pawelb70
20.01.06, 20:55
Tak na marginesie doniesień o kolejnym, zapewne nie ostatnim śmiertelnym
wypadku samochodowym...
Ciekawe, kiedy czara goryczy się przeleje i kiedy wreszcie doczekamy się
jakiegoś masowego protestu pieszych przeciwko sposobowi, w jaki teraz są
załatwiane (a właściwie nie są załatwiane) problemy związane z ruchem
samochodowym.
1. Wciąż nie jest egzekwowane obowiązujące prawo. Polacy jeżdżą jak chcą, po
czym chcą, parkują gdzie popadnie zajmując chodniki, trawniki, przystanki i
ścieżki rowerowe i zmuszając pieszych do uciążliwych slalomów między samochodami.
2. Wciąż obowiązuje dziwny paradygmat, w myśl którego indywidualny ruch
samochodowy ma pierwszeństwo przed ruchem pieszym, rowerowym i nawet
komunikacją zbiorową. Cenne grunty w środku i na obrzeżach miast zajmuje się
pod budowę coraz szerszych dróg, zmuszając pieszych do wykonywania
kilometrowych wycieczek w celu dojścia do przejścia dla pieszych, nierzadko
pod lub nad ziemią. Zimą nie żałuje się pieniędzy na odśnieżanie dróg,
oszczędza się za to na odśnieżaniu chodników i ścieżek rowerowych.
3. Wciąż nie ma odważnego, który publicznie powiedziałby zakochanym w nowych
zabawkach Polakom, że miasta po prostu nie są dla samochodów! W warunkach
dużej aglomeracji samochód i potrzeby z nim związane powinny być na ostatnim
miejscu, po bezpieczeństwie, sprawnej komunikacji zbiorowej i ogólnej estetyce
miasta.
Oczywiście, samochód nie musi z miasta zniknąć całkowicie, i nikt się tego nie
domaga. Samochód jest przecież narzędziem pracy taksówkarzy, przedstawicieli
handlowych itp., zawsze też znajdą się osoby, które coś ważnego mają do
załatwienia i tego akurat dnia muszą przejechać przez miasto samochodem. Na co
dzień jednak osoba bez ważnego powodu zastawiająca samochodem 20 metrów
kwadratowych wspólnej jezdni w środku miasta zachowuje się dokładnie tak samo
aspołecznie, jak właściele psów zanieczyszczający nimi wspólne trawniki!