Między nami złodziejami

IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:05
Między nami złodziejami

Po moich zeznaniach złożonych w początku marca przed komisją sejmową do spraw
Rywina niektórzy naiwniacy lżyli mnie epitetami: prawdomówny, uczciwy.
Zaprzeczam z oburzeniem.

W ogóle afera Rywina pobudziła falę moralizatorstwa, a ono zawsze zaprawione
jest głupotą i obłudą. W rezultacie przeciętny obywatel śledzący skrzywienia
życia publicznego naiwnie mniema, że np. politycy (podobnie jak biznesmeni
lub dziennikarze) dzielą się na uczciwych i nie. Gdyby więc istniały dobre
instrumenty pomiaru uczciwości, wyborca głosowałby na uczciwych, skreślał
pozostałych i znikłaby korupcja oraz protekcje. Wyobrażenie, że są ludzie z
natury uczciwi i nieuczciwi, ma źródła religijne. Katolicy wierzą, że na
Sądzie Ostatecznym arbiter oddzieli wartych zbawienia od godnych potępienia.
Taka sama więc sztuczka może się udawać wyborcom, sędziom, dziennikarzom i
innym niewszechmocnym śmiertelnikom.

Wiara w istnienie uczciwych i nieuczciwych ma także źródła psychologiczne.
Każdy, poza mną, człowiek siebie samego uważa za uczciwego i mniema, że nie
jest w tej ocenie odosobniony. Niekiedy moralne samowyróżnienie dotyczy
całego zbioru osób. Na przykład środowisko "Gazety Wyborczej" żywi i
propaguje mniemanie o swojej szczególnej uczciwości. Ogół to drażni, a
konkurencję pobudza do pilnego tropienia nieprawości ludzi z tej gazety.
Większą jest bowiem frajdą znalezienie czyraka na obliczu Michnika niż
gangreny w trzewiach aferzysty. Ryzyko związane z zachwalaniem własnej
uczciwości nie jest oczywiście jedynym powodem, dla którego ja, Urban,
łopoczę sztandarem własnej nieuczciwości. Inną przyczyną jest moja uczciwość
w ocenianiu samego siebie.

Może zresztą rzeczywiście nie kradnę. Nie z uczciwości jednak przecież. Pewną
rolę odgrywa – jak zwykle – brak umiejętności. Także brak celu. Mam dosyć
forsy, żeby dobrze żyć i ile bym nie dokradł, poziomu życia zasadniczo mi to
nie zmieni. Opłacałoby mi się ukraść co najmniej miliard dolarów, bo to
zmieniłoby skalę w jakiej żyję. Jak jednak ukraść miliard dolarów? Wiedzą to
tylko miliarderzy.

Ludzie nie postępują ani uczciwie, ani nieuczciwie z założenia, tylko zawsze
zgodnie ze swoim interesem. Życiowe interesy niekiedy skłaniają ich do
uczciwości, często przeciwnie. Zazwyczaj prowadzą się trochę tak, a trochę
siak. Nierzadko mylnie oceniają, co leży w ich interesie, albo dokonują oceny
poniewczasie. W rezultacie przechodzą na emeryturę pozbawieni majętności lub
przeciwnie, ZUS śle im forsę do więzienia.

Będąc w PRL ministrem w zasadzie nie brałem łapówek, lecz na swoje
usprawiedliwienie powiem, że nikt ich nie proponował. Mogliby mi bowiem
zarzucić, że wywyższam się ponad dzisiejszych członków rządu. Uchowaj Boże.
Rządziłem słowami, a nie dobrami, które warte są pieniędzy. Stopniowo
korzystałem jednak z coraz liczniejszych przysług czyniących życie
wygodniejszym, a także tańszym. Ot, państwowa fabryka odzieżowa szyła mi
ubrania na miarę, auto reperowano mi prawie bez kolejki i bez zwyczajowej
łapówki, i tak to narastało. Coraz liczniejsze korzyści stawały się nawykiem.
Na ile by te pożytki się wzmogły do 2003 r., gdyby PRL nie upadła, więc i ja
wraz z socjalizmem? Zapewne z latami miałbym konto w Szwajcarii, na którym
ledwie mieściłyby się pobrane łapówki.

Stosunkowo uczciwe są więc nie takie rządy, do których wybiera się i powołuje
ludzi uczciwych, ale działające w takim systemie, w którym uczciwość silniej
od sprzedajności opłaca się dygnitarzom i urzędnikom w ich życiowym bilansie.
Przy tym poprzeczka faktycznie aprobowanej zwyczajowo nieuczciwości ulokowana
być musi stosunkowo nisko. Na przykład gdy biznesmen zaprasza ministra na
Hawaje, to jeszcze ujdzie, ale kiedy zbuduje mu gratis dom – niesie to ryzyko
potępień.

Można próbować reperowania stosunków poprzez wykrywanie, karanie, piętnowanie
przejawów jaskrawej korupcji. Obniżać opłacalność nieuczciwości. Cóż jednak z
wyciosania kija, kiedy nie sposób wyhodować marchewki? Jedyną nagrodą, jaką
funkcjonariusz lub człowiek interesu osiąga za uczciwość, jest święty spokój.
Życie spokojne tak jest jednak nudne, że mało warte. Przecieka jak woda z
nieszczelnego kranu.

Podział na uczciwych i nieuczciwych przez to także jest mylny, że ludzkie
interesy i skłonności są zmienne pod wpływem możliwości, okoliczności i
doświadczeń. Na tym nie koniec komplikacji: bywa się uczciwym lub nieuczciwym
w ograniczonym zakresie. I nie mówcie, o moralizatorzy, że głoszę panświnizm.
Przemawia przez mnie tylko realizm.

Dla dziejów przekupstwa w Polsce miał znaczenie przypadek ministra w rządzie
pobożnisi Suchockiej – Wacława N. Na początku lat 90. "NIE" ujawniło, że ten
prawicowy polityk (wcześniej zresztą I sekretarz PZPR w mieście Gorzów)
wykorzystał swoją władzę i sprawił, że państwowa firma zajmująca się
międzynarodowym handlem bronią przekazała znaczną sumę na rzecz supersamu
zięcia ministra. Nikt ministrowi za to nie powiedział złego słowa. Nadal
pozostał on ministrem, bo był nim z ramienia małej partii potrzebnej
Suchockiej, żeby jej rząd miał poparcie sejmowej większości. Poszedł więc
wówczas trwały sygnał do wszystkich dygnitarzy państwowych: względy
polityczne ważniejsze są niż prawo i moralność. Macie przyzwolenie na prywatę.

