Gość: Pepe
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
15.01.03, 22:27
nczas.com
Poza Unią też jest życie
Miłosz Marczuk
Odrzucenie członkostwa w Unii Europejskiej nie musi oznaczać zerwania
gospodarczych więzów z krajami Europy Zachodniej, jak piszą kłamliwie
prounijni publicyści, strasząc nas Białorusią. Po polskim "nie" w referendum
na temat przystąpienia do wspólnot europejskich, zamiast w Unii znajdziemy
się zapewne w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA), który łączy wspólny
rynek unijny z rynkiem krajów Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu
(EFTA).
Taki wariant współpracy z Unią wybrały: Norwegia, Islandia oraz
Liechtenstein. Jest on o tyle korzystny, że pozwala na wolny handel z krajami
całej niemal Europy, osiedlanie się naszych obywateli w dowolnym państwie
Unii oraz EFTA (poza Szwajcarią), przy równoczesnym odstąpieniu od
uczestnictwa we Wspólnej Polityce Rolnej - najgłupszym systemie rolniczym
świata - oraz od Wspólnej Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony
(CESDP), uczestnictwo w której może z kolei narazić nas na konflikt ze
Stanami Zjednoczonymi. Byłaby to sytuacja wręcz komfortowa zarówno dla naszej
gospodarki, jak i polityki zagranicznej. I tania - za udział w EEA
zapłacilibyśmy około 30 milionów euro rocznie. Poza tym nasze uczestnictwo w
EEA jest już właściwie wynegocjowane.
Tydzień temu postawiłem tezę, że przy nadciągającym kryzysie finansów
publicznych jedyną rozsądną rzeczą jest zafiksowanie obecności polskiej
gospodarki w strukturach wymuszających otwarcie naszych granic celnych.
Najlepiej gdyby była to NAFTA. Patrząc jednak realistycznie na pęd naszych
polityków do Brukseli, skonstatowałem, że będzie to jednak zapewne unijny
wspólny rynek. Wspólnotowe stawki celne ze Stanami Zjednoczonymi są zresztą o
wiele niższe niż między Polską a Stanami, co byłoby niewątpliwie korzystne
dla naszej gospodarki. Oczywiście nie wierzę w żadne dobrodziejstwa ze
sztucznie, jakby wbrew regułom gospodarki tworzonych unijnych funduszy
strukturalnych czy dopłat bezpośrednich dla chłopów, którymi obracają
biurokraci. Wspólny rynek to przede wszystkim inwestycje, również
amerykańskie, które pozwolą nam w krótszej perspektywie niż bez uczestnictwa
w nim wyjść z nadciągającej już burzy. Ale we wspólnym rynku możemy znaleźć
się i bez wstępowania do Unii.
Bez Unii
Będąc w Unii, automatycznie stajemy się sygnatariuszami traktatu o
Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA). Został on podpisany przez kraje EWG
i kraje EFTA w maju 1992 roku. Po odrzuceniu go przez obywateli Szwajcarii w
marcu 1993 roku dodano do niego protokół usuwający Helwetów z wykazu stron
traktatu. Porozumienie weszło ostatecznie w życie 1 stycznia 1994 roku. Przed
wstąpieniem do UE w 1995 roku, do EEA należały też Austria, Finlandia i
Szwecja.
Artykuł 128 umowy o EEA stanowi, że musi w nim się znaleźć każdy nowy kraj
UE. Postawmy pytanie: na ile realne jest znalezienie się Polski w EEA bez
wstępowania do Unii (czyli de facto do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej)?
Tutaj należałoby przywołać dwa przykłady. Pierwszy to przypadek Turcji.
Krajom tworzącym EWG nie zależy specjalnie na członkostwie Turcji w jej
strukturach. Równocześnie rządy tych krajów nie proponują Turcji obecności w
EEA. Ostatecznie Turcji zaproponowano jedynie ustanowienie zerowej stawki
celnej na produkty nierolnicze. Na więcej wspólnoty europejskie i ich
partnerzy z EFTA się nie zdobyły. A czym prócz unii celnej jest EEA? Przede
wszystkim ustanawia swobodny przepływ kapitału i ludzi. Każdy Norweg
osiedlający się na przykład we Francji jest traktowany tam jako pełnoprawny
obywatel (oprócz biernego prawa wyborczego w wyborach samorządowych oraz
wszelkiego prawa wyborczego w wyborach do parlamentu czy też prezydenckich).
Może podjąć pracę, założyć własny biznes itd. Kraje EEA nie zgadzają się
nadać takiego statusu obywatelom Turcji.
