jabobo
15.09.14, 19:58
W sierpniowym numerze gazety „Wiadomości Gródeckie” pan Chmielewski napisał:
…”Na ziemi gródeckiej do dziś pozostały ślady tamtych tragicznych wydarzeń – mogiły i pomniki. Niestety, nie ma już komu o nie dbać. Niedawno, wspominając w swym redaktorskim felietonie rocznicę – również zapomnianą – zakończenia II wojny światowej, proponowałem, aby zajęło się tym Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Gródeckiej. Ta nasza organizacja, przejawiająca wszak wiele ciekawych, pożytecznych inicjatyw i pomysłów, w tym przypadku nie jest jednak jednomyślna. W zarządzie TPZG zasiada bowiem piszący z rzadka teksty do naszej gazety Jan Bogdan Boczko, który ma odmienne poglądy na temat naszej historii niż zdecydowana reszta mieszkańców. W swym artykule sprzed kilku lat mocno skrytykował poczciwych i sędziwych gródeckich kombatantów za to, że składają kwiaty i zapalają znicze w miejscach pamięci żołnierzy radzieckich, których nazwał agresorami, a okres PRL czasami zniewolenia. Tymczasem społeczeństwo naszej gminy odbiera to zupełnie inaczej. Po chrześcijańsku okazuje pamięć i wdzięczność tym, którzy – wcieleni do armii – przelali na naszych ziemiach niewinną krew. A czasy PRL u nas nie były takie mroczne, jak je Jan B. Boczko maluje.”
Do następnego numeru pisma wysłałem odpowiedz w formie listu do czytelników. Przed ukazaniem się gazety otrzymałem mail z informacją:
…” Przypominam, iż łamy naszej gazety są otwarte dla wszystkich mieszkańców. Jednak przygotowując teksty do publikacji – oprócz listów – należy o ich tematyce odpowiednio wcześniej powiadamiać redaktora naczelnego, który zgodnie z prawem prasowym odpowiada za treść przygotowywanych materiałów prasowych. Oświadczam zatem, że w przypadku nadesłania przez Pana tekstów wcześniej ze mną nieuzgodnionych, nie będę miał obowiązku ich opublikowania.
Z poważaniem
Jerzy Chmielewski
Redaktor Naczelny „.
W oczekiwanym numerze gazety na mój list "miejsca zabrakło".
W tej sytuacji nieopublikowany tekst zamieszczam na łamach forum.
Szanowny czytelniku „Wiadomości Gródeckich”.
Za oknem mamy już wrzesień. Niedawno , bo 23 sierpnia minęła 75 rocznica podpisana traktatu rozbiorowego Polski między Rosją Sowiecką a III Rzeszą. Układ Ribbentrop-Mołotow był wyrokiem na istnienie II Rzeczpospolitej Polskiej. W wyniku niemiecko-sowieckiego traktatu o granicach i przyjaźni z dnia 28 września 1939, będącego korektą paktu Ribbentrop- Mołotow, Sowiecki Sojuz zagrabił większą część terytorium Polski niż Niemcy (52,1%).
Między Rosjanami a Niemcami kwitła przyjaźń, kiedy w Grodnie czy Brześciu Litewskim we wrześniu 1939 roku wspólnie defilowali na gruzach „burżuazyjno-obszarniczej Polski”. Niedługo po tym biełapolaków- oficerów , czyli jeńców wojennych ( ponad dwadzieścia tysięcy) - elity narodu polskiego Rosjanie zamordowali, bowiem nie rokowali żadnych nadziei na zmiany i chęci do polubienia komunizmu. W Zakopanem sowieckie NKWD i hitlerowskie gestapo wspólnie planowało jak najsprawniej wyniszczyć Polaków na zajętych terenach. Tradycje współpracy powstawały już w latach trzydziestych, kiedy Sowiecka Rosja użyczała swoich poligonów do szkolenia czołgistów Guderiana czy pilotów Geringa czy też zaopatrując przemysł wojenny Niemiec w surowce strategiczne .
