sloggi
24.10.05, 09:45
15 listopada zamkną legendarną restaurację przy ul. Moniuszki
W Adrii bawiły się pokolenia warszawiaków. Występowali Hanka Ordonówna,
Mieczysława Ćwiklińska, Lidia Stanisławska czy Jerzy Połomski. Adria, która
przed wojną uchodziła na najwytworniejszy polski lokal, zostanie zamknięta.
Zarządzająca Adrią Specjalistyczna Spółdzielnia Gastronomiczna przegrała
wszystkie procesy o prawa do budynku. Sądy uznały, że lokal należy się PZU,
który działa po sąsiedzku. Restauracja musi sobie poszukać innej siedziby.
Ktoś, kto tu obecnie wchodzi pierwszy raz, ma wrażenie, że znalazł się w innym
świecie i w innych czasach. W porze obiadowej w Adrii cisza jak makiem zasiał.
Kilkanaście stolików czeka na gości. I choć nie jest tu drogo – pstrąg w
ziołach prowansalskich 25 zł, kaczka pieczona z dodatkami 30 złotych – to
lokal świeci pustkami.
Kultowe miejsce
Nie zawsze tak było. Otwarta w 1929 roku Adria uchodziła za jedną z
najwytworniejszych restauracji w kraju. Jako pierwsza i jedyna miała obrotowy
parkiet. W Adrii odbywały się rewie mody, a w 1938 r. zorganizowano pierwszy
bal filmowców. Pojawili się na nim też członkowie korpusu dyplomatycznego.
Lokal tętnił życiem całą dobę. Miał nawet ogród zimowy, a gościom do śniadania
przygrywała orkiestra.
Po wojnie lokal otwarto dopiero w roku 1973. Tyle czasu trwała odbudowa
zniszczonego gmachu. Na odbudowę złożyły się PZU i spółdzielnia
gastronomiczna. Dlatego dziś spółdzielcy twierdzą, że z lokalu wyrzuca się ich
niesłusznie. – Na pierwszym balu bawił gości Jerzy Połomski. Wraz z nim
śpiewała, dosłownie, cała sala – mówi Tadeusz Seweryniak, prezes SSG.
Nawet kryzys gospodarczy nie zmógł Adrii. – Gdy zabrakło wołowiny i
wieprzowiny, podawaliśmy mięso z królika – wspomina Seweryniak. Hitem okazały
się też kotlety z mięsa strusiego, które sprowadzono z Hamburga, i dania z
nowozelandzkiej jagnięciny. Co więcej, gdy zdobycie butelki piwa było
niemożliwe, w Adrii podawano pilznera czy radegasta.
Odgryźli nam rękę
– Żywiliśmy też pracowników PZU – mówi prezes Seweryniak. No i PZU odgryzł
rękę, która go karmiła – dodaje z goryczą.
PZU wywalczył sobie bowiem prawo także do części budynku, gdzie mieści się
Adria. – Może to mój błąd, że nie starałem się o znajomości wśród polityków,
którzy pomogliby nam w walce z PZU – dodaje szef spółdzielców. Twierdzi, że
lokal wciąż jest popularny. Tylko tu odbywają się od czwartku do niedzieli
dancingi. Adria ma jedyny dancing nie z jakimś DJ-em, a z prawdziwą orkiestrą.
A zainstalowany w 1927 roku ruchomy parkiet ciągle działa.
Nie wszystek umrę
15 listopada wypada we wtorek. Potańcówki więc nie będzie. Lokal będzie
otwarty normalnie – do północy. – a potem prezes zaprosi wszystkich
pracowników na pożegnalną lampkę wina. Będzie 368 osób – bo na ten wieczór
zaproszono i tych, którzy pracowali tu, gdy śpiewał Połomski, i tych, którzy,
jak Marcin Kostera, pracują ledwie od dziesięciu lat. – Łączy ich świadomość,
że są w miejscu magicznym – mówi prezes.
15 listopada nocą „adrianie” staną tu, na wielkim parkiecie, na którym przez
lata tańczyli ludzie znani z pierwszych stron gazet. Niestety zamiast muzyki,
rozbrzmią słowa prezesa: – Świat nie kończy się na Adrii.
Jest plan, by Adrię przenieść w inne miejsce w centrum miasta. Ale nie da się
tam przenieść tego „genius loci” z Moniuszki. Nie będzie też ruchomego
parkietu. No i ludzkich wspomnień, i pamięci też się przenieść nie da.
/ŻW/