Schody - w graniu przeszkody...O pewnym monodramie

08.02.03, 18:10
Kiedy idę na monodram chcę przeżyć swoje sam na sam z
wewnętrznym światem bohatera, chcę się do niego
przybliżyć, chce słyszeć jego oddech, chce wniknąć w
jego intymność chcę z nim współodczuwać jak z bliską
osobą. Nie zniosę grama pozy, aktorskiej maniery,
sztampy, nie zniosę siłowego technicznego grania, aktor
musi zapomnieć o scenie i oddać mi część swojej
prywatności. Jak w żadnej innej formie teatralnej musi
dać mi swoją żywą emocję, musi się przede mną odsłonić
w swojej prywatnej wrażliwości. Monodram przez swoją
kameralność nie zniesie grama nad-ekspresji nie zniesie
przesady i nałożonej na siłę formy postaci, której
aktor nie jest w stanie uwiarygodnić. Jeśli w dodatku
oparty jest na biografii, biografii kobiety i
artystki...


W monodramie o Josephine Baker brakuje przede wszystkim
rysu intymności i wiarygodności wewnętrznego świata
postaci . W historii gwiazdy sceny najmniej interesuje
mnie jej image sceniczny i jej ?aktorskość? czy też jej
teatralne pozy (te mogę podziwiać w zachowanych
archiwaliach) a najbardziej - kulisy ?całego tego
zgiełku? , jej wątpliwości jej zmęczenie w chwili kiedy
zdejmuje perukę przed lustrem, jej załamania,
słabości... Zamiast prywatności mam w spektaklu coś
jakby sytuację zeznań przed komisją śledczą, aktorka
zwraca się do publiczności jak do trybunału
przysięgłych, trybunału nastawionego wrogo, przed
którym musi wszystko odgrywać, odgrywać w dodatku z
przesadną ekspresją jak przed bandą tępaków, których
wrażliwość musi być pobudzana uderzeniem młotka, albo
jak do przygłupawego widza rewii, którego - jak się
zwierza Josephine- nie lubi za jego płytkość, za jego
postrzeganie czarnej gwiazdy w kategoriach
?czekoladowego tyłeczka?. Ten trybunał ją męczy,
widownia zostaje ustawiona na pozycjach przeciwnika i
staje się przedmiotem ironii, drwin i pretensji
rozczarowanej do świata Josephine. Zamiast zwierzenia
mam teatralny spektakl w spektaklu. Takie założenie
spowodowało , że prawda postaci poległa na ołtarzu
krzykliwej sztampy . Josephine nie JEST wielką gwiazdą
a GRA przed nami wielką gwiazdę estrady. Maria Meyer
demonstruje znane z rożnych filmów i wykonań
teatralnych klisze aktorskie ?wielkiej osobowości
scenicznej?. Zaczyna się od okrutnie fałszywej i
sztucznej sceny ?bluzgów starej gwiazdy?. Gdyby starość
polegała wyłącznie na drżeniu kończyn i głosu,
najgenialniejszą kreacją starca w historii byłoby
?Wesołe jest życie staruszka? w wykonaniu Wiesława
Michnikowskiego. Ale monodram o Josephine Baker to nie
spektakl kabaretowy. Starość to coś więcej niż jej
zewnętrzne objawy ? starość to zmęczenie, rozczarowanie
życiem, bezsiła, pogodzenie z losem ? taką starość
mogłaby Maria Meyer zagrać bez trudu szkoda, że reżyser
wybrał drogę zewnętrznego podrabiania biologii.
Wykonanie okazało się żałosne. Nad całością ciąży widmo
rewii ? rzecz rozgrywa się na rewiowych schodach, które
mają zdaje się symbolizować drogę życia gwiazdy.
Pomijając banalność takiej metafory, jest to typ tzw.
?wbrew-scenografii? to znaczy takiej organizacji
przestrzeni, która zamiast pomagać - przeszkadza
aktorowi i spektaklowi. Nie jest wcale łatwo zwierzać
się z problemów z zajściem w ciążę, miłosnych perypetii
i bolesnej tęsknoty za posiadaniem dziecka stojąc na
schodach z dwiema walizkami w rękach. Najsmutniejsze
jest to, że formuła grania z dużej sceny muzycznej
rodem ?zarzuca się? na całość spektaklu. Rola zbudowana
jest na krzykliwej i fałszywej w kameralnym spektaklu
manierze grania wielkiego widowiska muzycznego z całą
galanterią jego tanich chwytów, które będąc na miejscu
w ?Evicie? tutaj rażą sztucznością i fałszem. Coś nie
tak jest ze sceniczną adaptacją biografii. Sympatyczna
skądinąd Josephine Baker ? działająca we francuskim
ruchu oporu , adoptująca sieroty z całego świata jawi
się tu jako istota próżna, zmanierowana i
rozkapryszona gwiazda, nieznośne zakompleksione rasowo
babsko z pretensjami do całego świata, w dodatku-
babsko infantylne. Chyba nie o ?odbrązowienie? i
tworzenie ?czarnej legendy? Joesphine Baker chodziło
twórcy tekstu?


Reżyser spektaklu zwierza się w wywiadzie:


?Tylko, jeżeli naprawdę głęboko wniknę w psychikę
człowieka, mogę stwierdzić, czy to, co robi na scenie,
to szczyt jego możliwości, czy mogę coś jeszcze z niego
,wycisnąć"


Lepiej by było dla spektaklu gdyby Bogdan Ciosek nie
wnikał aż tak głęboko w psychikę Marii Meyer i nie
wyciskał z niej w tak strasznych ilościach
gwiazdorskiej sztampy a pozwolił jej to po prostu
zagrać, bo przecież czego jak czego ale zwykłej
ludzkiej wrażliwości tej aktorce nie brakuje.


Pełna wersja