Gość: Green
IP: *.aster.pl
08.11.04, 11:15
Res Publica Nowa
W Warszawie
Małgorzata Baranowska - Są takie miejsca
"Wiara w genius loci nie jest przesądem. Jest to symbol owej tajemniczej siły,
którą posiadają pewne miejsca, wciąż odradzające się, nieśmiertelne."
Był rok osiemdziesiąty czy osiemdziesiąty pierwszy. Lataliśmy nad ziemią. Nuda
socjalistyczna wyraźnie się cofała pod naporem pomysłów i zaciekawień. Miała
się potem pojawić w postaci groźniejszej, bardziej ponurej. Ale na razie
adrenalina i wiosna.
To wcale nie znaczy, że byliśmy zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy.
Opóźnienie cywilizacyjne. Warszawa pustynna. Brak rozrywki i uwolnionej
inicjatywy. Nuda zaczęła zwracać jeszcze większą uwagę. Przedtem, nie ruszana,
mniej chyba doskwierała. Teraz się tak wydaje? Może. To już archeologia.
W każdym razie dużo tu zjeżdżało obcokrajowców, by zwiedzać naszą "Solidarność".
Czy chodniki były mniej połamane niż dzisiaj?
Udaliśmy się z kilkoma przyjaciółmi do pobliskiej (w stosunku do Pałacu
Staszica) restauracji na obiad. Nagle pewna nie znana nam osoba z Kanady
pilnie i miło zażądała rozmowy. Po co? - By uświadomić nam, jacy jesteśmy
szczęśliwi. Tu, w Warszawie, nie tylko jest ciekawie, kipi życie, na każdym
kroku coś starego (sic!), ale ludzie się do siebie odnoszą nadzwyczajnie.
A szło o zwykłą, najzwyklejszą rozmowę. Co chwilę wykrzykiwała: "Tu ludzie
rozmawiają ze sobą! Tu ludzie rozmawiają!".
Męczyło mnie to przez następną prawie dekadę. "Rozmowa kontrolowana". "Ludzie
tu rozmawiają". A jednak dalej się tu rozmawia.
Dziwnie zapyziałe, małe miasto rozciągnięte na olbrzymiej przestrzeni,
widziane z daleka - czy wyglądało inaczej? Być może. Jego siła nie w budynkach?
Warszawa ma to coś. Siłę. Skąd? Nie wiadomo. Ale to miasto niezmiernie bogate.
Bogate w siłę odradzania się, nowatorstwa, łapania okazji.
Jesteśmy akurat w okresie kolejnego odradzania się. Możemy na żywo obserwować
tę siłę. Zamiast tego bardzo często słyszymy utyskiwania i oskarżenia pod
adresem Warszawy i to z ust osób, którym się naprawdę powiodło. To dość dziwna
cecha, w dodatku wyraźnie odróżniająca nas od zwierząt. Zwierzę, kiedy upoluje
coś dobrego, nie ma zwyczaju się martwić. Może tylko głosy tych silnych i
narzekających głośniej słychać?
Bo wydaje się, że ludzie skromni najbardziej lubią własne kąty - jakiś kawałek
Pragi, jakieś nowe osiedle, jakieś miejsce na Grochowie czy Okęciu.
"Lubię Warszawę, bo w Warszawie jest wszystko" - to zdanie usłyszałam teraz od
kilkorga młodych ludzi: uczniów liceum, studentów i młodej osoby po studiach.
- Jadę tramwajem i ląduję gdzieś, nie wiadomo gdzie. Coś jak osobne miasto.
Miasteczko inne od pozostałych części Warszawy.
To o Grochowie.
- Bo w Warszawie są takie osobne enklawy. Nie tylko Stare Miasto osobne. Także
lotnisko na Bemowie. Osobno Praga. Osobno Mokotów. Sielce. Czerniaków.
Kapitalne! To, co wielu wytyka Warszawie, ten brak integracji, te
nieprzystające często kawałki, zależne nie tylko od wielkiej katastrofy, ale i
od zmiennych koniunktur, budzi zachwyt zwłaszcza ludzi młodych. Bo to
różnorodność, niespodzianka. Jedzie się jakimś pustynnym pejzażem i ląduje w
kawałku prawdziwego miasta. Robi się wyprawy na Stare Miasto.
Trudno w to uwierzyć, że nawet sztuczny śnieg się tam dowozi, żeby zrobić
wydarzenie. Na takim skrawku! I widać tam całe fale młodzieży przyjezdnej z
wielkich i pustynnych osiedli.
Odkąd szczególne miejsca miasta wspaniale się oświetla, nagle zrobiło się to
inne miasto i jak w wielu starszych i pogodniejszych ludzie wędrują za
światłem. Nie wiadomo, czy bardziej wstrząsający jest plac Teatralny, na
którym dodatkowo zaczęto praktykować śpiewy, wizyty aniołów i świąt, czy na
przykład Pałac Staszica, który nadzwyczajnie się prezentuje wraz ze swoimi
tajemniczymi, rzucającymi cienie figurami pod kopułą. Światło zmienia nie do
poznania tę nieco szarą świątynię nauki.
