Gość: ML
IP: *.244.39-62.rev.gaoland.net
29.01.04, 17:18
Idźcie i projektujcie
W białostockim ratuszu, będącym filią kurii biskupiej, tzw. wartości
chrześcijańskie istnieją tylko na sztandarach i ustach. W realu panuje tu
prywata ocierająca się o korupcję.
Nic więc dziwnego, że kiedy pod koniec ubiegłego roku do Urzędu Miasta w
Białymstoku wkroczyli inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli, wywołało to efekt
podobny do tego, jaki powoduje wrzucenie granatu do szamba. Rozdzwoniły się
telefony do wszystkich świętych, i to dosłownie, bo o interwencję proszono
czarnych wszelkiej maści: od biskupów po proboszczów. Zwłaszcza tych, którym
ostatnio majątek kosztem miasta powiększył się o betonowe kościoły i
luksusowe plebanie.
Kontrolerzy z NIK wkroczyli bowiem do najbardziej narażonych na przekręty
wydziałów geodezji i architektury. A przecież urzędnicy prezydenta Ryszarda
Tura – rycerza Grobu Chrystusowego w Jerozolimie – za darmo projektują
piramidy pychy, a legalizują je post factum i w dodatku za 15 proc. wartości
sprzedają glempowcom najatrakcyjniejsze działki.
Biegunka w ratuszu trwa. Prawdopodobnie za wystąpieniem pokontrolnym NIK
pójdą zawiadomienia do prokuratury o naruszeniu prawa przez wysokich
urzędników samorządowych, w tym naczelników wydziałów. Akceptowali oni bowiem
dokumenty sporządzone przez ich żony, córki i... kochanki.
Znaleziono ponad 50 takich przypadków. Wszystko zaczęło się w 2000 r., kiedy
to prezydent Tur wydał pro forma rozporządzenie, w myśl którego pracownicy
magistratu nie mogą prowadzić prywatnej działalności związanej tematycznie z
ich pracą w urzędzie. Zachodzić może bowiem podejrzenie – tak przenikliwie
kombinował ojciec miasta – że cwaniaki będą projektować, a następnie szybko
wydawać odpowiednie decyzje lokalizacyjne i legalizujące budowy, które
zaprojektowali. Zwykłym inwestorom, czyli tym bez układów, drogę, jaką trzeba
przejść w przypadku budowy i to nie tylko w Białymstoku, opisano w
powieści „Droga przez mękę”. Podobne zarządzenie Tur powtórzył dwa lata
później, bo po wygranych przez niego wyborach bezpośrednich w biurach Urzędu
Miasta zaroiło się od kolejnych urzędasów zasłużonych dla sprawy i Krk.
W sądzie gospodarczym – a konkretnie w rejestrach – zagotowało się. Najpierw
urzędnicy masowo likwidowali swoje spółki, jak najbardziej związane z ich
działalnością w UM (architektura i geodezja), potem przyprowadzali rodziny w
celu rejestrowania nowych spółek. Spółka kierownika referatu geodezji i
rolnictwa zmieniła właściciela: stała się nim żona pana kierownika – z zawodu
nauczycielka fizyki. Żona naczelnika wydziału architektury oraz planowania
weszła w posiadanie spółeczki kompatybilnej z działalnością męża jak
najbardziej. Inny naczelnik oddał działalność prywatną (a ściślej dwie
działalności) dwóm córkom i zięciowi. Kolejny ważny naczelnik, nosiciel
koniunkturalnego nazwiska Chwalibóg, projektant ołtarza dla papcia z Watykanu
z okazji nawiedzenia Białegostoku, spuścił ponad połowę udziałów w swojej
spółce synowi, resztę jakiemuś znajomemu.
Oczywiście nie trzeba dodawać, że nikt z nowych spółkowiczów nie posiada
elementarnych nawet uprawnień do prowadzenia działalności geodezyjnej bądź
architektonicznej.
