habibi1
29.04.07, 16:10
Zakochalam sie w chlopaku. Nic nadzwyczajnego - kazdy kiedys sie w kims
zakochal. Kazdy przezywal nieodwzajemnione milosci. Przyznam, ze prawdziwa
tortura bylo przebywanie w jego towarzystwie szczegolnie wtedy, gdy byl tak
blisko mnie. Czasem duzo rozmawialismy, a potem on znikal na kilka dni..
Ostatnio zostalismy sami w akademiku - wszyscy znajomi wyszli na impreze.
Razem ogladalismy film i.. pocalowal mnie. Oczywiscie na calowaniu sie nie
skonczylo. W pewnym momencie musialam powiedziec "dosc. dalej nie". powiedzial
mi wtedy, ze ma ochote na sex, ze kiedy zobaczyl mnie rano pomyslal, ze mozemy
razem spedzic ta noc. dodal, ze jest bardzo zawiedziony, ze ja nie chce.
nastepnego dnia musialam wyjechac. po powrocie natychmiast przyszedl mnie
odwiedzic - wtedy wstapila we mnie nowa nadzieja - moze to nie byla
jedononocna przygoda? obiecal, ze spotkamy sie nastepnego dnia. i nic. nie
widzialam go wiecej, az do wczoraj. przyszedl cos pozyczyc, zaprosilam go do
srodka, odmowil. w trakcie imprezy spotkalam go ponownie idac po cos do
pokoju. spytalam, czy wpadnie - odparl, ze nie moze. powiedzial, ze nie ma
czasu rozmawiac, ze bardzo sie spieszy. dzis rano wyjechalam. nie rozumiem go.
z jednej strony byl taki mily, mowil, ze jeszcze wpadnie, z drugiej - och
przeciez mieszka w pokoju naprzeciwko mnie. wystarczyloby zapukac. i gdyby
chcial zrobilby to. co mam o tym myslec? pewnie jestem naiwna, ze wciaz
wierze, ze moze jeszcze cos... moze mam szczescie, ze nie dalam sie
przeruchac, a moze.. gdybym to zrobila teraz byloby inaczej?