roody102
03.04.07, 01:34
Warszawskiego bałaganu rzeczywiście nie należy mylić z - pozytywnie rozumianym
(o ile to słowo w IV RP może być jeszcze pozytywnie rozumiane) -
liberalizmem; co do tego się zgadzam z młodszym kolegą z IS. Ale mam wrażenie,
że w tym znajomo brzmiącym żargonie rodem z Karowej 18 zabrakło
rozstrzygnięcia pewnego konfliktu. Z jednej strony jest tu tęsknota za
wolnością twórczą - z drugiej jednak za nadaniem jej ram, które ochronią
dzieła przed szpetnym sąsiedztwem. A jeśli ramy, to - w tej dziedzinie - nic
innego, jak sztywne plany zagospodarowania przestrzennego. A jeśli sztywne
plany to nie wolność i swoboda. Jeśli ramy - to projekt Kereza, a nie
szaleństwa innych architektów. A jeśli szaleństwa jednych - to i szaleństwa
drugich, nie zawsze znośne w bezpośrednim sąsiedztwie.
I nie wiem za czym się autor opowiada? Prawda jest niestety taka, że nie da
się w urbanistyce pogodzić swobody twórczej z tęsknotą za uporządkowaną,
gęstą, prawdziwie miejską przestrzenią. Dlatego na szaleństwa mogą sobie
pozwalać miasta w miarę uporządkowane - a w Warszawie każdy odjazdowy projekt
będzie kolejnym kwiatkiem do i tak już nieźle pstrokatego kożucha.
A te warszawskie plany - jeśli już gdzieś cudem udało się je uchwalić - są
bardzo liberalnie traktowane. Zbyt łatwo o odstępstwa od wszelkich przyjętych
wcześniej ustaleń i stąd nawet tam, gdzie niby są te ramy, chaos wciąż się
przebija.
Więc może jednak trzeba się nauczyć żyć z tym chaosem i pogodzić, że Warszawa
jest właśnie taka - nie liberalna, tylko właśnie anarchistyczna? Nie mam
gotowej odpowiedzi, ale z tego tekstu też jej nie wyczytałem. Mnie, przy całej
sympatii dla wszelkich twórczych odruchów, trochę przeraża nawoływanie do
swobody twórczej w mieście, które tak srodze cierpi na braku reguł i szacunku
dla nich.