– Tej czarnej mafii pan nie przeskoczy – mówi „Faktom i Mitom” jeden z
poważniejszych inwestorów białostockich – a żyć trzeba. Pięć spółek
należących do rodzin czterech urzędników z magistratu opanowało prawie jedną
trzecią zleceń w mieście. Tymczasem w Białymstoku zarejestrowanych jest ponad
180 tego typu firm. Pozostałe siedzą cicho, zarabiają jakieś grosze, a ci
walą kokosy. W urzędzie miasta durną sprawę załatwia się miesiącami,
urzędnicy szmacą petentów, a ty co masz robić? Czapkę w ręce i łeb na dół.
Sam kilka razy spotkałem się z ordynarną wręcz sugestią, żeby projekt
załatwić w tej a tej spółce, to sprawa pójdzie szybko. Bo – jak mi
powiedziano – spółka jest znana z rzetelności... Buhahahahaha...
Przekonał się o tym jeden z zagranicznych, wielkich inwestorów – francuski
Carrefour – któremu zarzucono w magistracie, odwalając kosztowny projekt, że
na mapce nie ma jakiejś tam granicy zakreślonej niebieskim kolorem.
W ciągu dwóch lat rodzinne spółki zgłosiły do Miejskiego Ośrodka Dokumentacji
Geodezyjnej i Kartograficznej blisko 1000 (!) prac.
Zaatakowany przez lokalne media rycerz Grobu itd. przekonywał, że zwolnił w
grudniu czterech szaraczków – inspektorów, którzy nadzorowali prywatnie
budowę ośrodka TV Białystok, zaprojektowali jakąś myjnię samochodową i tym
podobne duperele. Co do naczelników zaś zastosował inny taryfikator. Panowie
ci bowiem nie prowadzą już działalności gospodarczej, ale umowy zlecenia
wolno im przyjmować... nawet od żon, nauczycielek fizyki. Uzasadnienie: bo
przez czas urzędowania mogliby zapomnieć sztuki projektowania (sic!). Taki
oto dowcipas rządzi trzystutysięcznym miastem.
Panowie naczelnicy mają jednak i raport NIK, i bijące na alarm media głęboko
w dupie, bo oni – jak wszyscy pracujący w urzędzie miasta – są silnie
namaszczeni przez PPS (Polską Partię Sutannowych). Na czele z nieudolnym
rycerzem, który zapomniał, że trzeba przedłużyć plan przestrzennego
zagospodarowania miasta... Nic to, ważne, że białostocki urząd miasta to
jedna wielka, katolicka rodzina.
W każdym pokoju krzyż, mówi się o budowie urzędniczej kaplicy, w pokojach na
cały regulator wali Radio Maryja, a na biurkach leży prenumerowany przez
magistrat „Nasz Dziennik”.
Damy sobie łeb urwać przy samym krzyżu, że z tej wielgachnej chmury nie
spadnie nawet mały deszcz. Zwolnieni inspektorzy na pewno znajdą pracę u
wdzięcznych im budowlańców albo założą nowe spółki, a projekty zlecą
naczelnikom. Naczelników nikt nie ruszy, bo zlecenia przyjmować im wolno.
Poza tym w Białymstoku nie zwalnia się projektantów papieskich ołtarzy o
bogochwalnych nazwiskach.
Kuku szykuje jednak prawica opozycyjna w stosunku do rządzącej... prawicy (a
tak!). Prawice są tu bowiem chyba ze trzy i wszystkie na wyścigi zabiegają o
względy kurii. Otóż planuje ona w 2005 r. wystawić prezydenta Tura w wyborach
do Senatu. Dzięki bożej opatrzności – rok przed wyborami samorządowymi –
zwolni się stolec prezydencki, kończąc w mieście siedmioletni okres zastoju i
kompletnej stagnacji.
ANDRZEJ MALICKI