie takie samo, jak dotychczas. Zmieniłem wiarę. Na łuku w lewo Artur rzuca
motocyklem, mam wrażenie, że na kolano, a za łukiem mocno stopuje. Wtedy wiatr
wycisza się, ale słyszę coś nowego – tylna guma pode mną wyje z wysiłku, nie
mogąc utrzymać przyczepności przy hamowaniu. Lekkie zarzucenie tyłem i wpadamy
ostro skręcając na kolejną ulicę.

Klaps 3
Siedzimy na kaskach w polu obok szosy, przed nami błyszczy się w ostatnich
tego dnia promieniach słońca błękitna etka 251 z 1989 roku, pierwsza seria.
Wraz z zapachem wiosennego wieczoru unosi się zapach jednak o wiele ciekawszy,
bardziej intrygujący. To właściwie niezapomniana mieszanka – spalonego mixolu,
rozgrzanych klocków hamulcowych i nafty, którą kolega miał w zwyczaju
namaszczać czyste silniki wszystkich swoich dwusuwowych motocykli. Przy
cykaniu stygnącego metalu Artur mówi z przekąsem: - Dwa - pięć – jeden ma
krótszą ramę od dwieściepięćdziesiątki i lepsze sprzęgło zamontowane
bezpośrednio na wale korbowym. Dlatego fajnie idzie „na gumę”, szczególnie
podczas jazdy we dwie osoby. Zaraz zresztą ci pokażę...

Nie tak od razu docierają do mnie te słowa.


    • Gość: baba_zanetti Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.subscribers.sferia.net 13.04.08, 09:59
      fajnie lekko i przyjemnie się czyta- i wspomina:)
      • Gość: siekiera77 Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.aster.pl 13.04.08, 12:58
        te okularniki to mają
        taką jakąś łatwość pisania...
        dobre! ;-)
        pozdr
        s
    • Gość: spiwor Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.ssp.dialog.net.pl 13.04.08, 15:55
      Dobre, dawaj dalej ;)

      Swoją drogą pierwszy kontakt z MZ etz250 także miałem w '93 w ósmej klasie
      podstawówki, po dwóch dniach pożyczania jej od kumpla nadszedł ten dzień - dobra
      trzeba zobaczyć jak wskazówka przekracza 100km/h, strach mieszał się z
      niepewnością i takim nerwowym upojeniem. Przed wsiądnięciem na moto lekki
      dopalacz, jedynka i ogień wskazówka szybko wspinała się po prędkościomierzu, jak
      to zapierdzielało! Dla piętnastolatka ciężka maszyna i to przyspieszenie było
      czymś nieziemskim. Wreszcie wskazówka przekroczyła 100km/h, po chwili 105km/h ,
      jeszcze mało i nagle buuuuu.... i zabrakło paliwa...
    • Gość: Dzakas etz 251 ma 21 koni nie 27 nigdy wzyciu tyle IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.04.08, 20:59
      yo
      • Gość: bigerista Re: etz 251 ma 21 koni nie 27 nigdy wzyciu tyle IP: *.toya.net.pl 13.04.08, 22:45
        TAK , DOKŁADNIE TAK . LEPIEJ BYM TEGO NIE OPISAŁ .
        Takie same miałem odczucia i do dziś uważam ze ETZ to całkiem żwawy
        i nieźle chamujący motocykl ...
        Super , za chwilę przeczytam to jeszcze raz . Ale :
        1) etz miała 21 koni...
        2) etz 251 miała sprzęgło identyczne jak etz 250 , nie jakieś
        wzmocnione ...
        • Gość: baba_zanetti Re: etz 251 ma 21 koni nie 27 nigdy wzyciu tyle IP: *.subscribers.sferia.net 14.04.08, 08:56
          e tam, teraz to okular to wie, ale jak się było w 8 klasie...:)
          mógłbym przysiądz że widzialem wtedy motocyklistów z linką przy
          szyi:P
    • Gość: okular Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.04.08, 14:31
      faktycznie 21 KM, sorka :-)
      • Gość: Dany Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.city-net.pl 14.04.08, 15:40
        Az sie lezka w oku kreci...Latem 1990 roku pojechalem na basen swoim nowiutkim,kilkudniowym Ogarem 200.Sprzet jak marzenie i ten bordowy metaliczny kolor.Krocze dumnie w kieruku kasy i nagle slysze miarowy dzwiek nowiutkiej ETZ 251.Patrze a to moj starszy kolega zajechal tym nieziemskim sprzetem!Kupil go kilka godzin wczesniej na gieldzie!Dla mnie to bylo jakbym zobaczyl ufo!To zawieszenie z przodu i ta tarcza hamulcowa!Oczywicie musial ze mna na tym cudzie pojechac.Przewiozl mnie chyba ze 120!Strasznie mi bylo smutno jak wsiadalem znow na mojego Ogara i oczywiscie tego dnia juz nie bylem na basenie tylko w cieszkim szoku opowiadalem kumplom jakia to rtakieta dzis lecialem...
    • Gość: spiwor Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.ssp.dialog.net.pl 15.04.08, 19:48
      Okular nie chce nic pisać to w przerwie wklejam co się działo (kontakt z MZ po
      latach) w 2006 roku i już tu było opisane:

