edek40
07.06.10, 11:33
Wyjechalem sobie, spokojnie, jak to pirat, z domu. Spokojnie dojechalem do
glownej szosy i.... stanalem w wolno jadacym korku. Mysle sobie: cos sie
musialo stac. No wiec jade sobie. Dojezdzam do pierwszych swiatel,
przejezdzam, korek sie wyraznie zageszcza i zwalnia. W koncu stanal i zaczal
przemieszczac sie wmetodzie start-stopowej. Mysle sobie, ze zblizam sie do
miejsca, w ktorym bede mogl porobic za gapia. Jedziemy, stajemy, jedziemy,
stajemy, zalesiony zakret, ruszamy. Mysle sobie, ze dlugie oczekiwanie
wreszcie sie oplaci i jakas krew zobacze. Otoz nie. Zobaczylem kolejny
sygnalizator. Zobaczylem krew. Ta, ktora mnie zalala. Wczoraj ojciec
informowal mnie, ze cos po...li z tymi swiatlami. Zlozylem to na karb
wzmozonego ruchu nad Zalew Zegrzynski. Przyznam, ze tak sie zbulgotalem, ze
poranna kawa przestala byc obowiazkowa. Jedne swiatla na odcinku, ktory
pokonuje z reguly nie dluzej niz 5 minut zaowocowaly strata co najmniej pol
godziny.
Moze moja uszczypliwosc w stosunku do insz. Galasa ma jakies podstawy. Pisalem
bowiem, ze gosc siedzi i placze, ze Warszawa nie jest najwolniejszym miastem w
Europie...