Gość: zagubiona
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
21.02.05, 22:00
Mam świetnego chłopaka, dobrego, miłego, kochającego itp. itd. Wszystko było
super dopóki mój facet nie wylądował w wojsku a ja wszystko zepsułam.
Na początku strasznie przeżywałam nasze rozstanie. Nie mogłam znieść, że
zostałam sama z problemami, wątpliwościami i tęskonotą. Każda zakochana para
wkurzała mnie do granic możliwości. Wściekałam się i nie mogłam poradzić
sobie z tęknotą. Pomagała mi tylko praca-nie musiałam siedzieć w domu i
myśleć. I właśnie ta praca zniszczyła wszystko...
Mój ukochany był już 4 m-c w wojsku, gdy zadzwoniłam i powiedziałam "Kochanie
awansowałam!!!" Było coraz lepiej. Awans dał mi poczucie siły. Czułam się
samowystarczalna.
Wtedy zaczęły się wyjazdy na spotkania służbowe z kolegą z pracy. Chcąc nie
chcąc przebywaliśmy w swoim towarzystwie dużo czasu. Jechaliśmy na spotkania
3 godz. a wracalismy z nich 6. Reastauracje, bary, kawiarnie-tam się
zatrzymywaliśmy, żeby być ze sobą dłużej. Staliśmy się przyjaciółmi i mój
facet o tym wiedział. Nic nie mówił, nie narzekał, nie miał nic przeciwko.
No i stało się. Ja czułam coś do niego a on do mnie.
Później szok! On się żeni! Dowiedziałam się o tym od szefa. Płakałam.
Płakałam mojemu facetowi przez telefon, tłumacząc, że miałam kolegę z pracy
za przyjaciela a on nawet nie raczył mnie powiadomić. Mój chłopak był nadal
wyrozumiały i pocieszał mnie, że może tamten robi małe wesele i nie chce
zapraszać wszystkich z pracy, więc nic nie mówi. Bez jakichkolwiek podejrzeń.
Ślub się odbył, później jeszce kilka spotkań i koniec.
Mój chłopak wyszedł z wojska i było nawet fajnie. Później mu wszystko
opowiedziałam, zrozumiał moją samotność a przede wszystkim głupotę i wybaczył.
Jak widzicie anioł. Cudowny człowiek, któremu można ufać i na którym można
polegać.
A jednak czegoś brak. Coś się skończyło. Ja nazwam to brakiem porwu, takiego
porywu serca. Wiecie chyba o co chodzi? Takiego szaleństwa kiedy jesteś w
stanie zrobić wszystko byleby być blisko niego.
Mój facet jest naprawdę wspaniały: miły, kulturalny, zadbany, wesoły, z
poczuciem humoru, przystojny, ma świetną pracę, samochód a przede wszystkim
kocha mnie i daje mi poczucie bezpieczeństwa. Słowem idealny kandydat na męża.
Więc teraz mam pytanie: czego mi tak brakuje? Czemu nie potrafię się cieszyć
z tego co mam? A przecież mam tak dużo...
Co robić? Jak sprawić, żeby powróciły stare słodkie czasy...? Co jest nie tak
w naszym związku? Czego brakuje?
Nie chcę się z nim rozstawać, bo mimo wszystko kocham go na swój sposób.
Proszę o pomoc...