Minister N. to więc ważna cegła w budowie stosunków korupcyjnych w Polsce. Po
upadku gabinetu Suchockiej Wacław N. został biznesmenem i trafił do więzienia
już za inne interesy. Ów Wacław N. – jeden z ojców założycieli sprzedajności
wśród rządców Polski – był człowiekiem poniekąd niezwykle uczciwym. Gdy
tylko "NIE" napiętnowało jego kosztowną dla państwa miłość do córki, od razu
w prasie uczciwie przyznał się do tego, co zrobił. Może z poczucia
bezkarności, ale może z poczciwości. Pokażcie mi dziś drugiego tak uczciwego
ministra!

Autor : Urban
    • Gość: Dariusz Cychol Prawda, z którą mija się Tober IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:08
      Prawda, z którą mija się Tober

      Kogo kryje rzecznik rządu wiadomo, a po co dowiemy się kiedyś.

      Pewien nieżyjący już, a bardzo niegdyś znany polityk pouczył mnie
      kiedyś: "jeśli kłamstwo usprawiedliwione jest potrzebą – przestaje być
      kłamstwem". Polityka tego z pewnością nie znał młody wiekiem rzecznik rządu
      Michał Tober. Samą zasadę najwyraźniej aprobuje. Na konferencji prasowej, którą
      Tober zwołał po przesłuchaniu Urbana w Rywingate, mijał się z prawdą. Robił to
      świadomie, czyli kłamał wprowadzając w błąd społeczeństwo. Krótko przed
      konferencją przekazałem jednemu z dygnitarzy informacje zgoła inne niż te,
      które Tober puścił w naród. Nie silę się na odpowiedź, kto kazał mu kłamać.

      Jad WAT

      W sierpniu i wrześniu 2001 r. w trzech publikacjach o wspólnym tytule "Z czego
      żyją szpiedzy" ("NIE" nr 31, 33 i 36/2001) opisaliśmy jeden z najbardziej
      bezczelnych szwindli Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI). 42 związane z
      wywiadem spółki orżnęły 9 działających w Polsce banków. Tylko jeden z nich –
      PKO BP – stracił minimum 120 mln zł. Dziś zadłużenie tych spó-łek wobec tego
      banku przekracza 200 mln zł. Do tego należy jeszcze doliczyć minimum 44 mln zł
      strat, które poniósł skarb państwa tytułem niezapłaconego podatku VAT.

      Opisywany przez nas proceder wypompowywania szmalu z banków rozpoczął się za
      poprzedniej komuny, w 1996 r., i trwał do roku 1999. Mózgiem całej operacji był
      niejaki Piotr, facet o kilku nazwiskach (Valerijus Baśkovas, Igor Kopyłow,
      Elenys Vaidotas, Rajmundas Rudokas, Konstantinos Pelivanidis, Grzegorz
      Dąbrowski) i paszportach (słowackim, czeskim, litewskim, greckim i polskim).
      Pan ów bawi obecnie na Cyprze, raz na jakiś czas dzwoniąc do kolegów z WSI.

      Wspomniane 42 spółki miały 10 prezesów: narzeczoną pana Piotra – Adriannę
      Matousovą, jego kierowcę – Tomasza Skowrońskiego, z 3 kolegami i 5 oficerów
      Wojska Polskiego związanych z WSI. Sam mechanizm wyciągania z banków forsy
      można nazwać oscylatorem faktoringowym. W ogromnym skrócie wyglądał tak: Jedna
      firma wyłudzała z banku pieniądze zostawiając w nim fakturę, z której wynikało,
      że inna firma jest jej winna większą kwotę. Zdobyty pieniądz służył do
      pozyskiwania nowych zabezpieczeń i wyciągania nowych kredytów. Żeby interes
      mógł się kręcić, potrzebny był oczywiście bankier życzliwy interesom służb
      specjalnych. W przypadku PKO BP nie było z tym najmniejszego problemu –
      znaleziono emerytowanego oficera. Potrzebny był też solidny poręczyciel, którym
      została Wojskowa Akademia Techniczna (WAT).

      Wszystko się kręciło i kręcić by się mogło do całkowitego ogołocenia polskich
      banków, ale chłopcy nie mogli się doczekać dużej żywej gotówki. Zaczęli więc
      zalegać z wpłatami, a banki – dobijać się do drzwi komendanta WAT. Gdy
      niektórym zaczęły puszczać nerwy, zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Jeden z
      inicjatorów faktoringu zginął w dziwnym wypadku samochodowym, inny został
      zasztyletowany przez złych ludzi, jeszcze inny (oficer) postrzelił się w brzuch
      podczas czyszczenia broni. Dwukrotnie! A jeszcze inny został dotkliwie pobity
      przez chuliganów, którzy jednak nie chcieli go okraść.

      W styczniu 2000 r., gdy sprawa zaczęła śmierdzieć, jedna z faktoringowych
      spółek, na czele której stał wysoki stopniem oficer WSI, wzięła na siebie
      zobowiązania wobec PKO BP innych 19 spółek. W tym czasie ich dług w tym banku
      wynosił przeszło 98 mln zł. W zastaw bankowi przekazano melitynę – produkowany
      z jadu pszczelego specyfik wykorzystywany w przemyśle farmaceutycznym. 1 gram
      tego przemyconego z Kaukazu świństwa kosztuje – uwaga! – ok. 700 tys. marek!
      Słoik, który wywiad przekazał bankowi, ważył 109 gramów. Jego wartość wyceniono
      na 124 mln zł. Słoik z melityną trafił do lodówki, a lodówka – do skarbca.
      Gdzie ciągle stoi.

      A co z ludźmi, którzy wzbogacili się na oscylatorze? Oczywiście nic. A co z
      pieniędzmi, które wyparowały? Nie wiadomo. Trafiły do WSI czy do kieszeni jej
      oficerów? Tajemnica państwowa.

      Jad Tobera

      O aferze tej Urban informował: Prezydenta RP (jako zwierzchnika sił zbrojnych),
      premiera, ministra skarbu, ministra obrony narodowej, szefa WSI. I co? Nic. O
      sprawie wspomniał też podczas przesłuchania przed sejmową komisją śledczą
      badającą sprawę Lwa Rywina. Tym razem, chyba w imieniu wszystkich, głos zabrał
      rzecznik rządu Michał Tober:

      Sprawa opisywanych w tygodniku "NIE" (w sierpniu 2001 r.) działań Wojskowych
      Służb Informacyjnych podejmowanych w porozumieniu z Wojskową Akademią
      Techniczną była znana Ministrowi Obrony Narodowej, który – nawiasem mówiąc –
      wkrótce po objęciu stanowiska zarządził kontrolę w WAT.

      Początek podnoszonej przez redaktora Jerzego Urbana sprawy sięga 1996 r. i
      dotyczy byłych funkcjonariuszy WSI oraz osób funkcyjnych z WAT. Cywilna
      Prokuratura Okręgowa w Warszawie i Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie
      prowadziły i prowadzą postępowania karne. Przeciwko 12 osobom z kadry WAT i
      współpracujących z tą uczelnią, w tym zajmującym w niej wysokie stanowiska,
      wystąpiono do sądu z aktem oskarżenia. Prowadzone postępowania mają charakter
      rozwojowy.

