Traviata w Warszawie - triumf Aleksandry Kurzak

26.02.10, 08:55
Wczorajsza premiera Traviaty była wydarzeniem, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu spowodowałoby rozsypanie gotowych składów pierwszych kolumn gazet i zastąpienie ich entuzjastycznymi recenzjami. Aleksandra Kurzak zaśpiewała partię Violetty nadzwyczajnie, pokazując znakomity głos, muzykalność i wielką interpretację dramatyczną. Śpiewała odważnie, nawet ryzykownie, świadomie - kiedy to potrzebne - poświęcając urodę głosu, po chwili tą urodą zadziwiając. Taką skalą środków wyrazu może się popisać jeden śpiewak na tysiące. Giętka, swobodna koloratura ze zdolnością do wycieczek ponad wysokie "c" piano, siła i dźwięczność głosu w całej skali, dramatyzm i umiejętność wykorzystania barw przybrudzonych, na granicy recytacji - wszystko spojone niezliczonymi odcieniami łączącymi skrajności we wspaniałą całość.

Piękne były obie wielkie sceny solowe - finał I Aktu ("E' strano..." i "Sempre libera...") i scena z listem z III Aktu ("Addio, del passato..." z powalającym, wściekłym "E' tardi!"). Ale wielkość śpiewaczki poznaje się w duecie z Giorgio Germontem z II Aktu - jednej z najtrudniejszych scen operowych w literaturze. Wczorajsza premiera właśnie tym zasługuje na najwyższe oceny: Kurzak zaśpiewała genialnie, pokazując dramatycznie wszystkie - tak szybko zmieniające się - nastroje: od pełnego godności "Donna son io...", przez entuzjazm "Piu' non esiste or amo Alfredo...", bunt "Ah, no giammai!..." do rozpaczy "Cosi' alla misera..." i bolesnego "Dite alla giovine...". Świetnie wspierana przez Andrzeja Dobbera śpiewaczka stworzyła w tej scenie to, na co czeka się chodząc do opery latami, a czego opisać w żadnej relacji się nie da.

Przy kreacji Aleksandry Kurzak wszystko, co się zdarzyło wczoraj jest mało istotne. Na uznanie zasługuje Giorgio Germont Andrzeja Dobbera, śpiewany wielkim głosem i z wyczuciem dramatyzmu. O Alfredzie Sebastiena Gueze lepiej zapomnieć jak najszybciej, jeśli nie była to wpadka spowodowana niedyspozycją, to po "jednym z najbardziej obiecujących francuskich śpiewaków" (określenie z programu) nie zostanie niebawem nawet ślad. Orkiestra pod dyrekcją Miguela Gomeza-Martineza wykonała swoje zadanie dobrze. Inscenizacja Mariusza Trelińskiego nie zasługuje moim zdaniem na komplementy, zwłaszcza, że nie pomagała śpiewakom, a nawet im czasem przeszkadzała. Poza zbyt mocno podkreśloną infantylnością Alfreda nie dostrzegłem nic oryginalnego, bo nie jest niczym oryginalnym ani przeniesienie akcji w czasy charlestona, ani nadmierne rozbuchanie środków technicznych z nieustannie turlającymi się na rolkach dekoracjami. Scenografia Borisa Kudlicki i efekty świetlne mogą się podobać, ale nie są rewelacją.

Ale - jak już pisałem - to wszystko nieważne. Ważna była niezwykła kreacja Aleksandry Kurzak, której nie zaszkodzi żadne udziwnienie reżyserskie ani nawet marny partner. Ta Violetta ma już swoje miejsce w historii Teatru Wielkiego w Warszawie i w historii opery.
    • kanarek2 Re: Traviata w Warszawie - triumf Aleksandry Kurz 17.06.10, 00:01
      No i przez ten czas niewiele się zmieniło.

      Wczoraj pan w garniturze wyszedłszy na proscenium zapodał iż diva ma temperaturę
      (tu jęk), lecz zaśpiewa (oklaski). Potem, ogólnie mówiąc, było jak wyżej. Pani
      Kurzak olśniewająca, praktycznie bez kłopotów (mimo gorączki). Pan Dobber
      świetnie, powiedzieć że był równorzędnym partnerem w II akcie to przesadzić, ale
      niewiele; zresztą po części wynikało to z nierówności sztuki aktorskiej a nie
      wokalnej, stateczny pan jakim jest Giorgio Germont niekoniecznie musi biegać po
      scenie, ale sprowadzenie roli do trzykrotnego rozłożenia rąk jest zbytnią
      oszczędnością.

      Zgoda także co do Alfreda, dodać jednak trzeba że tyczy ona nowego Alfreda:
      francuz odszedł, teraz jest włoch, też powinien odejść (szybko).

      Miłym zaskoczeniem była dla nas scenografia, sporo ładnych pomysłów, w tym dobre
      oświetlenie (np w II akcie), bezsensowna dyskotekowa kula z lustereczkami
      rzucającymi refleksy okazała się świetnie użyta w końcowej scenie, czyli jest do
      wybaczenia. Zupełnie się nie tłumaczą różne amorki w majteczkach czy tancereczki
      z lokalu dla kierowców tirów, i włożenie ich za tiulowe ekrany tego nie zmienia,
      parę innych pomysłów Trelińskiego też niepotrzebnych. Ale ogólnie nie będziemy
      narzekać. Np scena z matadorami łada.

      Jak bowiem powiada Guglielmo, to jeden z tych wieczorów na które czeka się latami.
Pełna wersja