Drugi przykład to Norwegia. Dziś mało kto pamięta, że gdyby nie prezydent
Francji Karol de Gaulle i jego niechęć do Brytyjczyków, Norwegia dawno byłaby
w EWG, Euroatomie i Wspólnocie Węgla i Stali, czyli właśnie we wspólnotach
europejskich, które de iure tworzą Unię Europejską. Norwegowie aplikowali
pierwszy raz o wejście do wspólnot w roku 1962, razem z rządem Wielkiej
Brytanii i Danii (należącymi do EFTA od roku 1960, kiedy to powstała ta
organizacja). Francja zawetowała decyzję o przyjęciu Brytyjczyków i przez to
wniosek akcesyjny Norwegii też został wrzucony do kosza. Gdyby referendum w
sprawie przystąpienia do EWG odbyło się w 1963 roku, większość Norwegów
opowiedziałaby się za członkostwem. Norwegowie nie odpuścili. Razem z Wielką
Brytanią i Danią ponownie złożyli podanie o przyjęcie w roku 1967. Znów
Francja zawetowała Brytyjczyków, co równało się odrzuceniu papierów Norwegii.
Trzeci raz ten sam wniosek trafił z Oslo do Brukseli w roku 1970, również
wraz z brytyjskim i duńskim.
I paradoksalnie, to właśnie te dwa kraje weszły wkrótce potem do EWG, a nie
Norwegia. Urażeni dwukrotnym podaniem im czarnej polewki Norwegowie w
referendum z 1972 roku opowiedzieli się przeciwko członkostwu we wspólnotach.
53,6 procenta biorących udział w głosowaniu powiedziało "nie". Trzeba było
ponad dwudziestu lat, by rząd Norwegii znów aplikował o członkostwo we
wspólnotach. 5 kwietnia, dwa miesiące po Austrii, Finlandii i Szwecji,
Norwegowie rozpoczęli na nowo negocjacje z krajami "dwunastki". Referendum z
roku 1994 znów zakończyło się zwycięstwem przeciwników: 52,3 procent
biorących udział w głosowaniu powiedziało "nie".
Było to jednak zupełnie inne głosowanie niż to w roku 1972. W tym czasie
bowiem zmieniło się dużo i w obrębie samych wspólnot, jak też w stosunkach
gospodarczych Norwegii ze wspólnotami. Od roku 1984 EWG zaczęła
budować "wspólny rynek", czyli jednolity obszar gospodarczy - najwyższą formę
współpracy gospodarczej. Ostatecznie sprawę wspólnego rynku przypieczętował
Jednolity Akt Europejski podpisany w roku 1987. Zaś w praktyce wspólny rynek
zaczął działać od 1993 roku. Kraje EFTA w trakcie tak zwanego procesu
luksemburskiego uzgadniały wejście ich gospodarek do wspólnego rynku.
Ostatecznym efektem tych uzgodnień było powstanie Europejskiego Obszaru
Gospodarczego (EEA). W październiku 1992 roku parlament Norwegii (Storting)
zdecydował o ratyfikacji traktatu o EEA. Ponieważ traktat cedował część
procesów decyzyjnych z instytucji norweskich na ponadnarodowe, potrzebne było
trzy czwarte głosów do jego przyjęcia. W praktyce było potrzebne 128 głosów.
Za traktatem zagłosowało 130 posłów. 35 było przeciwko. Głosowanie w
referendum 1994 roku w sprawie przystąpienia do wspólnot odbywało się więc w
specyficznej sytuacji. Norwegia ekonomicznie właściwie już w nich była.
Bowiem jedynymi obszarami, które nie zostały objęte wspólnym obszarem celnym
było rolnictwo oraz rybołówstwo. Norwegowie od lat dopłacają swoim rolnikom
do ich dochodów z budżetu państwa. Robią to jednak w taki sposób, by za
wszelka cenę podtrzymywać przy życiu małe gospodarstwa. Nie płacą też "pod
produkcję", jak czyni to Unia, czego efektem są tony zboża i BSE, a "pod
ekologię", czyli za samo uprawianie ziemi czy hodowlę zwierząt. Jeśli zaś
chodzi o rybołówstwo, to Norwegia nie zgodziła się na przyjęcie unijnej
wspólnej polityki rybnej ze względu na niechęć do wpuszczania na swe łowiska
kutrów z krajów Unii.
Przyjęcie pozostałych reguł ekonomicznych Unii uruchomiło wielkie możliwości
norweskiemu przemysłowi wydobywczemu. Unijny wspólny rynek energetyczny
zaowocował tym, że ponad 70 procent eksportu Norwegii trafia na rynek EWG. A
46 procent tego eksportu to gaz i ropa. Tak zwany Fundusz Petrolowy, na
którym przezorni Norwegowie zbierają pieniądze dla przyszłych pokoleń, bo
przecież złoża się kiedyś skończą, wynosił na koniec 2001 roku 73,5 miliarda
euro.
Nic więc dziwnego, że w roku 1991 norweskie Ministerstwo Ropy i Energii w
szerokim