Gość: Alex
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
23.12.02, 05:05
Żaden istotny polski postulat nie został w Kopenhadze spełniony. Koniec
rokowań z Unią miał służyć propagandzie
Za sukces zapłacimy sami
Podczas szczytu w Kopenhadze nasza delegacja wywalczyła dla statystycznego
Polaka dodatkowo dwa i pół euro. Spełnienia większości naszych postulatów
przywódcy "15" odmówili. Jednak finał rokowań okazał się doskonałym zagraniem
propagandowym, a to zapewne jest najważniejsze przed zbliżającym się
referendum.
W polskim obozie z góry ustalono właśnie taki priorytet. Scenariusz rokowań
został podporządkowany dwóm terminom: rocznicy wprowadzenia stanu wojennego i
głównemu wydaniu telewizyjnych "Wiadomości". Sukces miał być ogłoszony na
żywo, w bezpośredniej relacji telewizyjnej. Przynajmniej dwa miesiące przed
szczytem zaplanowano przyjazd do Kopenhagi kilkudziesięcioosobowej ekipy
telewizyjnej, która miała zapewnić funkcjonowanie "otwartego studia". Premier
wyszedł z sali rokowań do dziennikarzy o 19.20. Odczekał kilka minut na
rozpoczęcie edycji dziennika. Wygłosił patetyczne, krótkie przemówienie.
Dziennikarzom nie pozwolono zadać pytań, bo te mogłyby zburzyć delikatną
konstrukcję polskiego "sukcesu". Premier równie szybko jak przyszedł,
schronił się przed dziennikarzami w "zakazanej" strefie centrum. Gdy w
następnych godzinach szczegóły ustaleń wyjdą na jaw, będzie po głównych
wydaniach dzienników telewizyjnych i radiowych. Relacjom nadano właściwy ton.
Unia mogła czekać
Taka strategia z góry jednak stawiała polskich negocjatorów na słabszej
pozycji. Czas grał na niekorzyść Millera. Unijni przywódcy mogli bowiem
czekać.
Polska ekipa słabo rozeznała szanse na porozumienie. Od prowadzenia rozmów
został w ostatnich dniach odsunięty nasz główny negocjator Jan Truszczyński,
który prawidłowo oceniał, co można rzeczywiście ugrać. Miller, po objechaniu
w ostatnich dwóch tygodniach wielu unijnych stolic, wysnuł mylne wnioski:
Unia pójdzie wobec Polski na daleko idące ustępstwa. Sporo zawinił także
komisarz ds. poszerzenia Unii G�nter Verheugen: do ostatnich godzin
przekonywał, że "15" ma jeszcze w zanadrzu ponad dwa miliardy euro. Miller
uwierzył mu na słowo, zapominając, że to nie komisarz podejmuje decyzje.
Polska do Kopenhagi przyjechała z długą listą daleko idących żądań, ale nie
przygotowano alternatywnych rozwiązań na wypadek, gdyby "15" ich nie przyjęła.
To znowu zostało doskonale wykorzystane przez naszych partnerów. Jeden z
uczestników rozmów wspomina: "Gdy w piątek rano Miller pierwszy raz spotkał
Rasmussena (premier Danii i gospodarz spotkania) napotkaliśmy mur wobec
naszych głównych żądań: miliard euro dodatkowej gotówki, większy limit
produkcji mleka, więcej pieniędzy dla rolników. Nie wiedzieliśmy, co robić.
Zaczęło być bardzo nerwowo".
Polskie postulaty postanowiono skrzętnie ukryć przed mediami, szczególnie
krajowymi. Równie dyskretna, rzecz jasna umyślnie, nie była jednak "15".
Teraz po stronie Unii był już nie tylko atut czasu, ale także przekazu
medialnego. Wiadomo było, że Miller zgodzi się na wszystko, co uratuje jego
obraz "twardego negocjatora", który z Kopenhagi wróci z sukcesem. Michał
Tober, rzecznik rządu, w południe przyznawał: "Do Warszawy musimy wrócić z
tarczą". Od tego zależało powodzenie referendum w sprawie przystąpienia
Polski do Unii i utrzymanie koalicji.
Bez alternatywnych rozwiązań
Zegar cykał. Późnym popołudniem kanclerz Schr�der wyszedł niespodziewanie do
dziennikarzy. Przedstawił sposób rozwiązania głównego polskiego dylematu,
zanim dowiedział się o nim Miller. Po sali prasowej zaczęła krążyć zawiła
formuła przyspieszenia płatności 500 milionów euro i zwolnienia polskiego
budżetu z obowiązku współfinansowania unijnych funduszy strukturalnych z
dalszych 500 milionów euro. Tekst był napisany po niemiecku: Schr�der
zaczynał przejmować rolę "ojca poszerzenia", tego, który "uratował w
Kopenhadze członkostwo Polski w Unii".
