Gość: Solution
IP: 12.155.174.*
08.08.02, 03:49
Zdrada Ojczyzny i Unia Europejska
"To już nie błąd polityczny, nie warcholstwo, nie zdrada zwyczajna, to już
nikczemność bez granic, wynaturzenie, wyparcie się najszlachetniejszych
uczuć, jakie Stwórca w serce ludzi włożył". Tak pisał Bernard Kalicki,
dziewiętnastowieczny historyk, o tym zjawisku dotykającym części Polaków,
które nazywano scudzoziemczeniem duszy lub zobczeniem. "Na ogólnej szali
narodu - pisał również - zobczenie jest grzechem, który tę szalę
najniebezpieczniej przeważa. Tak przynajmniej sądzi instynkt narodu, który
zobczałych głębszą spotyka niechęcią, niż bardziej szkodliwych wichrzycieli".
Magdalena Micińska w swojej książce "Zdrada - córka nocy. Pojęcie zdrady
narodowej w świadomości Polaków w latach 1861-1914" określa to zjawisko
zobczenia w sposób następujący: "brak poczucia łączności z własnym narodem,
jego tradycją i przyszłymi losami".
Dlaczego "brak poczucia łączności z własnym narodem, jego tradycją i
przyszłymi losami" określano zawsze w Polsce jako zdradę narodową i to zdradę
największego możliwego kalibru? Odpowiedź na to pytanie jest
prosta. "Wszyscy - pisał B. Kalicki - smutnej, a jak dziś ze zrozumiałą
goryczą zwykliśmy się wyrażać, nieszczęsnej pamięci wichrzyciele, zdrajcy,
wszyscy Zebrzydowscy i Opalińscy byli Polakami złymi, bardzo złymi, ale byli
Polakami. Natury to na wskroś polskie, choć ujemne, i serca polskie, choć
spaczone i krzywe, i w każdym z nich pod piramidą grzechów, a nawet zbrodni
można doszukać się iskierki ducha polskiego. Każdy z nich działał w imię
miłości własnej, dla niej klęski zadawał krajowi; ale po przejściu szału miał
chwile opamiętania, miał chwile kiedy mu wracało poczucie, że to ojczyzna".
W tych zaś, którzy scudzoziemczeli, "tej iskry Polaka nie było całkiem". Kto
zaś nie miał w sobie "iskry Polaka", ten oddawał Polskę obcym, wierząc przy
tym głęboko, że czyni słusznie. Zdrada, grzech były tu jakoś nieodwracalne.
To zobczała, scudzoziemczała szlachta doprowadziła do rozbioru Polski i ten
rozbiór zaakceptowała. Zdrajcy nie poczuwali się wtedy do zdrady. Dla nich
był to, w wyniku ich zobczenia, akt rozsądku, dziejowej konieczności, postępu
itd. Tak pisał o tym Adam Mickiewicz w "Pielgrzymie Polskim": "Kiedy
haniebnemu sejmowi Ponińskiego radzono podpisać akt samobójstwa (...)
zaklinano obywateli aby przestali czuć po obywatelsku. 'Gdzież rozsądek -
wołano - chcieć opierać się woli trzech dworów? Gdzie są środki oparcia się?
Czy jest czas po temu? Czy nie lepiej część poświęcić, aby resztę zachować;
ze skołatanego statku Rzeczypospolitej wyrzucić dla ulżenia mu kilka
województw (...)'. Poczciwi posłowie, szczególnie z głębi prowincyj przybyli,
słuchali z podziwieniem nowych dla Polaka rozumowań; nie umieli, nie chcieli
nawet wdawać się w rozprawy, zatykali uszy na podobne bluźnierstwa; polskim
rozumem, polskim sercem nie mogli pojąć ani uczuć, jak to sejm miałby
Rzeczypospolitą rozdzierać, bliźnich swoich, spółobywateli w niewolę
sprzedawać. Odpowiedziano im, że sejm posiada la souverainete! Przybiegli na
pomoc ludziom rozsądnym dyplomaci, zbrojni w obosieczne słowa aliansów,
gwarancyj, traktatów, kartonów, neutralności, i nareszcie słownik nasz
wyrazem kordon, nad którym niegdyś tak dumali politycy nasi, jak potem nad
interwencją i nieinterwencją. Zgraja głupców i ludzi bezdusznych wstydziła
się przyznać, że tych wyrazów nie rozumie, rada była popisać się z nauką
szermując nimi. Rejtan po raz ostatni przemówił starym językiem, zaklinając
na rany boskie, aby takiej zbrodni nie popełniać. Ludzie rozsądni okrzyknęli
Rejtana głupcem i szalonym".
