roody102
18.02.04, 17:10
Palma i segregator.
Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że projekt Joanny
Rajkowskiej „Pozdrowienia z Alej jerozolimskich” to nie tylko Palma na
rondzie de Gaulle’a. Jest jeszcze drugi, być może nawet bardziej wymowny
element – gruby segregator z dokumentacją techniczną, podaniami, projektami i
wszystkimi innymi papierami, które musiała ogarnąć artystka, by doprowadzić
do końca swój pomysł. O przeszkodach, na jakie natrafiła, debatowano wczoraj
w siedzibie „Gazety”.
Debata to raczej duże słowo. Kameralne spotkanie – siedmioro gości i
kilkunastu dziennikarzy, którzy w większość bez specjalnego zainteresowania
przysłuchiwali się rozmowie a wychodzić zaczęli przed jej zakończeniem. Nie
jestem złośliwy, po prostu zauważam, że temat sztuki w przestrzeni publicznej
w ogóle ich nie interesował.
Najpierw było o Palmie. Wiceprezydent Urbański raczył ze znawstwem
zawyrokować, że Palma to happening a happening to nie sztuka, bo nie można go
dotknąć. Ta nowa definicja przeszła nieco niezauważona, a szkoda, bo wydaje
mi się rewolucyjna, biorąc pod uwagę, że większości znanych mi dzieł nie
można dotknąć z powodu dzielącej nas od nich odległości lub przez te cholerne
sznurki w muzeach. Nie mogę w tej sytuacji nie polecić uwadze pana
wiceprezydenta rzeźb Mitoraja na placu Zamkowym – leżącej tam głowy nie tylko
można dotknąć; niejeden próbował już do niej wleźć. Proszę tylko uważać –
policja interweniuje!
Palma, jak wiadomo, stoi na środku skrzyżowania i dlatego – przynajmniej
formalnie – dotknąć jej nie można. Jako zwolennik kontaktów fizycznych,
wiceprezydent upierał się przy pomyśle przesunięcia jej gdzieś, gdzie będzie
łatwiej dotykać, najlepiej zaś bliżej dawnego KC. Każdy interpretuje po
swojemu – dla pana Urbańskiego Palma ma widocznie wymowę jedynie w kontekście
tego budynku. Sam zresztą przyznał, że nie zwrócił wcześniej uwagi na to, jak
wygląda ona w perspektywie Alej Jerozolimskich.
Autorka, odcinając się od polityczno-historycznej interpretacji, przyznała,
że projekt od początku był tymczasowy i sama nie upiera się przy
pozostawieniu Palmy na rondzie. Pomysł ten jest odpowiedzią na głosy
mieszkańców, którzy się do sztucznego drzewa przyzwyczaili. Rajkowska
zgodziła się przekazać je miastu, jeśli pokryje ono koszty konserwacji (co
wprowadza nas delikatnie w drugą część debaty, ale o tym za chwilę). Nie
zgadza się jednak na przenoszenie, gdyż to zburzyłoby całą koncepcję. Palmę,
jak wiadomo, widać (przy dobrej pogodzie) od placu Zawiszy i od ronda
Waszyngtona. Upchnięta w jakimś kącie pozostanie na zawsze „palmą
przeniesioną tu z ronda de Gaulle’a”, nie będzie już miała związku
z „pozdrowieniami z Alej”. I tu, muszę przyznać, rozumiem dobrze autorkę, gdy
mówi, że jeśli miasto nie jest w stanie zaakceptować prezentu z całym
dobrodziejstwem inwentarza, to niech już rzecz lepiej rozbierze. I obawiam
się, że taki będzie koniec Palmy. Jedyne, co ją teraz uratowało, to brak
środków na usunięcie.
Jeśli wolno mi podpowiadać jakieś kompromisowe rozwiązanie, to proponuję
myśleć nie w kategoriach przestrzennych, lecz czasowych – dać Palmie jeszcze
rok, dwa albo pięć i odłożyć decyzję do czasu, gdy w Warszawie będzie już być
może instytucja zainteresowana sztuka publiczną. A jeśli nie, to przynajmniej
Palma dobrze zachowa się w naszej pamięci.