      Tyle Michał Tober w oświadczeniu z 8 marca. Jak zaznaczyłem na wstępie, krótko
      przed konferencją, na której rząd odniósł się do zeznań Urbana, a pośrednio do
      moich publikacji, przekazałem informacje na temat sytuacji w WAT jednemu z
      dygnitarzy. Ocipiałem, gdy Tober przemówił z telewizora; myślałem, że nie
      jestem na bieżąco. Połaziłem, posprawdzałem i twierdzę, że rzecznik świadomie
      mijał się z prawdą, czyli kłamał.

      Jad Urbana

      Po opublikowaniu w "NIE" ostatniego z serii artykułów o przekrętach w WAT
      zostałem przesłuchany przez UOP. Przekazałem "do protokołu" kilkaset zdjęć,
      kilkanaście negatywów, kilkadziesiąt pieczątek i ze 2 kg druków firmowych
      spółek tworzących faktoringowy oscylator. Przekazałem też dziesiątki pism
      wewnętrznych WAT. Po moich zeznaniach do aresztu śledczego trafił na kilka
      miesięcy bankowiec, oficer WP, hojnie przyznający kredyty. Nie posadzono ani
      jednej z osób, które brały szmal, szanowny ministrze Tober.

      Nikt nie zwrócił też PKO BP wyłudzonych pieniędzy. Nie wszczęto śledztwa w
      sprawie wwozu do kraju melityny. Nie poleciała żadna znaczniejsza głowa w było
      nie było państwowym banku. Nie wiedział pan o tym, panie ministrze?

      Komendant (czyli rektor) WAT, gen. Andrzej Ameljańczyk, dalej (przynajmniej gdy
      to piszę) rządzi akademią. Tłumaczy się, że padł ofiarą przestępców, a
      dokumenty WAT, którymi się posługiwali, były podrobione. Nie przekonuje mnie to
      tłumaczenie. Czy rok rocznie podpisując bilanse uczelni gen. Ameljańczyk nie
      widział ogromnych kwot przechodzących przez konto uczelni? Czy nie zastanawiało
      go, że akademia obraca kwotami przekraczającymi jej budżet? No to jak, panie
      ministrze Tober, brak nadzoru czy może wykonywanie poleceń WSI? Nie zadał pan
      sobie tego pytania przed krytyką Urbana?

      Gdzie jest, panie ministrze, wyłudzony z banku szmal?! Dlaczego kilkudziesięciu
      milionów nie może się doliczyć skarbówka?

      Powiedział pan, panie ministrze, że "prowadzone postępowania mają charakter
      rozwojowy". Jaja pan sobie robi? W sprawie oscylatora faktoringowego
      prokuratura wojskowa przygotowała 40 tomów akt, po czym przesłała je do
      prokuratury cywilnej, która sporządziła 90 swoich. Razem więc tomów jest 130.
      Nie wierzę, że nie wiedział pan, panie rzeczniku, że mając te 130 tomów
      prokuratura cywilna postępowanie umorzyła ze względu na "brak dostatecznych
      dowodów przestępstwa". Wyszła z założenia, że skoro bank ma słoik melityny,
      wszystko jest OK. Takimi duperelami jak faktyczny brak kilkudziesięciu milionów
      dolarów nikt wśród dżentelmenów nie zawraca sobie dupy.

      Postanowienie o umorzeniu postępowania zostało zaskarżone przez PKO BP i 130
      tomów akt trafiło w delikatne rączki świeżej wiekiem i stażem nowej pani
      prokurator. To
      • Gość: Dariusz Cychol dokonczenie IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:09


        Postanowienie o umorzeniu postępowania zostało zaskarżone przez PKO BP i 130
        tomów akt trafiło w delikatne rączki świeżej wiekiem i stażem nowej pani
        prokurator. To nazywa pan, panie Tober, "charakterem rozwojowym"? Gratuluję
        poczucia humoru.

        Jad Temidy

        Prawdę powiedział pan Michał Tober mówiąc, że przeciwko osobom z kadry WAT
        wysmażono akty oskarżenia i skierowano je do sądu. Tak, tyle tylko że nijak się
        one nie mają do wypowiedzi Urbana i mojej pisaniny. Przykombinował pan, panie
        ministrze. A niepotrzebnie, bo wychodzę z założenia, że przy okazji oscylatora
        nie nakradł się nikt z członków obecnego gabinetu. No to po co robi pan z
        siebie obrońcę złodziei, z którymi nie powinno pana nic łączyć?

        Akty oskarżenia obejmują sprawy dwóch byłych zastępców komendanta akademii,
        oficera opiekującego się strzelnicą, dwóch budowlańców, radcy prawnego,
        inspektora nadzoru budowlanego, byłego dyrektora wydawnictwa WAT i czterech
        gostków, którym WAT poręczył kredyt na budowę jakiejś piekarni i którzy go nie
        spłacają. Jak jest z piekarnią, szczerze powiem, nie wiem, bo mi to powiewa.
        Jeśli chodzi o dwie pozostałe sprawy, to mam wrażenie, że trafiły do sądu tylko
        po to, żeby przy okazji wystąpień typu Urbana, rzecznik Tober lub gen.
        Ameljańczyk mogli mówić: sprawa jest w sądzie.

        Były dyrektor wydawnictwa WAT odpowiada za to, że przywłaszczył sobie własne
        wynagrodzenie (nie podpisał się gdzieś na jakiejś liście) i za to, że ukradł
        godło WAT. Naprawdę, w przeciwieństwie do rzecznika Tobera nie robię sobie jaj.
        Zabrał do chałupy zeskanowane na dyskietce godło WAT.

        Wszystkim pozostałym (w tym dwóm zastępcom komendanta akademii) zarzuca się, że
        przykombinowali na budowie strzelnicy. Jej wartość wyceniono na 3 mln 100 tys.
        zł. Na budowę wydano 2 mln 800 tys. zł. Widać z tego, że jeśli ktoś stracił, to
        wykonawcy – 300 tys. zł. Wymienionym wcześniej dżentelmenom zarzuca się zaś, że
        gdzieś (gdzie nie wiadomo) ukradli 700 tys. zł.

        Wszyscy, w tym sami oskarżeni, śmieją się z tej sytuacji. Robią jednak miny
        skruszonych, bo rozumieją, że coś w sądzie być musi. Śmieje się więc prokurator
        wojskowy prowadzący dochodzenie w WAT, bo dzięki znajomości z komendantem
        zatrudnił w jego uczelni swoją żonę. Śmieje się jeden z byłych zastępców
        komendanta WAT, bo dalej, choć na emeryturze, kołuje szmal na operacje WSI.
        Śmieje się drugi z zastępców komendanta WAT i główny oskarżony w sprawie
        strzelnicy, bo właśnie awansował na zastępcę dowódcy Śląskiego Okręgu
        Wojskowego. Śmieje się komendant WAT, bo właśnie szykuje się do spokojnej
        emerytury. Śmieje się w końcu minister Tober, bo za to właśnie mu płacimy.

