rolnikpolski
11.01.03, 23:29
Weź udział w referendum i powiedz Unii NIE!
ZA INTEGRACJĘ ZAPŁACIMY Z WŁASNEJ KIESZENI !
MIT UNIJNEJ POMOCY
Unijna pomoc finansowa dla nowych członków to ulubiony
mit unijnej
propagandy. Brukselskie fundusze rzekomo mają rozwiązać
wszystkie nasze
problemy, a ich wysokość w ogólnym bilansie netto ma
być dla nas korzystna
(czyli że otrzymamy z UE więcej, niż do niej wpłacimy w
formie składki).
Nic bardziej błędnego! Fundusze to tylko pula
zarezerwowanych pieniędzy, ale
żeby je otrzymać, należy wnieść wkład własny, a do tego
trzeba spełnić
wyśrubowane wymagania, trudne nawet dla obecnych
członków. Na przykład
Hiszpania, po 16 latach członkostwa, wykorzystuje 70%
przyznanych jej przez
Unię funduszy strukturalnych.
W Polsce nie mamy jeszcze doświadczeń z funduszem
SAPARD, gdyż rozpoczął się
z 2-letnim opóźnieniem. Ale jeśli spojrzeć na Estonię,
to w pierwszym roku
SAPARD-u zaakceptowano tam tylko 15% złożonych wniosków
i wykorzystano
jedynie 3% z unijnych pieniędzy. Estońscy ekonomiści
obliczyli, ze zdobycie 1
euro z tego programu wymagało poniesienia 0,8 euro
kosztów administracyjnych!
Nie ma się co dziwić, skoro każde euro z unijnej pomocy
dla krajów
kandydujących napotyka na gąszcz przepisów i warunków
prawie niemożliwych do
spełnienia - a to dlatego, że bogate kraje wpłacające
najwięcej do kasy UE
starają się ograniczyć wypłacaną z niej pomoc. Z
wyjątkową szczerością i
bezczelnością, wyraził to komisarz d/s rozszerzenia UE,
Günter Verheugen,
odpowiadając kanclerzowi skarbu, Brownowi, z Wielkiej
Brytanii: "A co do
programu pomocy dla wsi SAPARD, to stworzyliśmy tak
skomplikowane regulacje,
że jest normalne, iż kandydaci nie mogą im sprostać."
FUNDUSZE STRUKTURALNE
Fundusze te nie są żadnym prezentem na rozwój
infrastruktury - Unia jedynie
współfinansuje działania naszych władz w regionach lub
na poziomie całego
kraju. Krótko mówiąc, jeśli koszt jakiejś inwestycji
wyniósłby 100 euro, to
my musimy do tego dołożyć od 25 do 50 euro, gdyż nasz
budżet musi pokryć 25-
50% każdej inwestycji. Mało tego: inwestycja musi być
najpierw sfinansowana
przez Polskę, a Unia swoją część wypłaca dopiero po
roku, po przedstawieniu
stosownych faktur.
Skoro Polska jest krajem naprawdę biednym, to jak
sfinansujemy swoją część
zobowiązań, aby otrzymać pomoc z unijnej kasy? Nawet
jeśli te pieniądze rząd
wyciśnie z naszych kieszeni w formie podatków, z nowych
kredytów zaciąganych
przez Polskę, a nawet z ograniczeń wydatków na
budżetówkę - to i tak
wykorzystamy jedynie jakiś procent z zarezerwowanych
dla nas funduszy.
Dlatego rządowe gadanie o 12,4 mld euro, jakie rzekomo
otrzymamy z funduszy
strukturalnych, to zwykła propaganda. Nie dość, że po
ostatnim szczycie UE w
Brukseli przyznano nam tych funduszy o 10% mniej niż
pierwotnie obiecywano,
to na dodatek nie są to pieniądze, które unijna kasa
"na bank" nam wypłaci.
Żeby je w całości otrzymać, musielibyśmy dołożyć nawet
drugie tyle... tylko z
czego?
Tak naprawdę więc nie wiemy, ile z tych 12,4 mld euro
otrzymamy, bo nie można
przewidzieć, ile sami będziemy w stanie do tego
dołożyć. Dlatego też radość
euro-entuzjastów z "przyznanych" nam funduszy
strukturalnych jest
przedwczesna - póki co, mamy te fundusze jedynie na
papierze jako maksymalną
pulę do wykorzystania.
DOPŁATY BEZPOŚREDNIE DLA ROLNIKÓW I LIMITY PRODUKCYJNE
Owe dopłaty to jedyne środki (oprócz rekompensaty dla
budżetu), które Polska
z całą pewnością otrzyma - w pierwszym roku około 500
mln euro, a w następnym
około 580 mln euro. Będą to drobne "zapomogi" dla
rolników za to, że żyją, i
że mają kawałek ziemi. Ale dopłaty te musi najpierw
wypłacić Polska, a
dopiero w następnym roku będą one częściowo zwrócone
przez Unię - czyli w
pierwszym roku i tak ich nie dostaniemy, co pogarsza
nasz ogólny bilans.
