choclo
01.10.04, 01:25
Kiedyś stałam na schodach w zatłoczonym autobusie i miałam oczy akurat na
wysokości zapracowanych rąk paru oprychów. Jeden z nich się zorientował i
przystawił mi nóż do szyi. Pewnie by mnie nie zarżnął, ale to paraliżuje -
wysiadłam grzecznie na najbliższym przystanku z poczuciem bezsilnej
wściekłości. Od tej pory reaguję zawsze - krzyczę, kopię, podcinam nogi.
Robię to dla siebie, dla psychicznego komfortu, dla przekonania, że nie żyję
w świecie, którym rządzą pustołbe mięśniaki.
Mój prywatny sposób to gaz pieprzowy - wiem, że nikomu nie zrobię krzywdy,
ale daje mi poczucie pewności, a to zniechęca. Miesiąc temu na Modlińskiej
(przystanek w godzinach szczytu) stałam z mamą i psem - dużym, ale nie
obronnym, kiedy podeszło czterech drechów z rotweilerem (luzem i bez kagańca -
rzecz jasna). Autorytarnie stwierdzili, że na pewno kocham mamę i psa i nie
chciałabym ich stracić, a to kosztuje. Poprosiłam mamę, żeby zabrała psa i
odeszła, następnie powymieniałam z panami uprzejmości, aż w końcu zniechęcili
się i odeszli. Dopiero wtedy poczułam, jak się trzęsę, kiedy z nimi
rozmawiałam, byłam niesamowicie opanowana i pewna siebie. Wiem, że jedna 50-
kilowa kobieta z gazem pieprzowym kontra 4 pakero oprychów z
pakerorotweilerem to tragifarsa, a jednak się udało. To działa!