Gość: Batory
IP: *.zbymar.tarnow.pl / 80.51.164.*
14.11.03, 17:29
Dziennik Polski, 14.11.2003
Reszta jest milczeniem
Na planie "Hamleta" Łukasza Barczyka
Łukasz Barczyk w scenerii Muzeum i Kopalni Soli w Wieliczce
realizuje "Hamleta" W. Szekspira. "Bibliografia rozpraw i studiów o
`Hamlecie` jest dwa razy grubsza od warszawskiej książki telefonicznej" - tak
rozpoczyna swój wybitny esej o Hamlecie Jan Kott, dalej autor wylicza, co w
dramacie Szekspira tak fascynuje adaptatorów: "polityka, przemoc i moralność,
spór o jednoznaczność teorii i praktyki, o cele ostateczne i sens życia, jest
tragedia miłosna, rodzinna, państwowa, filozoficzna, eschatologiczna i
metafizyczna".
Świeżo po ponownej lekturze "Hamleta" (w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego -
na ten przekład zdecydował się Łukasz Barczyk) zastanawiam się po raz
kolejny, kim jest, kim był Hamlet? Złodziej Geneta, Meursault Camusa, a nawet
Podziemny Człowiek Dostojewskiego, jego smutni następcy, szli wprawdzie
dalej, ale nawet te ich zbrodnie były tylko cieniem tego, co każdego ranka
przynosi poranna gazeta. Zwycięzca elsynorskiego starcia powie w wierszu
Herberta "Tren Fortynbrasa": To, co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem
tragedii. Fortynbras - forte braccio - jak u Kotta - mąż silnej ręki. On
wygra wygra z uśmiechem na ustach.
W muzeum wielickiej kopalni rejestruję zapach tego, co było, ale ciągle trwa.
Pytam później Barczyka, kto był autorem świetnego pomysłu, żeby w tym właśnie
miejscu zrealizować "Hamleta"? - Ja, bracie, ja. Wieliczka jest moja.
W wąskich korytarzach prowadzących do sali jeziora Wessel wyobrażam sobie
inne sceny szekspirowskie; który jeszcze dramat Szekspira mógłby znaleźć
tutaj swoje artystyczne spełnienie: Na pewno "Makbet", może "Tytus
Andronikus", "Romeo i Julia". Mijamy salę z bogato inkrustowaną amboną -
idealna sceneria dla sceny balkonowej z "Romea i Julii" - świat bez okien,
świat bez powietrza, bo jeśli miłości nie ma, nie ma przecież świata.
Jan Frycz kilka dni temu grał u Barczyka Ducha Ojca Hamleta - z
zabandażowanym czołem, ponury i zszarzały, dzisiaj jako Aktor Pierwszy
wygląda świetnie, niczym XIX-wieczny dandys (kostiumy - Magdalena
Maciejewska). W wydanym kilka miesięcy temu przez Znak "Leksykonie Szekspira"
czytam, że Pierwszy Aktor swoją recytacją głęboko wzruszał Hamleta. Tylko
tyle, ale Aktor Frycza będzie inny - głębszy, bliższy neurotycznej prawdzie
tego zawodu. - Wiesz, to takie trudne przełożenie - mówi Jan Frycz - uchwycić
kruchą prawdę o aktorstwie, ale nie trywializując jej, nie pomniejszając.
Aktor ze swoją świtą przybywa do Danii pełen wiary, potem stopniowo marzenia
o uszczęśliwieniu swoją grą dworu dezawuują się, początkowy zapał wyjaławia
się, obumiera. Pozostaje świadomość klęski - na polu artystycznym, ale i na
polu osobistym. Każdy z nas poznał kiedyś jej smak.
Pierwsze ujęcie. Operator - Paweł Edelman - w asyście syna. Jedna z
asystentek na planie podpytuje chłopca: - No i co? Podoba się? Zasmakowałeś w
kręceniu filmów. - No pewnie.
Przed nami rozmowa Hamleta (Michał Czernecki) z Gildensternem (Wojciech
Kalarus) - subtelny dialog na tle jeziora Wessel - Canale Grande z zagubionym
odpływem, ponurym jak tajemnice Elsynoru. Rozmowę przyjaciół przerywa
zwiastujące przyjazd aktorów wejście Poloniusza - Zbigniewa Zapasiewicza: -
Dobre nowiny, panowie, wesołe nowiny. Aktorzy przybyli.
Kilka aktorskich pokoleń. Ofelia - Kamilla Baar, silna brunetka o wnikliwym
spojrzeniu. - Nie jesteś blondynką, nie masz błękitnych oczu, nie możesz grać
tej roli - rzucam prowokacyjnie. - Udowodnię, że mogę, to będzie inna Ofelia,
nie tylko z wyglądu.
Hamlet w spektaklu Barczyka ma twarz Michała Czerneckiego - dla niego udana
rola w takim przedsięwzięciu to prawdziwe być albo nie być w zawodzie.