Ktoś powie, że to głupie, turystyczne uroki, nic już nie znaczące po tylu
innych "piękniejszych" stolicach Europy. Tylko że ci, którzy tak mówią, sami
jeżdżą do tamtych stolic i bez skrępowania pławią się w tamtych światłach.
Teraz wreszcie można o zmroku i wieczorem naprawdę dać się oczarować Starym
Miastem, a właściwie całą, niepowtarzalną Skarpą. Nieprawdopodobne wieżyczki
kościołów. Zjawiskowe Sakramentki, które z ciepłych przydymionych kolorów
bliższych Wisłostradzie budowli wyłaniają się, jakby latały w swojej
oszałamiającej bieli i w szmaragdowej kopule, stanowią zwornik nieba Starego i
Nowego Miasta. Tak wygląda od Wisły, bo przecież stoją na Nowym Mieście. Teraz
też niespodziewanego majestatu nabrały oświetlane wieczorami wieże kościoła
świętego Floriana na praskim brzegu.
Zwraca uwagę swą doskonałością wszystko, co pozostawił barokowy architekt
Tylman z Gameren. Sakramentki to właśnie jego dzieło. Jednak nienaruszony
pozostał jedynie kościół Bernardynów, pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego
na Czerniakowie, na drodze do Wilanowa. Tam cudowne sklepienie. A przecież to
architekt pałacu Gnińskich (Ostrogskich), pałacu Krasińskich (on też
zaplanował pierwszy ogród Krasińskich), projektant Łazienki Lubomirskiego, a
więc według ulubionego stereotypu przewodników "ojciec Łazienek". Nie będziemy
dalej wymieniać wszystkiego, bo, jak to w Warszawie, trzeba by się
porozumiewać z duchami ludzi i budynków.
Wielu ludzi mówi: "bo ja lubię tylko jedno takie miejsce, no, może tylko
kilka". No cóż. Panorama Warszawy jest piękna, ale nikt nie mieszka w
panoramie. Każdy identyfikuje się z jakimś konkretnym miejscem. Z tym wiąże
się nadzieja dla miasta. Jest nią nowy regionalizm. Pokazał to też konkurs na
podanie własnego miejsca magicznego w Warszawie rozpisany przez "Gazetę
Wyborczą", który cieszył się ogromnym, wcale nie przewidywanym przez gazetę,
powodzeniem. Nowy regionalizm w połączeniu z upodobaniem warszawiaków do
odkrywania, do rozwoju zrobi z Warszawy miasto nadzwyczajne. To się już toczy.
Nadzieją jest, mówiąc umownie, ulica Tarczyńska. Od kilku lat co roku
organizowany jest festiwal ulicy Tarczyńskiej. W nim przede wszystkim
Mironalia, poświęcone poecie Mironowi Białoszewskiemu, współtwórcy Teatru na
Tarczyńskiej. Mamy tu wszystko. Mówię "mamy", bo pochodzę z Ochoty i mieszkam
na Ochocie. Tutaj spotykają się pisarze, młodzi poeci, malarze, dzieci, klowni
i teatr uliczny, wspominkarze i zespoły muzyczne, otwarta jest hiszpańska
księgarnia i kwiaciarnia, galeria państwa Zbytniewskich i galeria myśliwska. W
lokaliku z ciekawym wystroju art déco świetne potrawy polskie. Dobra kawa.
Trudno wszystko wymienić, nawet z tych tylko rzeczy, które lubi stąd porywać,
obowiązkowo na tych imprezach obecny, silny wiatr.
W każdym razie dotąd tylko obdrapane i biedne podwórka zamieniają się w
jeszcze obdrapane, ale z widokami na przyszłość i rojne podwórka poezji. W
gminie marzy się o uczynieniu z Tarczyńskiej prawdziwego, ciekawego deptaka. I
Tarczyńska powoli się zmienia. A przecież to ulica naprawdę biedna.
Przynajmniej tylko taką ją od zawsze pamiętam. Jakiś malutki zakład szewski,
jakiś warsztacik naprawiający maszyny do pisania. Woń taniego alkoholu w
powietrzu i nigdy nie odnawiane domy.
Dzielnica się już przyzwyczaiła. Ludzie tłumnie Mironalia odwiedzają. Ale,
uwaga, ci, którzy tak na Warszawę narzekają, widocznie nie bywają na żadnych
wieczorach literackich, spotkaniach z historią, wernisażach wystaw
plastycznych ani koncertach. Bo chociaż teraz prawie każdego dnia jest naraz
co najmniej kilka imprez, na które można bez obawy o nudę pójść, to na każdej
z nich jest tłoczno. I zwraca uwagę duża ilość młodzieży.
Pamiętajmy, że znajdujemy się w mieście uniwersyteckim. I to, jeśli tak można
powiedzieć, coraz bardziej uniwersyteckim. Prawdziwym dramatem wszelkich
uczelni i szkół jest brak własnych lokali. Szczęśliwie, że ostatnio w
"dzielnicy uniwersyteckiej" przybył obiekt tak już od lat niecierpliwie
oczekiwany i potrzebn