        Autor : Dariusz Cychol
    • Gość: Andrzej Rozenek Ropa w mózgu IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:14
      Ropa w mózgu

      Nowa ustawa o biopaliwach jest do niczego. Może bardzo zaszkodzić polskiej
      gospodarce. Rząd celowo ukrywał jej treść do czasu przyjęcia prezydenckiego
      weta do poprzedniej ustawy. Obawiał się, że widząc, jak spaprany jest nowy
      projekt, posłowie wybiorą stary.

      Poprzednia ustawa o biopaliwach zakładała, że dochody państwa z tytułu akcyzy
      na paliwa zmaleją o tyle, ile biokomponentów domieszają do paliwa petrochemie.
      Szacowano to na miliard złotych. Szmal ten miał rozruszać nasz przemysł
      przetwórczy, dać sto tysięcy nowych miejsc pracy, uratować polskie rolnictwo
      przed nierówną konkurencją dotowanych rolników unijnych. W efekcie stracony
      miliard miał zwielokrotniony wrócić do skarbu państwa w postaci podatków i
      mniejszych obciążeń socjalnych. Teraz rząd zamierza pod pretekstem ustawy o
      biopaliwach wyrzucić miliard w błoto.

      Biobubel

      Nowy projekt rządowy nie broni naszego rynku. Z ustawy znikły zapisy mówiące o
      preferencjach dla krajowych producentów biododatków. Były one niezwykle
      istotne, gdyż dawały czas i środki na inwestycje, pozwalały stworzyć sektor,
      który miałby szansę konkurować z przedsiębiorstwami Unii Europejskiej. W myśl
      nowej ustawy skazujemy nasz przemysł biopaliwowy na ostrą konkurencję nie tylko
      po wstąpieniu do UE, ale zaraz po wejściu ustawy. Na dodatek polskim
      producentom, wskutek walki o ustawę, zabrano cenne pół roku. Kto wyjdzie
      zwycięsko
      z takiego starcia – łatwo przewidzieć.

      Z ustawy o biopaliwach rząd starannie usunął również wszelkie ograniczenia
      dyktowania ceny na biokomponenty przez rodzimego monopolistę, którym jest PKN
      Orlen. Nowe prawo nie zakłada ustalania ceny minimalnej przez niezależny urząd,
      lecz pozostawia to w ręku rynku (czytaj Orlenu). Już teraz Orlen wymusza na
      producentach spirytusu ceny z pogranicza opłacalności. Płaci za litr nawet
      poniżej 1,8 zł. Żeby zarobili chłopi dostarczający surowiec (zboże, ziemniaki,
      buraki) oraz gorzelnie, które surowiec przetwarzają na spirytus, cena powinna
      wynosić co najmniej 2,4 zł. W Polsce jest 900 gorzelni. Większość z nich
      zdycha. Orlen wykorzystuje to – no i nie dziwota, bo trudno wymagać od spółki
      działającej dla zysku, żeby kupowała droższy produkt ze względów społecznych.
      Dlatego w poprzedniej ustawie znalazł się zapis o cenie minimalnej. Jego
      autorzy zakładali, że rząd rezygnując z blisko miliarda złotych za akcyzę z
      paliwa chce, żeby ta kasa trafiła w ręce najbardziej potrzebujących. Chłopów,
      którzy mają kłopoty ze sprzedaniem swoich plonów, polskiego przemysłu, który
      zżera recesja, bezrobotnych, którzy dostaną pracę. Nowa ustawa dzieli szmal
      między Orlenem a zagranicznymi producentami biokomponentów. Klasyczny przykład
      wylewania dziecka z kąpielą.

      Posły nie krowy

      Pierwszy projekt przeszedł w głosowaniu jak burza. Za głosowało 353 posłów,
      przeciw – 31, wstrzymało się – 4. Ręka w rękę głosowali za posłowie PiS i SLD,
      PSL i SKL, Samoobrony i PO. Cóż za wzruszająca zgodność. Ustawę zawetował
      prezydent.

      Nad odrzuceniem weta prezydenckiego głosowano następująco: za – 141 posłów,
      przeciw – 235, wstrzymało się – 38. Przeciwko prezydentowi w jednym froncie
      stanęli PSL-owcy z Samoobroną i Ligusy z ROPuchami. Podzieliły się kluby PiS i
      UP. Zdecydowanie za wetem prezydenckim były kluby, które do niedawna w całości
      ustawę popierały – SLD i PO. Jak klub (partia) może tak diametralnie zmienić
      zdanie? Powiecie, że nie chcieli starej ustawy, żeby przyjąć nową? Po pierwsze,
      nie znali treści nowej ustawy; po drugie, po co przyjmować nową, skoro można
      starą poprawić?

      Ropa w mózgu

      Profesjonalne kampanie marketingowe robi się w taki sposób, żeby można było
      sprzedać w ogromnej ilości nawet gówno ładnie opakowane. Taką kampanię, na
      dodatek negatywną (w reklamie jest to surowo zakazane), rozpętano w sprawie
      biopaliw. Wmówiono Polakom wiele kłamstw. Rozpętano ogólnonarodową histerię,
      której uległ nawet prezydent. Zresztą trudno mu się dziwić, głosy wyborców to w
      polityce najcenniejszy towar.

      Kto miał w tym aż taki interes? Pospekulujmy...

      Niedawno okazało się, że w naszym kraju rośnie liczba samochodów, ciężarówek,
      rośnie ruch tranzytowy, a spożycie benzynki i oleju napędowego nie. Tak
      przynajmniej mówią dane statystyczne, którym należy wierzyć. Przyczyn tego
      stanu może być kilka. Niektórzy użytkownicy aut przestawili się na gaz,
      niektórzy tankują taniej za granicą, niektórzy kupili nowoczesne, bardzo
      oszczędne samochody... To jednak ciągle za mało, żeby wytłumaczyć rozziew
      między wzrostem liczby pojazdów a brakiem wzrostu zużycia paliwa.

      Moim zdaniem, prawdziwą i najważniejszą przyczyną takiego stanu jest
      nieszczelny system kontroli paliw, jakie wychodzą z rafinerii. Niecała
      produkcja naftowa jest objęta akcyzą. Nie jest nią objęty rozpuszczalnik
      benzynowy, wysoko zasiarczony olej napędowy, olej "przepracowany" oraz wiele
      innych produktów i komponentów. Przy nielegalnym wprowadzeniu na rynek paliwa
      pochodzącego z takich właśnie składników czysty zysk jest nie mniejszy niż 50
      proc. Przy normalnym, akcyzowanym paliwie wynosi zaledwie 3 do 5 proc. Jest się
      o co bić.