Pomiędzy ujęciami nie rozprasza się, skupiony i skoncentrowany, wpatrzony w
dal, w siebie, w rolę. - Michał ma wielką siłę - mówi Barczyk.
Przed kolejnym ujęciem przyglądam się Zapasiewiczowi. W zaimprowizowanej
garderobie patrzy na swoje lustrzane odbicie. Kogo tam zobaczył? Może siebie
sprzed lat - Poloniusza ze spektaklu Holoubka z 1979 roku, a może Króla z
telewizyjnego "Hamleta" zrealizowanego pięć lat wcześniej?
Obietnica Poloniusza wreszcie się spełnia. Na tafli jeziora Wessel
(scenografia - Jagna Janicka) dwie łodzie. Na jednej z nich Jacek
Ostaszewski, autor muzyki do spektaklu, wygrywa na flecie piękną, hybrydalną
melodię łączącą charakterystyczny dla Ostaszewskiego minimalizm środków z
elementami wschodnimi. Nadpływają aktorzy. Aktor I - Jan Frycz, jego
efebowaty asystent i ponętna Drag Queen (Luke Relletier) śpiewająca (zupełnie
przyzwoicie) do muzyki Ostaszewskiego słowa francuskiego romansu. Pierwszy
Aktor pochyla się nad efebem. Całuje go perwersyjnie. Czuję się jak w świecie
Almodovara. Brakuje tylko ogromnych mydlanych baniek, które pojawią się na
tafli Wessel kilka godzin później...
Zwierzam się Ostaszewskiemu, że melodia, którą słyszałem przed chwilą,
skojarzyła mi się z jego innym tematem, tematem z "Lunatyków" Lupy, ze sceną,
w której Alfons grany przez Marka Kalitę śpiewał hymn na cześć Bertranda
(Piotr Skiba). Francuska Drag Queen odpamiętuje wielkość miłości, która w
momencie przybycia do Elsynoru traci swoją siłę. Ostaszewski uśmiecha się
wymownie, może więc nie pobłądziłem w tych skojarzeniach...
Wracając z Wieliczki myślałem jednak o innym genialnym spektaklu
szekspirowskim z ducha, chociaż nie z treści, który obejrzałem ledwie kilka
dni wcześniej. O "Starej i drzwiach" Matsa Eka. Że, jak u Szekspira, kobieta
rodzi okrakiem nad grobem, a śmierć jest niewiele znaczącym ogniwem jakiegoś
mało znaczącego życia. Brigit Cullberg, jedna z największych XX-wiecznych
tancerek, nauczycielka Piny Bausch i Bejarta, matka Eka na chwilę przed
śmiercią. Obnaża bezzębne dziąsła, ale dziko tęskni, odpamiętuje, uśmiecha
się z żałosną kokieterią. Straszliwa żądza starości, która nie chce uwierzyć
w finał. Wiedźma z "Makbeta", która w starczej nagości wywołuje demony
tęsknot. Dawna żarliwość (była jakaś żarliwość?) wypaliła się, żaden projekt
nie został doprowadzony do końca. Rezultat jest rozpaczliwy. Ostatnie drzwi
bezwzględnie zatrzaśnięte. Nic za nimi nie ma. Jest tylko bezwzględność
Szekspira: niby w innej perspektywie, przy zastosowaniu odmiennych środków, a
jednak finał "Hamleta" jest tożsamy. Zwycięzcą zostaje żałosny Fortynbras.
Forte braccio - zostaje tylko mąż silnej ręki.
Spektakl Barczyka, poprzedzony wielomiesięcznymi próbami i przygotowaniami
(reżyser wystosował do współpracowników autorską, kilkudziesięciostronicową
analizę "Hamleta" czytanego głównie poprzez Junga - czytałem, bardzo
interesująca), z pewnością będzie wydarzeniem. Pytanie: co nam ten "Hamlet"
przyniesie? Może chociaż świadomość tego, że życie w świecie złudzeń może być
bolesne - jest przecież bezpieczne, bo znamy prawa nim rządzące. I raczej
biedy tu znane wolimy / Niźli ucieczkę przed nimi w nieznane.
Prawda "nieznanego" doprowadziła do rozkładu Elsynoru.
Reszta ciągle pozostaje milczeniem.
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Zdjęcia: Anna Kaczmarz
W przedstawieniu Łukasza Barczyka stawka aktorskich sław nie ma sobie
równych; debiutantom - Michał Czernecki - Hamlet i Kamilla Baar - Ofelia,
towarzyszą: Janusz Gajos - Klaudiusz, Grażyna Szapołowska - Gertruda,
Zbigniew Zapasiewicz - Poloniusz, Jan Frycz - Duch Ojca/Aktor I, Jacek
Poniedziałek - Horacy, Andrzej Chyra - Laertes, Maciej Kozłowski - Bernardo i
Pan, Jerzy Nowak - Grabarz, Redbad Klynstra - Gildenstern...
ŁM