dorotka710
10.12.05, 14:11
wyjechal na staz 2000km dalek stad, mial wrocic za pol roku. czekalam na
niego, dalej bym czekala. ale on sie zmienil, byl taki oschly, obojetny na
telefon. juz nie taki, jaki go zapamietalam, gdy byl tu przy mnie.
rozmawialam z nim wczoraj, choc przez telefon, ale wydusilam. powiedzial mi,
ze chyba zostanie tam na dluzej. nie chce wracac do domu. tzn. przyjedzie na
swieta, ale potem, w przyszlym roku w czerwcu dostal jakas lukratywna
propozycje pracy w Anglii i chce ja przyjac. powiedzial, ze zostanie tam na
zawsze a przynajmniej na najblizsze lata. i on nie moze ode mnie rzadac bym
ani z nim pojechala - bo nie moge, ani zebym tyle czekala. na co? jak nawet
nie wiem czy wroci. Ja tu koncze studia, tu znajde prace a nie bede sie
aklimytyzowac w innym, obcym kraju.
Powiedzial mi, ze jest taki obojetny do mnie, bo nie kocha mnie. A nie kocha,
bo wie, ze to sie wkrotce rozpadnie. Dla niego jest kariera wazniejsza.
Przynajmniej jest szczery... Egoista, jak stwierdzil tez, ze nie zmieni
swoich planow, ani dla mnie, ani dla nikogo, bo o takim zyciu marzyl zawsze:
jezdzic zagranice, na kontrakty, tu pare lat, potem znowu gdzie indziej
zaczynac itd. Potrafil byc ze mna 8 miesiecy, nie kochajac mnie, wiedzac, ze
i tak nie mamy przyszlosci bo on juz wybral inna droge. Stawia mi warunki, ze
moge jechac z nim. A przeciez milosc jest bezwarunkowa, a on nie chce z
niczego rezygnowac, a ja mam sie dopasowac bo on nie uznaje kompromisow. Ja
tez mam jakies plany na zycie, ale to go nie interesuje, bo tylko "ja...
ja... ja... zadowalaj sie tymi okruszkami uczucia, ktore dla ciebie mam, ale
nic wiecej..." Chce być ze mną, i nie chce równoczesnie. Chce być, ale na
swoich zasadach.
Nie klamalam, jak mowilam, ze go kocham, moze dlatego tak trudno mi jest sie
z nim rozstac. jestem rozczarowana, bo jeszcze nigdy tak nisko nie upadlam.
byl pierwszym mezyczna, z ktorym moglam sobie wyobrazic przyszlosc. przy nim
nie balam sie niczego. byl najlepsza rzecza, jaka mi sie dotychczas w zyciu
przytrafila, ale nie ta wlasciwa.
Jego ostanie zdanie brzmialo: " Zalezy mi bardzo na Tobie, ale mam inne,
wlasne zycie". A dla mnie, jak ja kogos kocham, to on jest przeciez moim
zyciem!!
Oczywiscie kariera, praca swoja droga, ale to jest wszystko podrzedne, ta
osoba jest zentralna czescia mojego zycia, od niej wychodza plany, od niej
wszystko jest zalezne, a bez niej nic nie wychodzi...
Niby sama wiem, ale zawsze to co innego, gdy ktoś jeszcze otworzy mi oczy
Niestety go kocham. ja wiem, że sprawa jest właściwie przegrana, ale jakos
łatwiej będzie mi odejść, gdy upewnię się, że nic pomiędzy wierszami już nie
ma. Nie liczę na nic, poza mocnym kopem. Sama się sobie dziwie, że ja tego do
tej pory nie widziałam, jaki on naprawde jest. Zbierałam okruszki nadziei.
Ale chyba pora na porządki
znikne z jego zycia i nie licze niestey, ze bedzie za mna gonil.
Wyrachowany do granic, ale nie licze juz na nic wiecej, bo jak widac nie
wykazal on wiekszego zainteresownia. Pokazac mu, jak latwo mi o nim zapomniec?
Jak mu powiedzialam, ze odchodze, to powiedzial "Podrózujacych sie nie
zatrzymuje".
Gdzie popelnilam blad? Dlaczego mnie tak zranil?