Gość: yoggi
IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl
09.04.02, 11:08
Ostatnio byl w warszawie william bratton (mam nadzieje ze nie przekrecilem).
rozmawial z policjantami o swojej skutecznej polityce tepienia nawet
najdrobniejszych przestepstw by nie dopuszczac do popelniania powaznych.
policjanci potakiwali, kiwali glowami, zamyslali sie nad slowami brattona.
tymczasem w warszawie mamy polityke zupelnie odwrotna - maksimum tolerancji.
najlepiej widac to na drogach. mnie, jako osobe ktora stara sie myslec za
kierownica, potwornie to wkurza. powszechne jest skrecanie w lewo na czerwonym
swietle (ilu z was to robi??), czasem do tego stopnia ze auto ktore wykonuje
taki manewr wymusza pierwszenstwo na samochodach majacych zielone swiatlo!!
jest jeszcze kilka podobnych zachowan warszawskich kierowcow ale opisane
powyzej jest prawdziwa plaga.
dla policjanta (ktorych w miescie jest przeciez sporo) zatrzymanie kogos kto
cos takiego robi to drobiazg. ale oni wola lapac przyjezdnych, kierowcow z
innych miast - no bo pieniadz latwiejszy, zawsze jakies swiatlo sie nie pali
albo cos odstaje.
moj tok myslenia jest nastepujacy - jesli ktos robi takie rzeczy na ulicy
nabiera przekonania ze prawo jest elastyczne, nie odczuwa stalowej bariery
ktora powinna oddzielac zachowania dozwolone od niedozwolonych. wydaje mu sie
ze zamiast niej jest jakas gumowa linka ktora mozna naciagac. jestem
przekonany, ze to sprzyja powazniejszemu lamaniu prawa.
policja moglaby zrobic kilkudniowa oblawe na takich kierowcow po ktorej do
wszystkich dotarloby po co jest czerwone swiatlo. sadze ze to bylby krok we
wlasciwa strone. ale na sluszne poczynania w polsce sie chyba nie zanosi.