      Uważam, że za bezpardonową kampanią wymierzoną w biopaliwa stoi lobby
      rafineryjno-nafciarskie, które żyje bogato z nieszczelności obecnego systemu.
      Spirytus produkowany w Polsce jest rozliczany co do litra. Wprowadzenie
      obowiązku dodawania do benzyny konkretnej ilości spirytusu uniemożliwiłoby lub
      znacznie utrudniło nielegalny proceder paliwowy. Wsparcia temu lobby udzielił
      ogólnoświatowy kartel naftowy. Wszak każda sprzedana baryłka to 30 petrodolarów.

      Biokłamczuchy

      Jakich metod użyto, żeby zniechęcić opinię publiczną do biopaliw? Bardzo
      prostych, powiedziałbym prymitywnych. Wmówiono ludziom, że od tego świństwa
      zatrą się silniki w ich ukochanych autkach. Tymczasem mamy dla naszych
      Czytelników bombową informację. Biopaliwa w ogóle nie szkodzą samochodom! Skąd
      to wiemy? Z badań PKN Orlen, które zapewne ze względu na ich wynik zostały
      przez koncern utajnione.

      Specjalna placówka badawcza należąca do płockiego molocha przeprowadziła testy
      na konkretnych samochodach. W badaniu udział wzięły: Fiat: 126 i Cinquecento
      900; Polonez 1,6; Opel: Vectra 1,6 i Astra 1,4; Ford: Mondeo 1,6, Sierra 1,6 i
      Fiesta 1,1 oraz Peugeot 405 1,6. Auta przejechały po sto tysięcy kilometrów na
      paliwie z 4- i 8-procentową domieszką alkoholu etylowego. Następnie ich silniki
      rozebrano do najmniejszej śrubki i drobiazgowo zbadano. Wynik: żadnych
      niekorzystnych zmian. Silniki miały się na tyle dobrze, że prawie wszyscy
      kierowcy testowi odkupili od laboratorium auta, którymi jeździli. Dlaczego PKN
      Orlen ukrywa wyniki tych badań? To retoryczne pytanie.

      Dlaczego nie upublicznia się informacji o tym, że od 1997 r. jeździmy na
      biopaliwie? Rafineria Gdańska "dolewa" spirytus do połowy wyprodukowanych przez
      siebie benzyn. Tak jest od dwóch lat. Wcześniej biopaliwo stanowiło odpowiednio
      procent produkcji RG: 1997 – 13,52, 1998 – 26,72, 1999 – 38,66, 2000 – 34,44,
      2001 – 58,26 (sic!), 2002 – 49,86. I co? Czy komuś z tego powodu zatarł się
      silnik?

      Frytki z rury

      Testy z olejem rzepakowym prowadzili naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej.
      W zasadzie nie wiadomo po co, gdyż analizy takie są już na świecie znane. Ale
      skoro już je przeprowadzili, to warto je ujawnić. Silniki diesla mogą jeździć
      na czystym rzepaku. Kil-kuprocentowa domieszka tego składnika do oleju
      napędowego jest praktycznie niezauważalna. W Niemczech coraz powszechniejsze
      staje się używanie rzepaku zamiast oleju napędowego. Tankuje się go w małych
      przydomowych stacjach przyległych do miniwytłaczarni. Takie wytłaczarki
      produkuje na przykład Szczecińska Agroma. W bardzo prostym procesie wytłaczania
      na zimno uzyskuje się z rzepaku ozimego, jarego lub gorczycy olej spożywczy,
      o
      • Gość: Andrzej Rozenek Dokonczenie. IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:15
        olej spożywczy, opałowy, napędowy i smarny. Mój znajomy ze Szczecina jeździ
        Passatem TDI. Od trzech lat tankuje w Niemczech wyłącznie czysty rzepak. Efekt?
        Jeździ taniej, ekologiczniej i – jak twierdzi – trochę szybciej. Wady? Proszę
        bardzo, jest jedna – z rury wali frytkami.

        Oczywiście, przekonanie konserwatywnych kierowców aut osobowych do takiego
        skoku będzie niełatwe. Jednak nietrudno sobie wyobrazić wytłaczarki z Agromy
        produkujące w każdym większym gospodarstwie paliwo do kombajnów, ciągników i
        innych maszyn. Paliwo ekologiczne i tańsze o 80 groszy na litrze od oleju
        napędowego.

        Czy właśnie dlatego naukowcy z WAT, którzy ośmielili się głośno powiedzieć o
        nieszkodliwości rzepaku, są teraz sekowani i zastraszani? Czy zrobili coś złego
        mówiąc prawdę? A może przekroczyli swoje kompetencje opowiadając się po stronie
        ustawy biopaliwowej? Czyli po stronie rządu, gdyż ustawa ta była przedłożeniem
        rządowym.

        Interesy i interesiki

        Inne argumenty już podnosiliśmy. Wiadomo, że Polska nie ma złóż ropy naftowej,
        ma za to mnóstwo nieużytków. Wiadomo, że rośliny użyte do wytworzenia
        biokomponentów w procesie wzrastania wydzielają drogocenny dla ziemi tlen.
        Wspominaliśmy też, że wbrew temu, co piszą motoryzacyjne autorytety, w wielu
        krajach na świecie używa się biopaliw, czasem nawet w czystej postaci ("Gar
        rzepaku dobaku", "NIE" nr 1/2003 i "Szejki buraczane", "NIE" nr 5/2003).

        Nie wspominaliśmy natomiast o kolejnej grupie przeciwnej biopaliwom. To
        zagraniczni producenci pasz. W procesie wytwarzania biokomponentów powstaje
        wiele wysokokalorycznych odpadów, które są znakomitą paszą. Dziś ponad połowa
        pasz na naszym rynku jest importowana. Po uruchomieniu biobiznesu nikomu by się
        to nie opłacało.

        Każda lub prawie każda ustawa przyjmowana przez Sejm jest w czyimś interesie, a
        w czyimś nie jest. Przy ustawie biopaliwowej rozległy się głosy, że trzeba
        sprawdzić, ilu posłów ma gorzelnie i zakłady tłuszczowe. To dobry pomysł. W
        przypadku ustawy o górnictwie sprawdzimy, ilu posłów jest górnikami, w
        przypadku prawa karnego – ilu jest karanych, a w przypadku ustawy o
        nauczycielach – ilu robiło za belfrów. Wnioski mogą być fascynujące.

