macrow
02.10.10, 12:20
przy okazji publikacji o "bierhalle", pragne powiedziec swoje zdanie o pierwszej w bialymstoku knajpie, profanujacej niemiecka kulture.
jakis czas temu przyjeciele zaciagneli mnie do knajpy pt "berlin".
pierwsze wrazenie:
- wystroj za kupe kasy, ale w bloto. kupy sie nie trzyma i miesza bawarie, saksonie i prusy.
- kelnerki wszystkie z wygladu identyczne: ca. 1,75 m, szczuple i krotko sciete, czarne wlosy. erotyczne sny szefa sie spelniaja?
- obsluga tak starchliwa, ze sie jaka i czerwieni.
jadlospis peka od bledow ortograficznych. w opisach niemieckich i polskich!
jednak na papierze znajdujemy smakolyki takie jak:
- biale kielbaski monachijskie
- sauerkraut
- golonka "oktoberfest"
sluchajac mojej rady, kolezanka wybrala wiec keilbaski. dostala szara kielbase w cienkiej kiszce. nic wspolnego ze slynna monachijska nie miala. do tego musztarda sarepska. poradzilem kolezance rowniez piwo "schneider weisse", czyli ciemnawe, pszeniczne. kelner nie potrafil przelac go z butelki do szklanki (przyznam, ze jesto to pewna sztuka, jezeli chodzi o piwa pszeniczne), wiec go wyreczylem.
przyszla moja golonka! na moich ustach pojawil sie szeroki usmiech, bo czekalem na pyszna, chrupiaca, piczona w piwie goloneczke z knedlem :) a tu klops. doslownie. gora trzesacego sie po ugotowaniu sadla, podana na bigosie (w ich mniemaniu "sauerkraut") i do tego kartofle. porcja 73 zlote.
zapytalem wiec kelnera, czy obecny jesz wlasciciel lokalu. do kelnera glowy naplynela krew, zatrzasl sie, zajakal i wykrztusil krotkie i ciche "nie ma".
trudno.
po 5 minutach wyszedl z kuchni szef! pytam wiec kelnera, dlaczego sklamal. powiedzialem mu rowniez, ze nie mam pretensji do obslugi i ze chce tylko spokojnie z szefem porozmawiac. "nie wiem". do placzu mial blisko.
przywolalem wiec szefa do stolu i poprosilem, by usiadl. wolal stac i zapytal "no co?".
powiedzialem mu, ze za kolacje dla 2 osob i kilku piw chetnie poprawie mu bledy w menu i podrzuce kucharzowi przepisy na zawarte tam specyfiki. bo bawarczycy nie gotuja golonki, tylko pieka w piwie. no a nazwa "oktoberfest" chyba nie nawiazuje do saksonii dolnej.
ten kalafior, zamiast sie cieszyc z taniej mozliwosci uporzadkowania spraw, sie zaczerwienil i rzekl: "jak jak cos nie pasuje, prosze isc gdzie indziej".
tak wiec wstalismy od stolu, zostawiajac na nim nietknieta golonka i nadgryziona kielbaske.
szef lokalu wyraznie podenerwowanym glosem zadal mi pytanie - a kto zaplaci?
no przepraszam, ale jak sie mnie wygania od stolu, na ktorym stoi niesmaczne jedzenie, to chyba ja placic nie bede...