      Na początku kwietnia w moim życiu skończył się znowu pewien etap. Wylądowałem
      spowrotem w kraju w kielni czterysta funtów, jakoś szkoda było ich przepić i
      przećpać, pozatym stało się to już nudne, lepiej wydać kasę na coś innego co
      także sprawia przyjemnośc czyli jakiś pojazd.
      Mając na uwadze jaki samochód dopiero co sprzedałem nie uśmiechało mi się
      kupować jakiegoś zdezelowanego polo czy peugeota 205 i jako, że po latach
      miłość do motocykli nie umarła a wręcz cały czas była podsycana wybór padł na
      MZ. Najlepiej najtańszą, po remoncie i z tarczą z przodu, wiadomo - twoja
      zdolność hamowania daje ci prawo do prędkości a jak parę złotych zostania będzie
      za co zatankować. Szybkie przewertowanie ogłoszeń- jest. W bardzo dobrym stanie,
      w miarę niedaleko(100km). Szybki email do sprzedawcy czy można się targować i
      kupić ją za 200zł mniej(1500), odpisał, że targować mogę się na miejscu, cóż
      robić, do sklepu po kask i w pociąg.
      Jako, że pociąg zatrzymywał się na każdej stacji dotarłem tam na wieczór. Cześć,
      cześć - to jak, kupię ją za 200 zł mniej, bez sprawdzania ok? Troszkę kręcili
      tam nosem ale wkońcu się zgodzili. Spytałem tylko czy odpala od pierwszego,
      odpalili no to poszliśmy spisać umowę. Nagle pytanie-ty naprawdę chcesz jechać
      tym do Wrocka? Wiesz-my tak jeździliśmy tylko wkoło domu, a tak wogóle to
      przeglądu nie ma...Głupie pytania - czerwona bestyjka jest moja i już.
      Kask na głowę jedyneczka i jazda, bo ciemno zaczęło się robić, po ok. kilometrze
      korek, na zegarku z 8 dych ja po hamplach a tu zamiast błyskawicznie stanąć w
      miejscu to błyskawicznie włosy dęba stają, dobrze, że było trochę miejsca między
      samochodem a krawężnikiem, bo szybko bym się nacieszył etką;) Ale nic tam teraz
      może być tylko lepiej. Stoję w korku a ta zołza za nic nie chce trzymać równo
      wolnych obrotów, próbuję na półsprzęgle podjechać kawałeczek a ta zołza gaśnie.
      Po kilku takich próbach, dobrze, że miałem kask, zjarany na twarzy wepchnąłem ją
      na chodnik i udaję, że poprawiam lampę a tu nagle zostaje mi ona w rękach!!! A
      tu za chwilę całkiem ciemno się zrobi a do domu 100 kaemów!!! Znalazłem kawałek
      worka i udało mi się jakoś ją przyczepić tak, że świeciła mi prosto pod przednie
      koło. Ale nie ma co się łamać, zacząłem indiankę pchać(nie chciałem jechać po
      chodniku żeby psiarnia nie zaczęła się czepiać-brak przegląu) i zapchałem w małą
      uliczkę, na spokojnie trzeba wyczuć sprzęta, pokręciłem się trochę, wyjazd na
      prostą i pierwszy zakręt- dobrze, że z naprzeciwka nic nie jechało, zakręt
      wyglądał tak niewinnie a nieumiejętność i strach przed wywrotką wyrzucił mnie na
      przeciwległy pas. Spokojnie trzeba się uspokoić, na szczęście na horyzoncie
      stacja benzynowa, akurat zatankuję na powrót do domu. Nalałem bajurki do pełna,
      dolałem miksolu i poszedłem stanąć do kolejki żeby zapłacić. Nagle patrzę a tu
      radiowóz podjeżdża na stację, wychodzą z niego chłopaki, zbliżają się do etki i
      coś tam gadają do siebie, powiem szczerze tak jak się obsrałem ze strachu to
      dawno się nie obsrałem, wchodzą do środka i okazało się, że to jacyś znajomi
      sprzedawcy, przyszli sobie pogadać. Po tym miałem już całkiem dość tej
      miejscowości. Trzeba się wynieść jak najszybciej i wracać do domu. Lampa świeci
      pod koło, decyzja-powrót autostradą, czyli nuda, monotonność i bez niespodzianek.
      Udało się wreszcie wyjechać z tej skądinąd przepięknej miejscowości i powrót do
      domu. Wszędzie ciemno wokół, lampa świeci pod koło a na dodatek miałem kask z
      ciemną szybką;) więc jechałem z nią odchyloną.I wszystko było ok, póki nie
      wyjechałem na autostradę, prędkość podróżna 100, oczy łzawią, totalnie zimno się
      zrobiło w głowie szwędają się myśli - na ch** mi to było potrzebne. Patrzę na
      znak - Wrocław 80 km. Zamarzałem i tylko przed zepchnięciem etki do rowu
      powstrzymała mnie miłość do jednośladów. Pod koniec autostrady od tej
      monotonności zacząłem wyć żeby zagłuszyć, szum wiatru i myśli. Ale udało się
      dojechałem szczęśliwie do samego domu. Przed bramką do domu dodałem gazu i
      ostatnia rundka po ulicach Wrocka, dodatkowe 80 kilometrów.
      Pojeździłem jeszcze dwa dni aż przestał hulać co się okazało miał jedną szpilkę
      głowicy urwaną a w środku odwalona sztuka jakich mało ale to na inną opowieść,
      jak i to jak samodzielnie przez trzy dni rozbierałem silnik(choć pierwszy dzień
      się nie liczy bo miałem tylko 4 godziny czasu a to nie taka prosta sprawa dojść
      do tego jak umocowana jest linka sprzęgła:))