        Na interesie biopaliwowym zarobi Gudzowaty, Komorowski, Stokłosa, Solorz,
        Mojzesowicz czy Olejnik. Zarobią też setki innych nie reprezentowanych w Sejmie
        producentów. Zarobią setki tysięcy rolników. Zarobi skarb państwa. I cóż w tym
        złego?
        Lepiej, żeby zarobili ich zagraniczni koledzy? A może chodzi o to, że sektor
        przetwórstwa spożywczego jest bardzo rozdrobniony (900 gorzelni) i ciężko
        będzie nad nim zapanować. Wszak łatwiej jest panować nad kilkoma rafineriami
        niż nad taką chmarą drobiazgu. A przecież wiadomo, że służby specjalne i to, co
        się z nich wykluło, mają ambicję kontrolować każdy większy interes w tym kraju.
        Może ocieramy się o spiskową teorię dziejów, a może jest w tym, nawet niemałe,
        ziarno prawdy?

        Zatwardziali przeciwnicy biopaliw, gdy brakuje im argumentów, chwytają się
        ostatniego – prawo unijne. Na początku marca tego roku Unia Europejska przyjęła
        dyrektywę, w myśl której państwa członkowskie będą musiały stosować
        biokomponenty w swoich paliwach. Od 2005 r. – co najmniej 2 proc. Od 2010 r.
        już nie mniej niż 5,75 proc. To nie tylko szansa dla unijnego rolnictwa. To
        obowiązek wynikający z zobowiązań podjętych przez państwa "piętnastki" w Kyoto.
        Redukcja spalin to sprawa kluczowa nie tylko dla ekologii, ale i dla "być albo
        nie być" naszej planetki.


        Autor : Andrzej Rozenek
    • Gość: Bożena Dunat Wyszedłszy z ruskiej dupy IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:17
      Wyszedłszy z ruskiej dupy

      Fakt I: W 2002 r. sprzedaliśmy Rosjanom towar za 1 mld 300 mln USD. Litwinom –
      za prawie 1 mld USD. W Rosji żyje ok. 150 mln ludzi. Na Litwie – ok. 4 mln.
      Fakt II: 60 proc. importu z Polski Litwa z zyskiem reeksportowała do Rosji.
      Fakt III: Przemykają przed nami ostatnie wagony pociągu z tablicą "handel z
      Rosją". Jeśli nie zamierzamy handlować via Paryż (wokół Moskwy budują 50
      hipermarketów Auchan), trzeba coś zrobić natychmiast.

      Rosja to w oczach Polaka miejsce, gdzie zjadają ludzi żywcem. Wskaźniki
      ekonomiczne są nieważne. Prasa donosi zgodnym chórem o morderstwach, gwałtach,
      zamieszkach. Obwód Kaliningradzki jawi się jako strefa lęków, AIDS, korupcji,
      nędzy. Wizy dla mieszkańców Rosji? Z największą przyjemnością. Dla mieszkańców
      Obwodu? Konieczne.

      Tymczasem w malutkim Obwodzie Kaliningradzkim, do którego sprzedajemy tyle
      samo, co do Kanady, przez ostatnie siedem lat nie zginął ani jeden polski
      samochód!

      Lekcję gospodarki rynkowej Polacy i Rosjanie wzięli w innych szkołach. I
      Rosjanie nie byli w gorszej. Reformy w Rosji są w Polsce niedoceniane. Bo co
      może wymyślić kacap? Nic. Więc większość polskich firm wycofała się z Rosji w
      1998 r., kiedy dolar zamiast 6 rubli zaczął być wart 20. To, co w Polsce
      potraktowano jako niespodziewany krach gospodarczy, dowodzący, że brak zaufania
      do wschodniego partnera ma realne podstawy, oceniane dziś jest jako zamierzone
      działanie ruskich władz. W efekcie tej "katastrofy" Rosjanom zaczęło opłacać
      się produkować u siebie. A zachodni inwestorzy przeczekali kryzys, przy okazji
      wypychając nas z rynku.

      Najweselszy barak w obozie

      "Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica" – mawiali Rosjanie. Uprzedzenia
      historyczne gruntują obserwacje bieżące.

      AWS tępiła Ruskich z powodów programowych. Tygodnik "Wprost" publikację o
      Kaliningradzie zatytułował: "Korytarz do gorszej Europy". Autor, którego
      poznaliśmy jako kanciarza, był sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera Buzka.
      Część kadr po Buzku do dziś rezyduje w Rosji i o włos nie zmieniła swoich
      zachowań. W Kaliningradzie reprezentuje RP konsul Jarosław Czubiński, który
      rozbawia Ruskich, angażując się w przedsięwzięcia leżące w gestii kierownika
      prowincjonalnego domu kultury.
      Ot, spływ kajakowy, pokaz zabytku kina polskiego pt. "Seksmisja", degustacja
      parówek w konsulacie zamiast – jak to jest przyjęte – w wynajętej restauracji.
      Kiełbasa nie miała certyfikatów, więc zamiana placówki dyplomatycznej w
      jadłodajnię zdała się psu na budę.

      Nasz deficyt w handlu z Rosją wynosi ponad 3 mld USD (12 mld zł). Zmian raczej
      nie będzie, bo w Rosji dba o pomyślność polskiej gospodarki ośmiu (!) ludzi. To
      za mało, żeby obsłużyć państwo złożone z 89 regionów, z których część jest
      większa od Polski. Na domiar złego pra-cownicy wydziałów ekonomiczno-handlowych
      konsulatów i ambasad są przedmiotem sporu między Ministerstwem Gospodarki,
      Pracy i Polityki Społecznej a Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Chociaż
      Cimoszewicz od dwóch lat zapowiada przejęcie nad nimi pełnej kontroli, stan
      zawieszenia trwa. Urzędników mianuje Ministerstwo Gospodarki, ale podlegają
      Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Zamiast jeździć z misjami gospodarczymi i
      zabiegać o przychylność rosyjskich władz dla inicjatyw gospodarczych, tracą
      czas na obowiązki dyplomatyczne zgodnie ze schematem "witaj, rąsia, goździk,
      żegnaj". A jeździć trzeba daleko. Czas na robienie interesów w Moskwie minął.
      Możemy zaistnieć na zadupiach: w Czelabińsku, Omsku, Riazaniu, Nowosybirsku.

      Swego czasu przez rok w Moskwie nie było szefa Biura Radcy Handlowego. W języku
      dyplomatycznym znaczy to: kolesie, mamy was w dupie.

      Ruscy mają nas w podobnym miejscu. Od stycznia br. pobyt Polaków jest w Rosji
      cenzurowany. Po 3 dniach nocowania u kumpla trzeba się zgłosić na policję,
      która uwiarygodni ten fakt. Brak policyjnego stempla owocuje 5 latami zakazu
      wjazdu do Rosji. Również od stycznia br. Ruscy wprowadzili obostrzenia dla
      polskich pracowników i firm ze 100-procentowym polskim kapitałem.

