czteryrazynie
04.07.05, 14:15
Co jakis czas czuje ze zyje czekajac na zdrade z drogiej strony... tak jakby
mnie wszystkie moje grzechy z dziecinnstwa mialy dogonic i ja mam być na nie
gotowy. I chociaz wiem ze już swoje zaplacilem (oj za swoje już duzo
zaplacilem) to nie mogę otrzasnac się z odczucia ze i tak mnie cos gorszego
nadal czeka.
Tu się nagle dowiem ze dziewczyna z która jestem teraz mimo to ze chce mnie
kochac, to narazie nie umie. Może tak jak mnie dobily wczesniejsze kobiety i
mi zrobily metlik w glowie, to może ją wczesniejsi faceci zaniedbali i takie
efekty spowodowali. Ale jak tu pomuc komus kochac jak przez moja przeszlosc
samemu nie umiem do konca ufac? Twierdzi ze zdrada dla niej nie jest czyms
okropnym i jest w stanie wybaczec (latwo jest wybaczec jak się samemu czuje
winnym bo kiedys zdradzilo), a wiernosc już kiedys była w stanie ‘zapomniec
na jedna noc’. Czy znowu by była w stanie tak zapomniec tu i teraz? Czy warto
wogule o tym myslec... każdy zwiazek jest przeciez inny... ale ludzie poprzez
wszystkie swoje zmiany i tak zostaja tacy sami.
Nie będę nikogo tepil za bledy z przeszlosci, bo tez sam bladzilem kiedys, i
nie będę tez potepial za cos co zdazylo się z kims innym... bo sam nie byłem
aniolem kiedys... bo chce wierzyc w to ze ludzie potrafia się uczyc ze swoich
bledow... ale czy ona wogule odczuwa ze to co kiedys zrobila to było czynem z
którego powinno się nauczyc i go nie powtórzyć? Czy może tez nie zrobilo to
na niej wrazenia i otworzylo w niej jakas swiadomosc ze można tak postepowac
i jej to odpowiada... mowi ze nie zdradzi, ale kiedys tez mi tak ktos mowil,
a jednak...
Czyz nie jest tak ze brak uczucia powoduje brak zakochania, brak zakochania
za to powoduje brak potrzeby wiernosci? (chociaz, ludzie kochaja a i tak
potrafila zdradzac, wiec może milosc a wiernosc nie sa tak pokrewne jak chce
się twierdzic).
Na prozno czasami sluchac co Ci kobieta mowi. Czy Ci powie ze Cie kocha, czy
Ci powie ze zawsze będzie wierna, to i tak przyjdzie jeden moment, jedna
chwila, w której zjawi się ktos kto ją akurat wtedy doceni przez moment
bardziej niż Ty (a dla kobiet tak często ‘chwile’ się licza bardziej niż
caloksztalt, niż wszystko co zdazylo się do ‘tej’ chwili), zaspokoi w niej ta
jedna rzecz która Ty nie zaspokoiles (chociaz zaspokoiles wszystkie inne jej
potrzeby których ten ‘facet momentu’ nie bylby w stanie zaspokoic, ale nagle
te inne jej potrzeby się minimalizuja i ta jedna jeszcze nie zaspokojona
rosnie w wadze i dla niej staje się wazniejsza niż inne, i idzie... idzie za
nim bo nagle ten nowy ciekawy facet uzupelni ja w calosci, nagle zapomina to
ze bez Ciebie i to co Ty zrobiles to ten facet z ta jedna czasteczka jej
osobowosci wogule nie zrobilby na niej wrazenia bo nie mialaby zaspokojonych
tych wczesniejszych potrzeb, i chociaz byles w stanie zaspokoic 99% jej
osoby, to ta koncowa, ostatnia, nagle jest dla niej najwazniejsza i tutaj ten
nowy czlowiek potrafi to uzupelnic... i idzie za nim... idzie za nim tak jak
za mna kilka kiedys poszlo... sam się soba teraz strasze...) i nagle wszystko
co Ci tak kiedys obiecywala i przysiegala legnie jak chorongwia u stop
sabotazysty. Potem już jest nie wazne czy wroci do Ciebie czy nie, czy
zrozumie swój bled, bo już pokazala na co ja stac. Tamtem pojdzie do
nastepnej, ona albo będzie blagac o powrot albo się odbije na ponownym, a
Ty...