Alternatywnych rozwiązań polscy negocjatorzy nie przygotowali. Na analizę
niemieckiej oferty otrzymali mniej niż godzinę. W tym czasie nie zdążyli w
pełni zrozumieć, o co w niej chodzi. Próba zorganizowania w ostatniej chwili
spotkania Millera z Chirakiem, który od kilku tygodni deklarował chęć wyjścia
naprzeciw polskim żądaniom, nie powiodła się: Francuzi odmówili.
Podczas ostatniej, dwugodzinnej rundy rokowań Miller siedział już sam na sam
z Rasmussenem. Obecni byli jeszcze tylko tłumacze. Na wszystkie polskie
postulaty duński premier proponował rozwiązania zgodne z "formułą Sch�dera":
ustępstwa tylko dla opinii publicznej, ale nie w rzeczywistości. Trzeba
przyznać, że cała "15" trzymała się już tego ustalenia do końca. Parę minut
po siódmej szwedzki premier Goran Persson pierwszy wyszedł z sali obrad z
przesłaniem: spełniliśmy wszystkie polskie postulaty.
Sposób ratowania twarzy
Faktycznie jednak najważniejsze nie zostały spełnione. Miliard euro zaliczek
dla ratowania budżetu wypłaciliśmy... sobie sami. To bowiem pieniądze, które
nam już Unia oferowała, tyle że później i na rozwój infrastruktury. Możemy
zresztą za to zapłacić podwójnie, przyznają polscy negocjatorzy. Gdy
przyjdzie do negocjowania pakietu funduszy strukturalnych w następnym
budżecie UE 2007 - 2013, Polska może otrzymać znów miliard mniej. Występując
wcześniej o ograniczenie funduszy, sama bowiem dowodzi, że nie jest w stanie
wykorzystać więcej pieniędzy.
Z limitem produkcji mleka porażka była jeszcze większa. Unia nie przyznała w
Kopenhadze Polsce ani litra więcej, choć do końca Miller walczył o... dwa
miliony litrów ponad ofertę "15". Aby ratować twarz, polski przywódca
pogodził się z przesunięciem w ramach tego samego limitu jednej kategorii
mleka do drugiej. Gdy w wystąpieniu telewizyjnym mówił o zwiększeniu o
półtora miliona ton mleka "hurtowego", na ten przymiotnik mało kto zwrócił
uwagę, a tym bardziej go zrozumiał. "Nie mogliśmy nic innego zrobić" -
przyznaje jeden z polskich negocjatorów. Gdyby Polska otrzymała więcej mleka,
wystąpiłyby o to również Włochy, które z powodu niskich limitów otrzymanych w
przeszłości muszą teraz importem zaspokajać jedną trzecią krajowej
konsumpcji. A w Kopenhadze na otwarcie ustaleń Wspólnej Polityki Rolnej nie
godził się nikt.
Pozorne ustępstwa
Podobnie z dopłatami dla rolników: podczas szczytu Miller nie uzyskał od Unii
ani euro więcej. Rasmussen oferował raz jeszcze wyjście z twarzą:
uzupełnienie dopłat... z polskich pieniędzy. Dzięki temu polski premier mógł
ogłosić w "Wiadomościach" magiczne 55, 60 i 65 procent. Nie dodając, że za
sukces zapłacimy... sami. I że obecny w Kopenhadze wicepremier Grzegorz
Kołodko ostrzega: w budżecie państwa dodatkowych pieniędzy dla rolników nie
ma.
Polscy negocjatorzy wpadli natomiast na zręczny pomysł uzupełnienia polskiej
listy drugorzędnymi postulatami, na które Unia przynajmniej się zgodzi. To
przede wszystkim czasowe niższe opodatkowanie usług budowlanych, co "15"
przyznała już półtora roku wcześniej Czechom, bo wówczas, a nie na koniec
rokowań, o to wystąpiły. Dla Unii sprawa jest w miarę obojętna:
preferencyjnie opodatkowanych usług budowlanych nie można bowiem eksportować
(kontrakty wykonane przez polskie firmy za granicą są objęte lokalną stawką).
A zatem ustępstwo nie daje naszym firmom lepszej pozycji konkurencyjnej,
a "15" nic nie kosztuje.
Podobnie z klauzulą ochronną, która pozwoli na monitorowanie importu żywności
do Unii, gdyby okazało się, że po zniesieniu ceł jest on zbyt duży. Unia
zaproponowała takie rozwiązanie, zastosowane zresztą przy poprzednich
poszerzeniach wspólnoty nawet przy imporcie indywidualnych produktów (na
przykład hiszpańskich truskawek) wiele tygodni wcześniej. Polscy negocjatorzy
woleli jednak to przedstawić jako swoje osiągnięcie.
Jedyny realny sukces w Kopenhadze to dorzucenie 108 milionów euro do funduszu
na uszczelnienie granicy wschodniej.