Te wydarzenia miały bezpośredni wpływ na losy całej rzeszy polskich rodzin na terenie okupowanym przez Sowiecką Rosję. Kiedy waleczni sołdaty pilnowali porządku w okupowanym prywislańskim kraju, NKWD mogło sprawnie, według ułożonych list pakować do pociągów całe rodziny i jak bydło w nieludzkich warunkach wywozić na Sybir czy stepy Kazachstanu. Proszę spytać o to panią Irenę Wojtkowską z Gródka czy kogokolwiek z rodziny Szorców z Piłatowszczyzny. To „dzięki” tym wydarzeniom nie dane mi było poznać rodzonego brata mamy- Jana Lisowskiego ze wsi Plebanowo, który nie ze swojej woli nagle stał się sowieckim sołdatem. W liście do swojej matki a mojej babci pisał m. in. o za ciasnych butach… Wujek mój, Tadeusz Dąbrowski z Kolonii Mostowlany jak nastolatek z całą pięcioosobową rodziną poznawał smak burianów na kazachskim stepie. Jako Polacy a do tego „mazury” byli bieznadiożni na zmiany. A w tym czasie tutaj trwała sowiecka okupacja.
Czy ludobójstwo ponad 20 tysięcy oficerów, setki tysięcy Polaków wywiezionych i zmarłych na nieludzkiej ziemi dodając skrytobójcze mordy na terenie okupowanym nic nie znaczy? Były to okrucieństwa rosyjskiej okupacji a nie jakieś tam enigmatyczne rządy sowietów.
Paradoks losów sprawił, że wiele lat później, jako polski oficer, pilot myśliwski- diemokrata, jak nas Rosjanie nazywali, latałem nad kazachskimi stepami. To w Dęblińskiej Szkole Orląt w czasach Polski Ludowej śpiewaliśmy:
Święta miłości kochanej ojczyzny,
Czują cię tylko umysły poczciwe! …
… Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.
Dodam, że hymn ten, napisany przez arcybiskupa Ignacego Krasińskiego przed stuleciami nie stracił na aktualności.
Przyjaźń rosyjsko- niemiecka nie zdążyła nabrać pełni smaku, kiedy to niecałe dwa lata później machina wojenna Tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej uprzedzającym atakiem zaskoczyła Krasnuju Armiu. Dziś już wiemy, że miało być odwrotnie, sołdaty mieli nieść „wolność „ wsiem nacjom po Atlantyk.
Rosjanie do dziś wypierają ze swojej świadomości fakt współpracy i przyjaźni z nazistowskimi Niemcami. Nieprzypadkowo dla Rosjan wojna nie zaczyna się we wrześniu 1939 roku, jak to uznaje cały świat, tylko w czerwcu 1941 roku. Dwa lata wymazane. Dziewiątego maja w Moskwie nie świętowano zakończenia II wojny światowej a Wielikiej Otieczestwiennoj Wojny (Wielkiej Wojny Ojczyźnianej).
I to sołdatom z okupacyjnych lat 1939-1941 poświęcony jest pomnik w Bobrownikach z tablicą informującą, że polegli za naszą i waszą wolność. Polegli za Sowiecki Sojuz, za ideały komunizmu i co ma to wspólnego z wolnością Polski, której to byli najeźdźcami i okupantami. Komu służy ten pomnik i to kłamstwo wyryte na tablicy. Kto stawia pomniki okupantom?
Jeżeli ta ziemia skrywa prochy żołnierzy jakiekolwiek armii , to takie miejsca należy uszanować, oznaczając jednocześnie opisem prawdziwych faktów a nie kłamstwem. Uszanować to nie znaczy czcić.
Nie wiem, gdzie spoczywają prochy mojego wujka Jana Lisowskiego, żołnierza Armii Czerwonej. Jako młodzieniec, przed laty w gródeckim kościółku, pamiętałem o wujku w modlitwie. Chrześcijańska troska, o której pisze pan Chmielewski niewiele ma wspólnego z kwiatami…
Jeżeli pan Chmielewski chce składać kwiaty na pomnikach żołnierzy Czerwonej Armii, niech to czyni.
Jeśli świętuje zakończenie Wielikoj Otieczestwiennoj Wojny to kwiatki niech składa.
I nie obarczaj Pan piszącego te słowa, winą za brak działalności koła kombatantów czy bierność Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Gródeckiej. Jako wytrawny działacz wie Pan, że tam decyzje zapadają większością głosów. Jeden głos to za mało. Zamordyzmu nie ma.
Jest „starobiałoruskie” powiedzenie: …”Jeżeli Pan Bóg chce kogoś ukarać, odbiera mu rozum”…
Z czytelniczym pozdrowieniem Jan Bogdan Boczko