polska prasa "anglojezyczna"

22.04.08, 23:10
regularne czytanie w obcym jezyku to swietna metoda na poznawanie i
szlifowanie swoich umiejetnosci, there are no two ways about it. jest to
szczegolnie przyjemne w przypadku lektury prasy.

ostatnio siegnalem do polskich periodykow anglojezycznych, zeby zaczerpnac
troche slownictwa dotyczacego krajowych spraw. wezmy np. ostatnie wydanie
poland monthly. juz na okladce przywita cie tytul "much ado about pozna".
nietrudno sie domyslic, ze chodzi o "poznan", wiec co tam, maly bynio, nothing
to write home about. jednak w trakcie dalszej lektury niespodzianek takich
jest znacznie wiecej, drogi czytelniku. np. jest mowa nie o "martial law", ale
o "marital law". niby tylko literowki, ale sa praktycznie wszedzie!

nasowa mi sie wiec pytanie, czy temu wydawnictwu i innym z krajowego podworka
mozna ufac? literowki nietrudno wychwycic i mozna je jakos przelknac, ale
jesli ci wydawcy w ten sam sposob dbaja o poprawna angielszczyzne i np. czesc
artykulow zamiast profesjonalnie przetlumaczyc przepuszczaja tylko przez
elektronicznego tlumacza, to ja za taka gazete serdecznie dziekuje.

zaznaczam, ze nie jest moim celem pietnowanie bledow i szkalowanie konkretnych
tytulow. chcialbym ewentualnie przestrzec, pro publico bono. czytajac prase
zagraniczna nigdy nie mialem do czynienia z takaolbrzymia liczba literowek!

zalezy mi tez na opinii innych osob majacych rozeznanie w temacie. czy poza
literowkami jezyk w polskiej prasie anglojezycznej jest na wysokim poziomie?

pozdr,
    • jotka001 Re: polska prasa "anglojezyczna" 25.04.08, 13:59
      Mam dokładnie takie same spostrzeżenia. Ale nie jestem aż tak
      wyrozumiała. Polskie wydawnictwa, i to nawet te z wyższej półki,
      wydają wiele rzeczy tak niechlujnie, że... mnie to odpycha. Ostatnio
      kupiłam przewodnik po Londynie Wiedzy i Życia (90 zł, piękny,
      kolorowy, błyszczący) i niestety nadal korzystam ze starego, bo w
      tym nowym dosłownie w każdym opisie, który czytałam są błędy. Może
      jestem przewrażliwiona, ale te błędy nie pozwalają mi się skupić na
      treści.
      Nawet literówki w czasopiśmie, za które muszę zapłacić 10-20 zł
      bardzo mnie denerwują i zniechęcają. Tym bardziej, że istotne błędy
      widziałam w polskim czasopiśmie dla UCZĄCYCH SIĘ Business English
      (dość drogim, zresztą, bo ok.20 zł). Sorry, ale jeśli w czymś, z
      czego człowiek ma się UCZYĆ języka, są błędy, to jak ten biedak ma
      się nauczyć? Ja angielski znam, a oglądam te czasopisma z
      ciekawości, więc te błędy jestem w stanie wyłapać. Ale jak ktoś
      dopiero chce się nauczyć i dostaje takie wzory, to oczywiście nauczy
      się tak, jak widzi. Bo przecież generalnie mamy zaufanie do
      fachowców, wierzymy, że jak ktoś już się podejmuje wydania takiego
      materiału, to się na tym zna i robi to dobrze. A tu...
      • kurdelebele zenada 27.04.08, 14:04
        no ja jestem zdegustowany :/ to nowe wydawnictwo business english tez zauwazylem
        i na pierwszy rzut oka wyglada interesujaco, ale skoro mowisz, ze z bledami.. no
        coz, szkoda nerwow, sami sobie szkodza.
        • jotka001 Re: zenada 27.04.08, 20:39
          Faktycznie o tej pozycji pisałam, choć nie wymieniłam tytułu.
          Przyznam, że nie wiem jaki poziom to to reprezentuje teraz, bo
          miałam w ręku tylko 2-3 pierwsze numery. A że tak jak pisałam
          wrażliwa jestem na takie rzeczy, to po prostu te błędy obrzydziły mi
          całość i więcej nie brałam tego do ręki. Jeśli chodzi o poruszane
          tematy itp to rzeczywiście wyglądało niegłupio. I bardzo możliwe, że
          jest to sensowna rzecz, ale ja już się zraziłam, niestety.
          Na pocieszenie: i tak nie było to tak tragiczne jak pewien
          podręcznik do jęz. ang. dla klas 4-6 SP, jaki kilka lat temu
          dostałam od pewnego wydawnictwa. Dla jasności: podręcznik pisany i
          wydany przez Polaków. Tam dosłownie co kilka stron był błąd i to nie
          tylko literówki. Po przeleceniu podręczników, ćwiczeń i książek dla
          nauczyciela i załamaniu się, wysłałam liścik do wydawnictwa. A oni
          do mnie, żebym wypisała i przysłała im te błędy. W nagrodę dostanę
          ten podręcznik:) Pomijam już to, że podręcznik już miałam. Ale od
          wyszukiwania błędów to są chyba korektorzy (czy jak ich zwał),
          którym się płaci za tę pracę. Gdyby tych błędów nie było aż tyle to
          pewnie, że wypisałabym je i wysłała z dobrego serca, ale w tym
          przypadku to byłoby ślęczenie nad tym przez dłuuuuuuugi czas, a z
          takim olewajskim stosunkiem do pracy i klienta, to wydawnictwo nie
          było warte poświęcania mu czasu.
          W każdym razie profilaktycznie warto zawsze w miarę dobrze obejrzeć
          coś, co ma się zamiar kupić.
Pełna wersja