Po szczycie w Kopenhadze Miller ogłosił, że dopłaty dla
rolników mają w
pierwszych trzech latach wynosić kolejno 55%, 60% i
65%. Nic bardziej
mylnego! Poziom dopłat z budżetu UE pozostał na
poziomie 25, 30 i 35%, tyle
że Unia zgodziła się przesunąć 20% (560 mln euro na
lata 2004-06) z puli
funduszy strukturalnych na rozwój wsi. Czyli po prostu
przełożono nam te
pieniądze z jednej kieszeni do drugiej. Tak więc mniej
środków pójdzie na
rozwój wiejskiej infrastruktury, ale rolnicy otrzymają
w pierwszych trzech
latach 36%, 39% i 42% tego, co dostają ich unijni
konkurenci. Traktuje się
nas tu ze skrajnym pogwałceniem zasady równości, a nie
wiadomo, jak będą
wyglądać dopłaty po roku 2006, gdyż unijną Wspólną
Politykę Rolną czeka
zasadnicza reforma, a być może nawet jej likwidacja.
W Kopenhadze Unia jedynie łaskawie zezwoliła naszemu
rządowi na uzupełnienie
dopłat do poziomu 55%, 60% i 65% z polskiego budżetu,
ale minister Kołodko
zastrzegł, że nie jest to możliwe. Czyli w efekcie,
końcowe ustalenia nie
różnią się znacząco od ubiegłorocznej propozycji
Komisji Europejskiej
(przyznano nam jedynie dodatkowe 108 mln euro na
ochronę wschodniej granicy).
Dla Polski niekorzystne są też zaproponowane nam przez
Unię zaniżone limity
produkcyjne, obliczone na podstawie lat 1995-1999,
kiedy to mieliśmy niskie
plony na skutek klęsk żywiołowych i złych warunków
gospodarczych. Przecież
Polska posiada niewykorzystany potencjał, konkurencyjny
względem krajów UE, a
tymczasem będziemy musieli importować żywność z krajów
Unii!
Najwyraźniej system dopłat i niskie limity produkcyjne
mają dobić nasze
rodzime rolnictwo. Eurokraci chcą mieć ładny unijny
krajobraz, ale bez
polskiego rolnika w tle...
WPŁACIMY DO UE WIĘCEJ NIŻ OD NIEJ DOSTANIEMY
Tyle właśnie oznacza tajemnicza nazwa płatnik netto,
która pojawia się w
mediach, ale rzadko kiedy jest objaśniana. Grozi nam
realne
niebezpieczeństwo, że w ogólnym bilansie będziemy
właśnie płatnikiem netto do
unijnej kasy. Nasza obowiązkowa składka szacowana jest
na 2,5 mld euro
rocznie, ale do tego należy doliczyć około 1 mld euro
strat na skutek
zniesienia ceł po naszym wejściu do Unii.
Euro-entuzjaści twierdzą, że to niemożliwe, aby groził
nam status płatnika
netto. Ale przyczyny tego są proste - mamy bowiem
wpłacać całą składkę bez
żadnych ulg, ale unijne fundusze będą nam wypłacane z
opóźnieniem. Od Unii
dostawalibyśmy tylko zaliczkę na dopłaty bezpośrednie
dla rolników, a resztę
musielibyśmy wyłożyć sami, po czym Unia wypłacałaby
swoje zobowiązania
dopiero po roku. Unia nie zgodziła się też na
rozłożenie w czasie naszej
składki na raty tak, abyśmy stopniowo dochodzili do
pełnych 100%
obowiązującej nas składki (dla przykładu: bogata Wielka
Brytania do dziś
korzysta z ulg i zniżek, a my będziemy ten jej rabat
rekompensować z własnej
kieszeni!).
Nawet ostatnio wymyślony przez Unię wabik w postaci
tzw. "kompensacji
budżetowych" niewiele nam pomoże. Do wcześniej
przyznanych nam 443 mln euro
na rok 2004, Unia dała nam dodatkowy 1 mld euro na lata
2005-06 - tyle, że
najpierw odebrała nam je z funduszy strukturalnych!
Zamiast sensownego
zagospodarowania, pieniądze te będą więc "przejedzone"
na zagospodarowanie
luki budżetowej (niekoniecznie celem zwiększenia dopłat
dla rolników)! Ma to
być taki unijny gest na otarcie łez, ale nieznane są
terminy jego wypłacania -
być może trzeba będzie na ten "gest" poczekać cały rok,
bo UE może wypłacić
nam to z pieniędzy, które w ciągu tegoż właśnie roku od
nas otrzyma.
JAK WIĘC WYGLĄDA BILANS NASZEJ INTEGRACJI Z UE?
Wbrew unijnej propagandzie, średni roczny bilans naszej
integracji w latach
2004-06 wychodzi na gigantyczny minus. Matematyka nie
kłamie - co najwyżej
jest ona fałszowana w mediach.
Nasze koszty przystąpienia do UE to około 5 mld euro:
2,5 mld składki, około
1 mld strat celnych oraz 1,5 mld euro na realizację
wymogów Unii (np.
kolczyki i paszporty dla krów) oraz personel.
Natomiast nasze korzyści z integracji to