Gość: +++IGNOR
IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl
07.09.02, 00:22
Wejście po przejściach
Naprawdę Polska przystąpi do Unii gdzieś w 2013 r.
Pod koniec maja Eneko Landaburu, szef Dyrekcji Generalnej do spraw
Rozszerzenia w Komisji Europejskiej, powiedział, że być może Polska zostanie
przyjęta do UE dopiero w czerwcu 2004 r., a nie 1 stycznia 2004 r. Burza w
szklance wody, jaka przeszła przez polskie media i zmusiła niemal wszystkich
znaczących polityków do ustosunkowania się do tej wypowiedzi, uwidoczniła, na
jak mało istotnych kwestiach nerwowa polska opinia publiczna się koncentruje.
KLAUS BACHMANN
Korespondencja z Brukseli
Kilka lat temu, kiedy perspektywa wejścia do UE była zarówno mglista jak i
obiecująca, w kręgach zbliżonych do Unii Wolności uważano to za szansę
na „drugą reformę Balcerowicza”, na skok modernizacyjny: za pomocą środków UE
Polska sfinansuje infrastrukturę, zmodernizuje rolnictwo, usprawni
gospodarkę, a sami Polacy, pracując za granicą, wejdą w krwiobieg
zachodnioeuropejskiej gospodarki. Polska uzyska wpływ na najważniejsze centra
decyzyjne Europy i przestanie być kibicem.
Obawy przeciwników były i są diametralnie inne: UE pozbawi Polskę tradycji,
wartości, kapitału i ziemi, obezwładniając ją w tajemniczych, zdominowanych
przez większe państwa strukturach federalistycznych.
Zarówno obawy jak i nadzieje mają wspólny mianownik: wejście do UE uznawane
jest za Big Bang, za przełom, wielką zmianę, po której już nic nie będzie
takie, jakie było dotąd. Również przeciwnicy rozszerzenia w krajach UE rysują
taki scenariusz: Polacy zalewają unijne rynki pracy, rolnicy rujnują unijny
budżet i zasypują inne kraje tanią żywnością, polscy przedstawiciele
rozsadzają unijne instytucje od wewnątrz za pomocą obstrukcji i przesadnych
żądań.
Jeszcze zanim negocjacje z Brukselą się zaczęły, wpadła mi w ręce mała
broszurka wydana przez rząd austriacki, która miała na celu rozproszenie
takich obaw. Były one tam wyliczone, po czym autorzy przedstawiali
kontrargumenty: nieprawda, że Polacy będą destabilizować unijne rynki pracy,
ponieważ dostęp do nich zablokuje im bardzo długi okres przejściowy.
Nieprawda, że rolnicy będą zagrażać eksportem tańszej żywności, ponieważ
uniemożliwia im to bardzo długi okres przejściowy. I tak dalej, i tak dalej.
Aż w końcu uważny czytelnik musiał się złapać za głowę: to po co ten cały
wysiłek z rozszerzeniem, skoro ono nic nie zmieni?
Ale autorzy tej małej broszurki mieli rację: to nieprawda, że w Polsce lub w
UE coś dramatycznie się zmieni na lepsze lub gorsze w wyniku przyjęcia
Polski. Pewnego dnia Polacy obudzą się jako członkowie UE. (Nieważne, czy to
będzie 1 stycznia 2004 r., czy 1 czerwca 2004 r., czy kiedy indziej. I tak
przed oknem będzie piał kogut, na obwodnicy będą korki, podatki będą za
wysokie i świadczenia społeczne za niskie, urzędnicy aroganccy, a telewizja
nudna i brutalna. Wszyscy: polski rząd, unijne rządy, negocjatorzy i Komisja
Europejska na to zapracowali).
Wejście po przejściach
...ciąg dalszy
KLAUS BACHMANN
Scenariusz przełomowy byłby możliwy, gdyby nie było: zamachów 11 września,
obniżenia wzrostu gospodarczego na świecie, rygorów unii monetarnej i złego
przygotowania Polski do negocjacji i do członkostwa. Wedle takiego
scenariusza dzień po przystąpieniu zniknęłyby szlabany na granicy, Polacy
zaczęliby pracować w UE, a inwestorzy inwestować w Polsce. Nie byłoby ceł,
istniałby jeden wspólny rynek, na którym prywatny kapitał wymusiłby te
wszystkie reformy, których rząd do tego momentu zaniechał: górnictwa,
hutnictwa, rolnictwa. Sprawna administracja państwowa wchłonęłaby fundusze
europejskie i inwestowała w rozwój infrastruktury, a polscy dyplomaci i
politycy, dobrze przygotowani, zasiedliby w unijnych instytucjach na równych
prawach z resztą przedstawicieli.
Tak jednak nie będzie. Polacy zaczną pracować legalnie w innych krajach UE po
siedmioletnim okresie przejściowym. Gdyby Polska była w stanie spełnić wymogi
układów z Schengen na wschodniej granicy, w dzień akcesji nie byłoby
pretekstu do nieotwierania zachodniej granicy ze strony Niemiec i Polacy
mogliby przynajmniej nielegalnie i bez formalności granicznych tam pracować.
Ale polski rząd raz po raz przesuwa termin wprowadzenia wiz dla wschodnich
sąsiadów, nie mając zarezerwowanych środków na wydawanie wiz i rozbudowę
placówek na Ukrainie. Rozciąganie systemu Schengen na nowych członków i
otwieranie granicy unijnej z nimi trwało w przypadku ostatniego rozszerzenia
(o Austrię, Finlandię i Szwecję) kilka lat. Nie następuje ono automatycznie
po przyjęciu danego kraju, lecz dopiero po sprawdzeniu, czy spełnia on
wszystkie wymogi. Nie jest tajemnicą, że rząd Niemiec – z obawy przed
wzrostem przestępczości transgranicznej, nielegalną migracją ze wschodu i
napływem nielegalnych pracowników – zamierza ten termin odwlec nawet o
kilkanaście lat. W obecnej sytuacji, kiedy w niemal całej Europie strach
przed przestępczością, terroryzmem i nielegalną imigracją napędza wyborców
partiom skrajnej prawicy i populistom, nie będzie w tej kwestii trudno o
sprzymierzeńców.
Tym bardziej że za pozostawieniem obecnej infrastruktury granicznej przemawia
fakt, że tylko część polskiej żywności będzie dopuszczona na rynek unijny.
Polski rząd sam wystąpił z postulatem, aby mleczarni i rzeźni, które
produkują niezgodnie ze standardami unijnymi, nie zamykać, lecz pozwolić im
na produkowanie żywności na rynek lokalny.
Gdyby Wspólna Polityka Rolna została rozciągnięta na Polskę – nawet z
okrojonymi dopłatami bezpośrednimi – spowodowałoby to prawdopodobnie
konsolidację gospodarstw wiejskich. Większe gospodarstwa, korzystające z
dobrodziejstw unijnych dotacji, wykupywałyby powoli karłowate gospodarstwa,
dla których nie byłby opłacalny wysiłek biurokratyczny ubiegania się o
dotacje. Dochodowe gospodarstwa (w tym niektóre z kapitałem zagranicznym)
wchłonęłyby niedochodowe, poprawiając konkurencyjność polskiego rolnictwa.