      edit:
      Praktycznie za każdym wyjazdem coś się psuło, przez sezon nakulała 6tyś. km
      m.in. przejazd kawałkiem wybrzeża, Gdy już wszystko było zrobione na cacy i nie
      miało się co zepsuć - salto przez przód, właśnie na powrocie z wybrzeża, ale to
      było do naprawienia. Dwa tygodnie później potężny dzwon z betonowym słupkiem -
      uszkodzona rama. Po pewnym czasie sprzedana na zestaw napędowy do obecnego moto
      i jedzenie.
      • Gość: goguś Re: Wszyscy latają na japonii 200, a pamiętacie t IP: *.212.c78.petrotel.pl 15.04.08, 20:41
        Ja też miałem 251 ! Wcześniej SHL 11 LUX,to jak kupiłem 251,ale
        była radocha :))))Niestety,jeden zakręt nie dał się wziąć tak
        szybko....Zakład ubezpieczeń orzekł 100 % szkodę.Miała 8
        miesiecy...Chociaż teraz pojeżdżam Pan Europeanem 1100,to miło
        wspominam chwile na 251........
    • Gość: okular inne, troche bylejakie ale prawdziwe IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.04.08, 22:09
      A bylo to tak.
      grzalismy strasznie, duzy ruch prowokowal moich kolegow do ryzykownego
      wyprzedzania wolno sunacych sznurem aut przy duzej predkosci. Do tego jeszcze ja
      - zoltodziub ktory dawno powinien zostac w tyle, a mimo to dalej trzyma sie na
      ogonie. Chcieli mi pokazac jak sie jezdzi wiec pokazali. Po serii ostrych i
      ciasnych winkli pojawil sie dlugi luk w lewo 90 stopni z poprzedzajaca go piekna
      prosta pozwalajaca sie dobrze napedzic z gory. Pierwszy moto wszedl pieknie
      chociaz raczej iskry sypaly sie z podnozkow. drugi, Krystian na swoim blekitnym
      streetfighterze bez hamowania zaladowal sie za nim. Ja dzgalem z tylu z gory
      utrzymujac tempo i majac pelna pogladowke na przebieg wydarzen.
      I wtedy zobaczylem jak maszyna Krystiana przywala w strome zbocze gory po
      zewnetrznej zakretu. Targana duza sila, miota snopy ziemi, kamieni i elementów z
      motocykla i dachuje po krzakach i rowie tuz obok drzew. Kolega po kilku
      nieartykulowanych manewrach zatrzymal sie bez ruchu na plecach z raczkami do
      gory. Wszystko nagle sie zatrzymalo