"Postępowi" zdrajcy i "wsteczni" patrioci
Historia się powtarza. Powtarzają się haniebne Sejmy. Pojawiają się
znowu "ludzie rozsądni" oraz "zgraja głupców i ludzi bezdusznych". Znowu
pojawia się w Polsce scudzoziemczenie. Znowu pojawia się "brak poczucia
łączności z własnym narodem, jego tradycją i przyszłymi losami". Ponownie
ukazuje się "nikczemność bez granic, wynaturzenie, wyparcie się
najszlachetniejszych uczuć". Powtarza się zdrada, zdrada największa. Trzeba
ją obnażać i bez ogródek nazywać po imieniu.
Przeciwnicy przystąpienia Polski do Unii Europejskiej wykazują w
dziesiątkach, wręcz setkach materiałów, że nie jest to dla Polski i Polaków
decyzja słuszna. I dobrze. Trzeba na wszelkie sposoby ukazywać zło. Trzeba
stosować wszystkie możliwe argumenty. Trzeba je powtarzać. Naświetlać zło z
różnych stron, przekonywać, unaoczniać itd. Pamiętajmy jednak wciąż i zawsze
o jednym, najważniejszym, i mówmy o tym głośno. To zdrada, "nikczemność bez
granic, wynaturzenie, wyparcie się najszlachetniejszych uczuć".
To nieważne, ile państw zrezygnowało ze swojej suwerenności, wchodząc do Unii
Europejskiej, ile narodów zgadza się na dalsze ograniczanie swojej
państwowości i podmiotowości, na wynaradawianie. To nieważne, ilu Polaków
akceptuje wejście Polski do Unii Europejskiej. Zdrada pozostaje zdradą.
Polska wartością ponadpokoleniową
Media, politycy, niektórzy biskupi, tzw. autorytety mogą sobie mówić, co
chcą. Zdrada pozostaje zdradą. Nawet gdyby wszyscy, dosłownie wszyscy Polacy
zgodzili się dziś na kolejny rozbiór Polski, byłaby to zdrada. Po latach
historycy napisaliby tylko: "Zdradziło całe pokolenie".
Nie wolno nam kupczyć Polską. Nie mamy do tego prawa. Jesteśmy tylko jednym
pokoleniem. Polska to coś więcej niż jedno pokolenie. Polska to skarb i
wartość, które tworzyły niezliczone pokolenia przez ponad tysiąc lat, za
które oddawały życie, pracując i ginąc po to, by Polska była Polską, tym
skarbem i tą wartością. Kolejne pokolenia Polaków przekazywały ją swoim
następcom wraz z przesłaniem zapisanym w tym, co nazywa się polskością,
przesłaniem, które mówiło: "chronić, pogłębiać, utrwalać, pomnażać, budować i
tworzyć", a nie "niszczyć, spłycać, zubażać, okaleczać, osłabiać". Kroczymy w
sztafecie pokoleń. Po nas przyjdą nasze dzieci, wnuki i prawnuki, ich dzieci,
wnuki i prawnuki. Mamy przekazać im Polskę silniejszą i piękniejszą, lepszą,
szlachetniejszą, bogatszą. To jest nasz obowiązek. Nie mamy prawa robić
niczego, co by w Polskę godziło, umniejszało ją i osłabiało, nie mówiąc już o
jej przekreślaniu. To byłaby zdrada, zdrada największa. To
byłaby "nikczemność bez granic, wynaturzenie, wyparcie się
najszlachetniejszych uczuć".
Przypomnijmy w tym miejscu odpowiednie zapisy choćby Konstytucji Kwietniowej
Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 23.04.1935 r.:
Art. l.1. Państwo Polskie jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli.
2. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swych synów ma być przekazywane w
spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.
3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę
państwa.
4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i
swoim imieniem.
Biorę do ręki pierwszy z brzegu podręcznik historii Polski. Jest to
akurat "Historia Polski 1492-1864" Józefa Gierowskiego. Czytamy
tam: "Pierwszy rozbiór nie przesądzał jeszcze ostatecznej likwidacji państwa
polskiego, które stało się państwem buforowym między trzema rozbiorcami.
Zaciążył jednak bardzo nad możliwościami rozwoju gospodarczego Polski".
Zaborcom otwarto, jak pisze Gierowski, "możliwości szerokiej penetracji
gospodarczej", a "sejm opanowany został przez elementy najbardziej
skorumpowane". Zaborcy ograniczyli władzę ustawodawczą i
wykonawczą. "Okrojonej Polsce pozwolono na ograniczone reformy wewnętrzne".
Powtórka z historii
W 1994 r. zaczął się pierwszy rozbiór Polski. W 1997 r. zalegalizowała go i
przypieczętowała Konstytucja zdrady, Konstytucja, w której pojawiły się takie
między innymi artykuły, jak: "Rzeczypospolita Polska może na podstawie umowy
międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej kompetencje organów
władzy państwowej w niektórych sprawach (Art. 9, punkt 2); "Ratyfikacja prze