Gość: stolicznyj
IP: *.aster.pl
04.10.04, 12:55
4 października 1944 roku, w drugim dniu po kapitulacji Powstania
Warszawskiego, trwała deportacja z Warszawy ludności cywilnej i oddziałów
powstańczych. W tym dniu, na zaproszenie dowódcy wojsk niemieckich
zwalczających Powstanie, SS-Obergruppenfuhrera Ericha von dem Bacha-
Zelewskiego, odwiedził go w jego kwaterze w Ożarowie dowódca AK, gen. Tadeusz
Bór-Komorowski.
Ich spotkanie miało dwa nader interesujące aspekty. Pierwszy dotyczył jego
celów, jakie obaj panowie sobie stawiali, a były one dosyć różne. Ich celem
wspólnym było ustalenie technicznych aspektów trwającej ewakuacji. Dodatkowym
celem Bacha, i to dlań ważniejszym, było podjęcie próby uzyskania poparcia
Bora-Komorowskiego dla idei politycznego porozumienia między Niemcami a AK w
celu wspólnej walki przeciwko Sowietom. Natomiast dodatkowym celem Bora było
uzyskanie zgody Niemców na pozostanie reszty ludności cywilnej na miejscu, w
Warszawie, i zaprzestanie jej deportacji. Drugi aspekt spotkania dotyczy
samego jego przebiegu i atmosfery.
Warto bliżej rozpatrzyć spotkanie Bora z von dem Bachem z 4 października 1944
roku, ponieważ rzuca ono pewne światło na postawę dowódcy AK.
Rozmowa o technicznych aspektach wyjścia AK z miasta nie przysporzyła
problemów (m.in. ustalono wyjście członków Komendy Głównej AK do niemieckiej
niewoli na dzień następny, 5 października). Von dem Bach nie zgodził się
natomiast na pozostawienie ludności cywilnej w Warszawie, tłumacząc, że nie
jest to możliwe, ponieważ miasto znajdowało się w strefie frontowej i będzie
przygotowywane do obrony przed spodziewanym atakiem sowieckim. Taka odpowiedź
von dem Bacha była do przewidzenia; jednak samo postawienie tej kwestii przez
Bora nasuwa następujące pytanie:
Skoro Bór dążył 4 października 1944 roku do uzyskania zgody na pozostawienie
przez Niemców w Warszawie ludności cywilnej, to ile jest wart argument
zwolenników Powstania przywoływany w 1944 roku a także powtarzany dzisiaj, że
jednym z najważniejszych powodów jego wybuchu w dniu 1 sierpnia 1944 była
chęć ratowania miasta przed zniszczeniem w wyniku niemiecko-sowieckich walk
frontowych, i ratowania ludności narażonej w związku z tym na śmierć?
Dlaczego w opinii Bora argument ten po kapitulacji Powstania stracił
aktualność? Przecież ludność Warszawy, gdyby pozostała na miejscu w
październiku 1944 i później, była narażona na niebezpieczeństwo co najmniej w
takim samym stopniu, co w lipcu-sierpniu, gdy decydowano rozpocząć Powstanie.
Odpowiedź może być tylko jedna: argument ten był (i jest) li tylko dorobionym
post factum (po klęsce Powstania) fałszywym samousprawiedliwieniem Bora i
jego otoczenia, jednym z wybiegów mających zdjąć z przywódców AK
odpowiedzialność za tragedię Warszawy, spowodowaną przedwczesnym i
lekkomyślnym wywołaniem Powstania.
Interesująca jest także reakcja Bora na niemieckie "podchody" w kwestii
zaprzestania wzajemnej walki i nawiązania ewentualnej współpracy wojskowej AK
z Niemcami. Co prawda, Bór oświadczył von dem Bachowi, że w związku ze swoją
niewolą nie był władny wydać AK rozkazu zaprzestania walki z Niemcami, a
propozycję politycznego porozumienia - odrzucił. A jednak, złożył Niemcowi
ważną deklarację. Stwierdził mianowicie, co następuje (cytuję fragment
notatki Bora z tej rozmowy):
"Następnie przeszedł v. Dem Bach do tematów o charakterze politycznym.
Wysunął mianowicie sugestie, czy nie dałoby się stworzyć z AK, znajdującej
się poza Warszawą, podobnej platformy, jaka została stworzona w Warszawie.
Odpowiedziałem, że to niemożliwe (...). Na wyjaśnienie v. dem Bacha, że nie
musi to być jakaś pisemna umowa, lecz raczej ciche porozumienie, podtrzymałem
moje zapatrywanie, dałem jednak wyraz osobistemu przekonaniu, że władze
wojskowe niemieckie nie będą miały ze strony AK specjalnie dużo trudności,
albowiem powstanie warszawskie było kulminacyjnym punktem działań AK i koroną
wysiłku ze strony AK (...)".
Zdumiewające. Oto Dowódca AK i (świeżo mianowany) Naczelny Wódz Wojska
Polskiego, w istocie złożył wrogowi lekko zaowalowaną deklarację o
zawieszeniu broni na terenie okupowanej Polski! W ten sposób ułatwił mu na
jej terenie pole manewru, przerzuty wojsk, itd. Całe szczęście, że stało się
to pod koniec wojny... Można tę wypowiedź Bora nazwać nieodpowiedzialnością,
a czy nie można też określić jej znacznie ostrzej, na przykład jako –
zdradę...?
A jaka była atmosfera spotkania? Tam gdzie mógł, Bór bez zastrzeżeń spełniał
życzenia von dem Bacha. Np. w kwestii wspólnych zdjęć ze spotkania. Oto
fragment relacji kpt. Alfreda Sasa-Korczyńskiego, tłumacza Bora:
"Przed rozstaniem niemiecki dowódca poprosił o zgodę na wspólne
sfotografowanie się. Generał [Bór] nie bardzo chciał na to przystać, lecz w
końcu pozostawił decyzję "gospodarzowi", który tłumaczył się chęcią pokazania
ludności naocznie, że po zakończeniu walk polski wódz był traktowany z
należnym szacunkiem. Wówczas wojskowi fotoreporterzy dokonali zdjęć".
Oczywiście cel von dem Bacha był zupełnie inny: chodziło o efekt propagandowy
(Niemcy wykorzystywali fotki Bora do końca wojny jako dowód
ich "cywilizowanego podejścia" do Polaków). Zresztą, niemieccy historycy
robią to do dziś, uwypuklając zwłaszcza męski uścisk dłoni obu panów, z
zadowolonym von dem Bachem i pokornie pochylonym Borem.
Bór nie musiał godzić się na takie upokorzenie. Udał, że uwierzył w bzdurny
argument von dem Bacha. Zachował się tak, bo był człowiekiem słabym i
załamanym, który zatracił poczucie własnej godności.
W tym kontekście "bohaterska" odmowa Bora skonsumowania z Bachem wspólnego
śniadania, rozmawiania z nim po niemiecku (Bór znał ten język), czy przyjęcia
propozycji noclegu w luksusowej willi w Ożarowie, wygląda dość żałośnie.
CDN