      Kiedy postawilem drynde i podbieglem do lezacego, zobaczylem tylko jego wielkie
      mocno wystraszone, a przez to wylupione oczy spozierajace nieprzytomnie przez
      wizjer kasku.
      - Reka, noga? Mów co cie boli? - wydarlem sie
      - i reka , i noga - jeknal, po czym dodal - nie moge oddychac...
      Odpialem mu kask, kurtke i mowie - nie ruszaj sie na razie!
      W tym czasie zaczely zatrzymywac sie samochody - ale nie te, ktore wczesniej
      wyprzedzalismy (te omijaly nas zwalniajac jedynie aby nacieszyc sie widokiem!),
      tylko te jadace z naprzeciwka, ktore jeszcze nie mialy okazji poznac naszych
      awanturniczych charakterow przy brawurowej jezdzie.
      Krystian wolno poruszal konczynami, zlapal w koncu oddech, a ja probowalem
      podniesc rozbita suze, lezaca do gory kolami. Krystian do mnie lezac w krzakach:
      - Bartol, czy mozesz wylaczyc mi stacyjke? POmoglem wstac koledze, i wtedy tez
      odprawilem samochody i gapiacych sie pepikow. Wkrótce nadjechal tez Yogi, ktory
      zaniepokojony nasza dluzsza nieobecnoscia we wstecznych lustrach zawrocil
      obstawiajac po drodze: ciekawe ktory przypikowal - pewnie Okular.
      Jeszcze tylko na chwile zemdlal nam kamikadze po czym jak sie ocknal zapytal
      retorycznie: "Czy trzeba sie az tak sku..c, aby byc modnym?"
      Pozbieralismy graty, ochlonelismy znacznie, wyprostowalismy wzglednie kierownice
      motocykla (bardzo drogi gadzet ze stajni Tomaselli - szkoda ze tak jak inne
      drogie i niepowatrzalne zabawki z moto Kasprzyka juz tylko na zlom), odpalilismy
      fury i ruszylismy do domu spokojnie, skracajac planowana rzeznie o polowe drogi.

      Okazalo sie ze ma polamane zebra (uderzenie brzuchem w zbiornik) i kosci barku
      (uderzenie w kierownice i pobocze). Tak myslalem bo jego cale prawe ramie opadlo
      makabrycznie na dol. Mimo to dojechal sam do domu (przerwy co 30km). Moto
      generalna sile uderzenia przyjelo na kola - amory uratowaly sprzet przed
      calkowita destrukcja, silnik i kola mniej wiecej cale, ale reszta - zadupek
      zlamany, bak pogiety tak jak czacha i blotnik, brak symetrii kol, i pourywane
      detale.
      Nie próbujcie tego w domu
Pełna wersja