Gość: Urban
IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net
27.04.03, 06:05
Między nami złodziejami
Po moich zeznaniach złożonych w początku marca przed komisją sejmową do spraw
Rywina niektórzy naiwniacy lżyli mnie epitetami: prawdomówny, uczciwy.
Zaprzeczam z oburzeniem.
W ogóle afera Rywina pobudziła falę moralizatorstwa, a ono zawsze zaprawione
jest głupotą i obłudą. W rezultacie przeciętny obywatel śledzący skrzywienia
życia publicznego naiwnie mniema, że np. politycy (podobnie jak biznesmeni
lub dziennikarze) dzielą się na uczciwych i nie. Gdyby więc istniały dobre
instrumenty pomiaru uczciwości, wyborca głosowałby na uczciwych, skreślał
pozostałych i znikłaby korupcja oraz protekcje. Wyobrażenie, że są ludzie z
natury uczciwi i nieuczciwi, ma źródła religijne. Katolicy wierzą, że na
Sądzie Ostatecznym arbiter oddzieli wartych zbawienia od godnych potępienia.
Taka sama więc sztuczka może się udawać wyborcom, sędziom, dziennikarzom i
innym niewszechmocnym śmiertelnikom.
Wiara w istnienie uczciwych i nieuczciwych ma także źródła psychologiczne.
Każdy, poza mną, człowiek siebie samego uważa za uczciwego i mniema, że nie
jest w tej ocenie odosobniony. Niekiedy moralne samowyróżnienie dotyczy
całego zbioru osób. Na przykład środowisko "Gazety Wyborczej" żywi i
propaguje mniemanie o swojej szczególnej uczciwości. Ogół to drażni, a
konkurencję pobudza do pilnego tropienia nieprawości ludzi z tej gazety.
Większą jest bowiem frajdą znalezienie czyraka na obliczu Michnika niż
gangreny w trzewiach aferzysty. Ryzyko związane z zachwalaniem własnej
uczciwości nie jest oczywiście jedynym powodem, dla którego ja, Urban,
łopoczę sztandarem własnej nieuczciwości. Inną przyczyną jest moja uczciwość
w ocenianiu samego siebie.
Może zresztą rzeczywiście nie kradnę. Nie z uczciwości jednak przecież. Pewną
rolę odgrywa – jak zwykle – brak umiejętności. Także brak celu. Mam dosyć
forsy, żeby dobrze żyć i ile bym nie dokradł, poziomu życia zasadniczo mi to
nie zmieni. Opłacałoby mi się ukraść co najmniej miliard dolarów, bo to
zmieniłoby skalę w jakiej żyję. Jak jednak ukraść miliard dolarów? Wiedzą to
tylko miliarderzy.
Ludzie nie postępują ani uczciwie, ani nieuczciwie z założenia, tylko zawsze
zgodnie ze swoim interesem. Życiowe interesy niekiedy skłaniają ich do
uczciwości, często przeciwnie. Zazwyczaj prowadzą się trochę tak, a trochę
siak. Nierzadko mylnie oceniają, co leży w ich interesie, albo dokonują oceny
poniewczasie. W rezultacie przechodzą na emeryturę pozbawieni majętności lub
przeciwnie, ZUS śle im forsę do więzienia.
Będąc w PRL ministrem w zasadzie nie brałem łapówek, lecz na swoje
usprawiedliwienie powiem, że nikt ich nie proponował. Mogliby mi bowiem
zarzucić, że wywyższam się ponad dzisiejszych członków rządu. Uchowaj Boże.
Rządziłem słowami, a nie dobrami, które warte są pieniędzy. Stopniowo
korzystałem jednak z coraz liczniejszych przysług czyniących życie
wygodniejszym, a także tańszym. Ot, państwowa fabryka odzieżowa szyła mi
ubrania na miarę, auto reperowano mi prawie bez kolejki i bez zwyczajowej
łapówki, i tak to narastało. Coraz liczniejsze korzyści stawały się nawykiem.
Na ile by te pożytki się wzmogły do 2003 r., gdyby PRL nie upadła, więc i ja
wraz z socjalizmem? Zapewne z latami miałbym konto w Szwajcarii, na którym
ledwie mieściłyby się pobrane łapówki.
Stosunkowo uczciwe są więc nie takie rządy, do których wybiera się i powołuje
ludzi uczciwych, ale działające w takim systemie, w którym uczciwość silniej
od sprzedajności opłaca się dygnitarzom i urzędnikom w ich życiowym bilansie.
Przy tym poprzeczka faktycznie aprobowanej zwyczajowo nieuczciwości ulokowana
być musi stosunkowo nisko. Na przykład gdy biznesmen zaprasza ministra na
Hawaje, to jeszcze ujdzie, ale kiedy zbuduje mu gratis dom – niesie to ryzyko
potępień.
Można próbować reperowania stosunków poprzez wykrywanie, karanie, piętnowanie
przejawów jaskrawej korupcji. Obniżać opłacalność nieuczciwości. Cóż jednak z
wyciosania kija, kiedy nie sposób wyhodować marchewki? Jedyną nagrodą, jaką
funkcjonariusz lub człowiek interesu osiąga za uczciwość, jest święty spokój.
Życie spokojne tak jest jednak nudne, że mało warte. Przecieka jak woda z
nieszczelnego kranu.
Podział na uczciwych i nieuczciwych przez to także jest mylny, że ludzkie
interesy i skłonności są zmienne pod wpływem możliwości, okoliczności i
doświadczeń. Na tym nie koniec komplikacji: bywa się uczciwym lub nieuczciwym
w ograniczonym zakresie. I nie mówcie, o moralizatorzy, że głoszę panświnizm.
Przemawia przez mnie tylko realizm.
Dla dziejów przekupstwa w Polsce miał znaczenie przypadek ministra w rządzie
pobożnisi Suchockiej – Wacława N. Na początku lat 90. "NIE" ujawniło, że ten
prawicowy polityk (wcześniej zresztą I sekretarz PZPR w mieście Gorzów)
wykorzystał swoją władzę i sprawił, że państwowa firma zajmująca się
międzynarodowym handlem bronią przekazała znaczną sumę na rzecz supersamu
zięcia ministra. Nikt ministrowi za to nie powiedział złego słowa. Nadal
pozostał on ministrem, bo był nim z ramienia małej partii potrzebnej
Suchockiej, żeby jej rząd miał poparcie sejmowej większości. Poszedł więc
wówczas trwały sygnał do wszystkich dygnitarzy państwowych: względy
polityczne ważniejsze są niż prawo i moralność. Macie przyzwolenie na prywatę.
Minister N. to więc ważna cegła w budowie stosunków korupcyjnych w Polsce. Po
upadku gabinetu Suchockiej Wacław N. został biznesmenem i trafił do więzienia
już za inne interesy. Ów Wacław N. – jeden z ojców założycieli sprzedajności
wśród rządców Polski – był człowiekiem poniekąd niezwykle uczciwym. Gdy
tylko "NIE" napiętnowało jego kosztowną dla państwa miłość do córki, od razu
w prasie uczciwie przyznał się do tego, co zrobił. Może z poczucia
bezkarności, ale może z poczciwości. Pokażcie mi dziś drugiego tak uczciwego
ministra!
Autor : Urban