Dlaczego na Palmę musi łożyć miasto? Dlaczego nie może jej utrzymać sponsor,
to też nie jest dla mnie do końca oczywiste. Wiceprezydent, wespół z panem
Borowskim, naczelnym architektem miasta, zdeklarowali się jako przeciwnicy
reklam, może nie wszystkich i nie w ogóle, ale jednak za ograniczeniem ich
ilości. Popieram z całą mocą ten kierunek myślenia, aczkolwiek zadziwili mnie
przywołując przykłady tych banerów, które zarabiają na remont walących się
budynków skrytych za nimi na czas jakiś. Niemniej okazało się przy tym, że
Palmy nie może sponsorować żadna firma, która za tą przysługę żąda reklamy w
jej bezpośredniej bliskości. Empik, były KC, PAP – wszędzie wiszą wielkie
reklamy ale jeden baner robi, jak widać, różnicę. Mam wrażenie, że trochę od
końca się panowie próbują do tych porządków zabrać, bo zaczynają od
zniechęcania sponsorów do wspierania miasta. Za dużo w kasie jest czy jak?
I tu już zdecydowanie przechodzimy do drugiej części zagadnienia, gdzie
debata była zatrważająco schematyczna – Joannie Rajkowskiej przypadła funkcja
rzecznika artystów jako takich. Już raz miałem okazję widzieć ten wyraz
przerażenia przechodzącego w zniechęcenie na jej twarzy. Wtedy musiała się
bronić przed uogólnionymi pretensjami profesorów Instytutu Socjologii UW.
Teraz było podobnie – debata weszła na poziom ogólności, na którym artystka
nie czuła się dobrze. Zdała więc tylko relację z tego, jak przebijała się
przez ścianę urzędowej obojętności ze swoim pomysłem.
Bogna Świątkowska z fundacji „Bęc.Zmiana” przywołała przykłady zachodnich
rozwiązań, dzięki którym finansuje się sztukę publiczną, choćby takich jak
obowiązek przeznaczenia na takową ściśle określonego procenta wartości
inwestycji. Wiceprezydent i architekt odpowiedzieli tak, jak można się
spodziewać – odwieczną mantrą „naszych poprzedników” i wzruszającą historią
o „zastanym bałaganie”, który oni dzielnie próbują uporządkować.
Okazało się, że przestrzenią publiczną zajmuje się w tym mieście 16 różnych
biur i instytucji, których kompetencje są bądź niejasne, bądź się zazębiają.
Co w związku z tym? Znów dwie standardowe odpowiedzi. Po pierwsze, pracuje
nad tym, a jakże, powołana w tym celu instytucja - Wydział estetyki
przestrzeni publicznej - który, o nie, nie zajmuje się sztuką publiczną,
tylko poświęca większość swojego czasu na analizowanie istniejących przepisów
prawnych, a te – i to po drugie – wiążą samorządowi ręce. Wina jest więc nad
władzami miasta, tak jakby ci nad nimi nie byli kolegami z partii, tylko
kosmitami, którzy ustawy przysyłają na Ziemię w gotowej postaci. Wszystko to
polane zapewnieniami, że teraz już zrobią wszystko, by rzecz się zmieniła, że
uporządkują te sprawy. Idę o zakład, że do końca kadencji się nie wyrobią, a
ich następcy opowiedzą nam to samo.
Na koniec był jeszcze jeden, oprócz segregatora Rajkowskiej (który, notabene,
powinien się rzeczywiście znaleźć w jakimś muzeum. Absurdu.), przykład
stołecznych realiów. Metro zdecydowało się realizować pomysł
czytelników „Stołecznej” - wejścia do stacji mają zostać przebudowane.
Indywidualny charakter nadać mają im artyści. Czy to się uda? Okazuje się, że
nie zależy to od dyrekcji Metra, bo teren nad stacjami nie jest we jej
gestii. Trzeba gadać z innym urzędem, a ten ma cały pomysł tam, gdzie nie
napiszę.
I tak cały temat, cały wysiłek Gazety i twórcza energia, którą uwolniła Palma
Rajkowskiej, wszystko to odbiło się od ściany urzędniczej obojętności. Swój
szacunek dla adwersarzy i zainteresowanie dla problemu przedstawiciele władz
miasta zademonstrowali ostentacyjnie smrodząc szlugami w małej salce
konferencyjnej, gdzie odbywało się spotkanie.
__________________________
Roody102
"Dostęp do Internetu powinien być prawnie reglamentowany, najlepiej wydawany
po okazaniu świadectwa lekarskiego i za zgodą rodziców."
Jerzy Pilch