      Mentalność pociągu przyjaźni

      Kiedyś jeździły do Moskwy pociągi przyjaźni. Polak wypił z Ruskim, sprzedał mu
      dżinsy i perfumy "Być może". Szło zresztą wszystko, bo Ruskich było dużo, a
      towaru mało. Wielu amatorów handlu z Rosją nie zauważyło zmian. Poważna firma
      wysłała misję handlową w celu sprzedaży części do kibli, tzw. dolnopłuków. Nie
      załatwiła certyfikatów, nie wiedziała, czy jest konkurencja ani jakie
      obowiązują ceny. Zawiani misjonarze na próżno odwiedzili kilka miast.

      Zmiany w oczekiwaniach Rosji przeoczył polski rząd. Wprawdzie w 1992 r.
      opracowano rządowy Program Odzyskiwania Rynków Wschodnich, a w lutym br. Rada
      Ministrów przyjęła kolejny, ale ich podstawowy atut to fakt, że w ogóle
      istnieją. Celem programu z 2003 r. jest osiągnięcie na koniec 2004 r. poziomu
      polskiego eksportu z 1997 r.!

      Program ten to zbiór deklaracji i pobożnych życzeń. Handlowcowi już dziś
      potrzebny jest bank, który kredytowałby handel ze Wschodem, polskie banki w
      Rosji, wyspecjalizowane kancelarie prawnicze. Tymczasem Polska ma banki na
      Litwie i aż dwóch adwokatów, którzy potrafią prowadzić sprawy przed ruskimi
      sądami. A podstawową intencją ruskiego prawodawcy nie jest nieprzeparta chęć
      ułatwienia życia polskiemu biznesmenowi.

      Włosi mają w Kaliningradzie sieć sklepów. Niemcy otworzyli własne biura
      turystyczne. Polski towar sprzedają prawie wyłącznie Rosjanie. Połowę ceny
      stanowi rosyjska marża. Polska oferta staje się dla tubylców zbyt droga.

      Na oczywistą prawdę, że istnieje konieczność tworzenia własnej sieci handlowej,
      wpadł mądry rząd premiera Millera. Promuje Domy Polskie – łączące ideę
      supermarketu i kołchozu, które mają budować firmy zainteresowane handlem z
      Rosją. Idea jest prosta: kilka firm, wspólny Dom, wspólna reklama, wspólny
      handel, Ministerstwo Gospodarki obiecuje zwrócić udziałowcom 50 proc.
      poniesionych kosztów. Do tej pory powstały dwa takie Domy: w Pradze i
      Cieszynie. Na wschodzie mamy tylko Dom Polskiej Głupoty i Hucpy – zbudowany za
      państwowy szmal w celach kulturalnych olbrzymi i niewykorzystany Dom Polski w
      Wilnie Lagi Stelmachowskiego.


      Autor : Bożena Dunat
    • Gość: Dorota Pardecka Osłupiali IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:20
      Osłupiali

      Podstawione firmy, fikcyjne usługi, lewe rachunki. Przekręt podatkowy za
      miliony. Jakieś zlecenie na uszkodzenie inspektora skarbowego, który węszył,
      gdzie nie trzeba. Wygląda na to, że wszystko rozejdzie się po kościach.

      Przekręt był nieskomplikowany jak Dżordż Dablju. Teresa i Stanisław D. mają
      Zakład Budowlano-Montażowy STACON s.c. (ZBM STACON) w Kadzidle pod Ostrołęką.
      Co najmniej od 1997 r. firma wykonywała usługi – najpierw dla CPN, potem dla
      PKN ORLEN S.A.

      Słupy

      Małżeństwu D. nie w smak było płacenie wysokich podatków. Teresa D. pomagała
      więc różnym osobom – przeważnie swoim pracownikom – tworzyć firmy opodatkowane
      atrakcyjnie, bo ryczałtowo. W charakterze podwykonawców odwalały one fikcyjną
      robotę dla spółki STACON i wystawiały jej za to faktury. Na papierze STACON
      płacił im więcej, niż dostawał za tę samą robotę od koncernu. Tak za sprawą
      rzekomych podwykonawców generował koszty, przerzucał na nich swoje dochody i
      dzięki tym zabiegom oddawał państwu znacznie mniej, niż powinien.

      Przed upływam roku firemki likwidowali, bo inaczej wpadłyby one w normalne
      rygory podatkowe. Aby upilnować pracowników z ich firmami – słupami, Teresa D.
      robiła się tam pełnomocnikiem i sama nimi zarządzała. Szmal przelewała na
      prywatne konto, zakładała korzystne lokaty etc. Żeby wszystko było jasne, słupy
      działały w obiektach firmy STACON.

      Chodziło o duży szmal. Mamy kwity, z których wynika, iż w roku 1998 STACON
      zapłacił słupowi o ponad milion złotych więcej, niż wziął za to samo z CPN.
      Albo że w 2000 r. pani D. przelała na konto swojej firmy „Artykuły Spożywcze i
      Przemysłowe” z konta słupa ponad 2 mln zł.

      Zastraszenie

      Spółką STACON oraz jej „kooperantami” zainteresowała się skarbówka. Na jesieni
      2000 r. ciechanowski Urząd Kontroli Skarbowej (UKS) zaczął grzebać w
      dokumentach.

      W styczniu 2002 r. prokuratura w Olsztynie sporządziła akt oskarżenia przeciwko
      trzem osobom. Współwłaścicieli spółki STACON Stanisława D. i Leszka K.
      oskarżyła o to, że na jesieni 2000 r., działając wspólnie i w pozozumieniu,
      podżegali inną osobę do zniszczenia mienia lub uszkodzenia ciała (przestępstwo
      zagrożone karą od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności) komisarza
      skarbowego, by zmusić go do odstąpienia od przeprowadzenia rzetelnej kontroli w
      firmie małżonków D. (zagrożenie karą od miesiąca do 3 lat odsiadki).

      Żeby było bardziej kolorowo, trzecim oskarżonym jest pracownik skarbówki.
      Postawiono mu zarzut użycia w stosunku do kumpla po fachu groźby bezprawnej
      mającej przekonać tamtego, by nie przyglądał się zbyt dokładnie kwitom spółki
      STACON (od 1 miesiąca do 3 lat pudła).

      Prokuratura Rejonowa w Ostrołęce wyłączyła się z postępowania, gdyż jeden z
      oskarżonych jest spokrewniony z prokuratorskim małżeństwem w ostrołęckiej
      okręgówce. Potem jednak sprawa wylądowała przed sądem w Ostrołęce. Ten już nie
      widział powodów do wyłączenia się.

      Sprawa stanęła w miejscu. Wypłynęło nazwisko świadka, na którego zeznaniach
      opiera się oskarżenie. Zapewne dlatego, że nie czuje się on bezpieczny, nie
      dociera do sądu, by potwierdzić zeznania, które złożył wcześniej przed
      funkcjonariuszami CBŚ i prokuratury. Sędzia prowadząca sprawę odmówiła nam
      wglądu do akt.

