marcin_osikowicz
01.11.08, 23:45
Zapaliłem dzisiaj świeczkę Alkowi Woźniczce, koledze którego niezbyt
dobrze znałem. Życie mu się ułożyło tak, że je skończył w Tuszynie.
Człowiek się z kimś umawia, coś planuje, jedzie po coś z Krakowa do
Łodzi, a kończy w Tuszynie pod sygnalizatorem. Jak tę świeczkę mu co
rok zapalam (na Katowicach, trzeci rząd w dół od głównej alei i
czwarty na prawo od brzóz), to coś jakbym sobie zapalał. I zawsze
się cieszę, że już listopad, bo jak się dożyje listopada, to już i
do marca się dociągnie.
A trzy dni temu jakiś debil wystartował spod świateł na kole i do
następnych miał 400 metrów. Pewnie chciał przejechać to następne
skrzyżowanie za jednym zamachem. Pewnie robił to codziennie od marca
aż pod sam koniec października, bo jeździł tamtędy do pracy. Ale
akurat synchronizacja świateł się zmieniła i tam gdzie powinno być
jeszcze zielone, już było czerwone. Więc ten głupek zaczął hamować,
ale trochę za późno, bo z pół sekundy zeszło na ocenę sytuacji. A
jak się codziennie od marca jeździ trochę szybciej, to pod koniec
października pół sekundy to może być sporo metrów. Więc hamując
zaczął myśleć, rychło w czas, gdzie mu wypadnie koniec drogi
hamowania. I wyszło, że choćby butami zaczął ryć skiby w asfalcie, i
tak zatrzyma się już po drugiej stronie świateł. Więc dodał gazu,
przeciął skrzyżowanie na czerwonym i zwiał. Widziałem to z bliska.
Nikt nie był bliżej.