fiat_lux
06.03.06, 19:29
wiadomosci.onet.pl/1273025,11,item.html
PRL-owska przeszłość szefa więziennictwa z PiS
"Gazeta Wyborcza" pisze w dzisiejszym wydaniu o nowym szefie więziennictwa i
jego przeszłości. Henryk Biegalski w stanie wojennym był szefem gdańskiego
aresztu, gdzie doszło do krwawej pacyfikacji buntu więźniów politycznych.
W wolnej Polsce, z kolei, Biegalski znany jest jako przyjaciel biskupów -
pisze "Gazeta Wyborcza".
Henryk Biegalski decyzją ministra sprawiedliwości został właśnie szefem
Centralnego Zarządu Służby Więziennej.
Lipiec 1982 r. Dzięki podsłuchom i więziennej agenturze SB dowiedziała się, że
w gdańskim areszcie ma dojść do głodówki "politycznych". Postawiono na
rozwiązanie siłowe. Naczelnik aresztu Henryk Biegalski wysłał do uspokajania
więźniów trzystu funkcjonariuszy Służby Więziennej uzbrojonych w pałki i
tarcze. Opornych wyciągali z cel, żądali, by jedli przygotowany posiłek.
Odmowa oznaczała bezwzględne bicie - przypomina "GW".
- To była krwawa jatka - mówi funkcjonariusz, który uczestniczył w tamtej
akcji. - Krew bryzgała na podłogi i ściany. Wszystko przez to, że znalazło się
kilku nadgorliwych funkcjonariuszy i zabrakło kogoś mądrego, kto by ich
powstrzymał. Rannych ściągano na dół do łaźni i po obmyciu trafiali do
ambulatorium. W całym areszcie było słychać krzyki bitych.
Dziś Biegalski mówi "GW", że było to uzasadnione przeciwdziałanie "zakłócenia
porządku w zakładzie".
Sprawa była poważna nawet jak na stan wojenny - śledztwo wszczęła Prokuratura
Marynarki Wojennej w Gdyni. W 1983 r. je umorzyła ze względu na rozbieżności w
wyjaśnieniach funkcjonariuszy. Decyzję o umorzeniu podważyła jednak Naczelna
Prokuratura Wojskowa - i śledztwo kontynuowano. Ostatecznie sprawa zakończyła
się niczym, bo podejrzanych funkcjonariuszy objęto amnestią.
W 1986 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku w procesie cywilnym przyznał odszkodowanie
jednemu z najciężej pobitych. Przy okazji stwierdzono m.in., że fałszowano
więzienną dokumentację lekarską pobitych - na papierze ich obrażenia były dużo
lżejsze niż w rzeczywistości.
- Nie czuję się odpowiedzialny za tamtą sytuację, nie uczestniczyłem w tym
osobiście - mówi "Gazecie Wyborczej" płk Biegalski. - Nie potrafię powiedzieć,
dlaczego tak się stało, to były trudne czasy, dziś łatwo oceniać .
Wszystko zrzuca na podwładnych. - Winę ponosili konkretni ludzie oddelegowani
do wykonania zadania. To doświadczenie uświadomiło mi, jak ważny jest
odpowiedni dobór kadr - mówi.