Gość: stolicznyj
IP: *.aster.pl / *.aster.pl
17.01.05, 08:24
60 lat temu nadeszła niedziela, 17 stycznia 1945 roku. Świtało, gdy
zbliżający się od północy i południa do Warszawy żołnierze 1. Armii WP,
ujrzeli pierwsze zniszczone zabudowania stolicy.
Pierwsza dotarła do miasta 2-a dywizja piechoty, nacierająca od strony
Łomianek. Około godziny 8.00 rano jej oddziały osiągnęły Powązki, Marymont i
Żoliborz, prawie nie napotykając oporu (główne siły niemieckie wcześnej
opuściły miasto). Jedynie przed Cytadelą polskie natarcie zostało na krótko
zatrzymane przez broniący się tam oddział żandarmerii. Jednak po wysadzeniu
przez saperów bramy wejściowej, załoga Cytadeli poddała się. Zastępca jej
dowódcy popełnił samobójstwo, na chwilę przed wejściem żołnierzy polskich do
jego gabinetu. Inne oddziały 2-ej dywizji wkrótce dotarły aż do rejonu pl.
Trzech Krzyży.
Tymczasem od południa zbliżały się miasta główne siły 1-ej Armii (1., 2., 3.
dywizje piechoty, 1. brygada pancerna, i 1. brygada kawalerii). We wczesnych
godzinach rannych zajęły Piaseczno i wkroczyły na Mokotów. W kilku miejscach
nastąpiły krótkotrwałe starcia z niemieckimi grupami osłonowymi, ale mimo to,
jeszcze przed południem oddziały 1-ej i 3-ej dywizji dotarły aż do rejonu
Filtrów.
O godzinie 8.30 dowódca stojącej na Pradze 6-ej dywizji piechoty otrzymał
informację, że Niemcy opuścili stanowiska obronne nad Wisłą. Żołnierze tej
dywizji natychmiast sforsowali rzekę, zajęli Powiśle i weszli do centrum.
Byli pierwszymi, którzy wkroczyli w środek wymarłego miasta. Po drugiej
stronie Wisły co prawda wiedziano, że Warszawa poniosła wielkie zniszczenia,
jednak zarówno żołnierze jak i ich dowódcy oraz korespondenci wojenni,
dosłownie osłupieli na widok tego, co zobaczyli w Warszawie. Kompletnie
opustoszałe miasto, długie kaniony wypalonych ruin, olbrzymie góry gruzów,
pusta przestrzeń na miejscu najważniejszych budowli, resztki powstańczych
barykad, groby na ulicach i placach, stosy spalonych ciał ludzi,
pomordowanych podczas Powstania (zwłaszcza na Woli i Ochocie)... Nikt
żołnierzy nie witał. Wszędzie obraz jak z Apokalipsy, cisza i martwota,
osmalone ruiny i kikuty domów, przysypane śniegiem. Żadnych tłumów na
ulicach, flag, wiwatów, kwiatów, widoku znanego z innych wyzwalanych stolic
Europy. Tylko w kilku miejscach, oczom zdumionych żołnierzy ukazywały się
podobne do duchów sylwetki wyłaniające się spod ruin, z piwnic w
których "Robinsonowie Warszawscy" wegetowali od trzech miesięcy... Dla
jednego z nich, pianisty i kompozytora Władysława Szpilmana, takie spotkanie
o mało co nie zakończyło się tragicznie: ubrany w niemiecki płaszcz wojskowy,
Szpilman został wzięty za Niemca i ostrzelany przez żołnierzy, na szczęście
niecelnie (scena odtworzona w filmie R. Polańskiego "Pianista").
O godzinie 12.00 w południe, 17 stycznia 1945 roku, nad ruinami Dworca
Głównego załopotała biało-czerwona flaga. Niemiecko-nazistowska okupacja
Warszawy – zakończyła się.
Trwała 5 lat, 3 miesiące i 20 dni. Przyniosła śmierć około 750 tys. spośród
1300 tys. przedwojennych mieszkańców miasta (czyli zginęło prawie 60%
ludności stolicy!). Całkowite zniszczenie substancji miejskiej ocenia się na
80-85%. Żadna inna stolica państwa w erze nowożytnej nie poniosła
proporcjonalnie tak ogromnych strat wojennych. Warto pamiętać słowa gen. D.
Eisenhowera (późniejszego prezydenta USA), które wypowiedział podczas swojej
wizyty w Warszawie (we wrześniu 1945 r.), gdy zaszokowany stwierdził, że choć
widział w swoim życiu wiele zniszczonych wojną miast, to jednak żadne nie
zostało zmasakrowane z taką konsekwencją, precyzją, uporem, nienawiścią i
złośliwością, jak właśnie Warszawa.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że tylko mniejsza część ofiar i zniszczeń
Warszawy była bezpośrednim czy pośrednim wynikiem działań wojennych.
Większość spowodowana była skrajnie ludobójczo-niszczycielskim charakterem
okupacji niemiecko-nazistowskiej, dla której trudno znaleźć precedens w
stosunkach międzynarodowych. Była ona wynikiem trudnej do pojęcia teutońskiej
nienawiści do Polaków i Żydów, a Warszawiaków i ich miasta – w szczególności.
I o tym my, Warszawiacy nie powinniśmy zapominać, zwłaszcza teraz, gdy w
Republice Federalnej Niemiec za pomocą wytrwale i umiejętnie propagowanej
rewizji historii, udało się Niemcom zaszczepić światu przeświadczenie, że
największym dramatem II WŚ były... alianckie bombardowania Niemiec (np.
Drezna czy Hamburga). Do rozpowszechniania takiego poglądu przyczyniają się
(świadomie lub nie), niektórzy polscy politycy, tacy jak Lech Kaczyński,
który ubiegłorocznym obchodom 60. rocznicy Powstania Warszawskiego nadał
wydźwięk sugerujący, że głównymi odpowiedzialnymi za tragedię Warszawy nie
byli bynajmniej Niemcy, lecz... Rosjanie (!). Co jest niezgodne z prawdą
historyczną.
A prawda historyczna jest jedna. Odnalezienie jej nie jest łatwe, a może w
ogóle nie jest możliwe do samego końca. Jednak malowanie jej w jakicholwiek
barwach, czy to czarnych czy to czerwonych, czy to za, czy przeciw jakiejś
opcji politycznej, oznacza jej fałszowanie, niezależnie od intencji.