Facet potrafi tylko raz w zyciu walczyc o kobiete, tylko raz w zyciu szczerze
walczyc, bo prawda jest taka ze nigdy nie powinien był walczyc nawet ten
jeden raz. W momencie gdy musisz walczyc o kobiete to już oznacza ze to nie
jest ‘ta’ kobieta chociaz tego nie jestes swiadomy. Jakby to była ‘ta’ to nie
trzeba by było o nia walczyc i nigdy by nie wprowadzila Cie w sytuacji walki
o nia... była by Ci wierna i oddana od poczatku. Ale każdy facet raz w zyciu
tak naiwnie się zakocha ze pozwoli sobie walczyc o jedna kobiete, i zawsze
konczy się to porazka (czy tez od razu ja traci, czy tez potem swiadomosc
dociera do niego ze walczyl o kogos lub o cos co i tak go zdradzilo lub nie
wyszlo) i już nigdy nie walczy o nikogo wiecej w zyciu. Nigdy nie pokocha tak
mocno w zyciu. Nigdy się nie odda, chociaz będzie nadal wierny jak pies, to
nigdy nie odda swojej smyczy innej... będzie pilnowal, będzie blisko, będzie
oddany, ale już nastepna nie będzie miala jego smyczy w rece. On będzie przy
niej ale zawsze tez będzie pamietal zdrade poprzedniej, i nigdy nie odda się
pownownej tak samo bardzo.
Jak jednej kiedys zaufales i pokochales a potrafila Cie zdradzac, klamac i
oszukiwac to jakos wierzyc nastepnej przychodzi z trudem (o ile wogule
przychodzi ta mozliwosc). I nawet gdy przychodzi to zaufanie, to już nigdy
nie jest takie pelne... to jest zaufanie tymczasowe, nie przetestowane, nawet
nie wiem czy da się przetestowac na tyle żeby mieć totalne zaufanie... i
znowu się czeka az cos się spali i Cie popazy... i tak w jedna noc Ci powie
ze kiedys jednego wieczora ‘przypadkiem’ cos się ‘wydazylo’... i znowu to
samo. Jak tu ufac ludzia? Jak ufac kobiecie? Jak mogę przestac martwic się
tym co było mi zadane kiedys i wierzyc ze nie powtorzy się teraz z ta z która
jestem, gdy ta z która jestem mowi ze jest wierna i potrafi być lecz w
ostatnim istotnym zwiazku swojego zycia... zeszla z drogi na chwile (niby to
on pierwszy ja zdradzil i klamal...ale...). Mowi ze nie zdradzi, ze nie
zrobilaby nic co zepsuloby jej wizerunek w oczach partnera. Tez mowi ze nie
potrafi być z facetem bo wszystko spiepsza (wiem ze to stwierdzenie to
mechanizm defensywny...) a jest ze mna już od pol roku i przyznala ze seks
nie jest wazny, ale potem stwierdzila ze jakby seks był zly to była mozliwosc
ze by wyladowala z innym w luzku. Jak tu wierzyc kobieta. Mowia jedno, potem
zmieniaja zdania, plataja się w swoich slowach a tym samym gubia nas w tych
zawiklaniach i sprzecznosciach. „nie zdradzilabym już teraz...” ale czy ta
wola jest na tyle silna żeby przetrwac w swiecie realnym, poza nocnymi
obietnicami w cieplym luzku gdy swiat na zewnatrz jest tak daleko. Może się
nauczyla czegos jednak... może. I z jednej strony doceniam to ze mowi mi
wszystko otwarcie i nie chowa przedemna i swoich plusow i minusow... i nie
chce stac się kims kto po uslyszeniu o minusach swojej partnerki wybuduje z
nich jakies paranoje bo w koncu do tej pory nie zrobila nic żebym jej nie
ufal, nie sklamala, nie zdradzila, nie oszukala, nie zawiodla (‘do tej
pory’... nadal to tkwi we mnie ze jednak być może kiedys cos zrobi), ale czy
sam fakt ze zdradza mi tajemnice swojej osobowosci, swojego podejscia do
zwiazkow które tak sa odmienne od moich i mi wrecz podpowiada ze jest
mozliwosc ze to się zdazy... to czy to samo w sobie mnie nie przygotowuje na
taki cios? A z drogiej strony, to czy by mi powiedziala o tym czy nie, czy
bylbym z nia czy z inna, to mozliwosc ze mnie zdradzi była by taka sama...
jedyna roznica tkwila by w tym ze ten fakt nie bylby wypowiedziany.
Nikomu nie da się ufac bezgranicznie, chociaz w naturze ludzkiej czlowiek
chce mieć kogos w kim może mieć oparcie i sam być oparciem dla kogos. Grecy
pisali ze milosc jest okropna bo ‘kochajac z calego serca, nigdy nie jestes
pewny ze jestes tak samo mocno kochany’ zawsze Ci się wydaje ze kochasz
wiecej i przez to Twoja milosc jest cudowna ale czujesz się slabszy i
przegrany bo nie wiesz czy ta druga osoba kocha tak samo wielce, i czy zrobi
dla Ciebie tak samo wiele...
Czy to slabosc ze pisze o tym, ze o tym mysle? Czemu nie mogę być tego typu
tlumanem mezczyzna który idzie przez zycie majac w dupie to czy go ktos
zdradza czy nie, bedac naiwnie tak pewny siebie ze nie myslalbym o swoich
kobietach (bylych czy terazniejszej) i nawet o mozliwosci ze mnie może