      Niespodzianki

      Kontrole UKS trwały długo. W styczniu 2001 r. ostrołęcka policja oraz
      prokuratura wszczęły dochodzenie w sprawie fałszowania faktur ZBM STACON oraz
      jednej z firm – słupów. Dokumentacja została przekazana biegłemu sądowemu.
      Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że leżała u niego rok. Po Ostrołęce krążą
      opowieści o próbach nacisku na biegłego, by nie był zbyt gorliwy.

      Wreszcie w listopadzie zeszłego roku prokuratura przesłała do Sądu Rejonowego w
      Ostrołęce akt oskarżenia w tej sprawie przeciwko małżonkom D. oraz Wiesławowi
      D., na którego zarejestrowana była jedna z firm. Do tej pory nie wyznaczono
      terminu rozprawy.

      Nastąpiła seria niespodzianek. Z kwitów, które posiadamy, jasno wynika, że UKS
      dopatrzył się opisanych wyżej przekrętów. Powoływanie firm, przerzucanie na nie
      dochodów spółki STACON, fikcyjne zwiększanie jej kosztów i kantowanie na
      podatkach. Inspektorzy skarbowi wykazali, że małżeństwo D. więcej płaciło
      podwykonawcom, niż zarabiało na ich rzekomych usługach. I że małe firemki nie
      były w stanie wykonać roboty, jaką im przypisano na papierze. Co z tego, skoro
      ta część odkrycia UKS do tej pory nie stała się przedmiotem dochodzenia
      prokuratorskiego i nie znalazła finału przed sądem.

      UKS przewidywał podwyższenie dochodu współwłaścicieli STACONU. Małżonkowie D.
      musieliby wówczas zapłacić podatki wraz z odsetkami. Ale jak nas poinformowano,
      analizy UKS ciągle są w toku, a ich wyniki to wielka skarbowa tajemnica.

      Tymczasem sprawa dotycząca fałszowania podpisów na fakturach leży. Czeka na
      wyznaczenie terminu. Inna – o podżeganie do zrobienia kuku jakiemuś
      kontrolerowi skarbowemu – obsuwa się. Dość klarowne odkrycie UKS dotyczące
      przewałów na podatkach już doczekały się odleżyn, bo ich analizy wydają się nie
      mieć końca. I wszystko to dotyczy jednej spółki.

      Autor : Dorota Pardecka
    • Gość: Łaniewska Skarbonek IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:23
      Skarbonek

      Poniższą historyjkę dedykujemy wszystkim, którzy mówią, że walka z korupcją
      trwa, a jedyne, co jej stoi na przeszkodzie, to zmowa milczenia między biorącym
      i dającym.

      Pan K. był naczelnikiem Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Nazwiska pana K. nie
      ujawniamy, bo stoi przed sądem za łapówkarstwo. Ludzie opowiadają, że wchodził
      do sklepu, zakładał garnitur i wychodził. Albo telewizor z półki brał i –
      inaczej niż ten głupi ruski złodziej – od razu domagał się pilota i gwarancji,
      a potem wychodził. I wcale nie płacił. Albo jak kafelki sobie do łazienki
      wybrał, to jeszcze kazał sobie do domu zawieźć. I nie płacił. Ale to pewnie
      nieprawda, bo nikt mi nie chciał tego oficjalnie pod nazwiskiem powtórzyć.

      Dwóch tylko ludzi zawzięło się na pana naczelnika. Jeden to taki, co stracił
      wszystko i już mu nie zależy, bo pan naczelnik to teraz najmniejszy jego
      problem. Drugi – wręcz przeciwnie, nie stracił, tylko ma, a firmę przeniósł z
      Bełchatowa do Piotrkowa i pan naczelnik może mu już obunóż z rozbiegu.

      Leszek co nie ma

      Ten pierwszy to Leszek Kopczyński, człowiek przez lata pokazywany w Bełchatowie
      jako dziwo i niewiarygodna hybryda: sukcesu i uczciwości. Bełchatowianin Roku,
      lokalny Menedżer Roku, wzorowy płatnik podatków i ZUS, ukochany klient
      tutejszej filii PKO BP. Obecnie bankrut, ale o tym opowiemy Państwu kiedy
      indziej.

      Gdy w jednej ze swoich firm miał Kopczyński kłopoty z tak zwaną płynnością,
      poszedł do pana naczelnika, żeby ten mu rozłożył należny VAT – ok. 80 tys. zł –
      na trzy miesiące. A pan naczelnik mówi: – Panie Leszku, nie ma sprawy. Tylko
      wie pan, ja mam córkę, co jest pielęgniarką. Może by pan ją zatrudnił? A pan
      Leszek na to, głupi jakiś, mówi, że on już ma pielęgniarkę w nowo zakładanej
      firmie i do tego niepełnosprawną, bo stara się o status zakładu pracy
      chronionej. – Czy pańska córka jest niepełnosprawna? – Ależ co pan opowiada –
      oburzył się pan naczelnik.

      Zgadnijcie, jak się to skończyło? Pan Leszek zatrudnił córkę pana naczelnika w
      charakterze nadzoru medycznego. Dostawała za to 1300 zł i to były jedyne
      chwile, kiedy stawiała się w pracy. W zamian pan naczelnik nie dość, że
      rozłożył zaległy VAT, to jeszcze uprzedzał pana Leszka telefonicznie o
      kontrolach, jak już w ogóle musiał robić kontrole, a starał się nie robić.
      Prokurator – wbrew złodziejskiej nomenklaturze – nie jest prorokiem i
      dowiedział się o tym, bo pan Leszek sam na siebie doniósł do UOP (wtedy
      jeszcze), bo już miał dość całego Bełchatowa i panujących w nim układów.
      Zeznanie pana Leszka spowodowało, że pana naczelnika wyprowadzili z urzędu w
      kajdankach i przestał być naczelnikiem. Potem tłumaczył w prokuraturze, że to
      pan Leszek sam go poprosił, żeby pozwolił mu zatrudnić jego córkę, absolwentkę
      kosmetologii jako nadzór medyczny, ale prokurator mu czegoś nie uwierzył, tylko
      obu panom postawił zarzuty: udzielenia i przyjęcia przez osobę pełniącą funkcję
      publiczną na jej żądanie, w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznej,
      korzyści majątkowej i osobistej.

      Józek co ma

      Gdy pana naczelnika już wyprowadzono w tych kajdankach, objawił się Józef
      Walczak. Walczak miał swego czasu spółkę z Pauliną B. Razem handlowali meblami.
      A księgowość prowadził im pan naczelnik. Pan naczelnik już wtedy był panem
      naczelnikiem, toteż nie mógł tego robić oficjalnie, kasę brał pod stołem, a
      liczył sobie za te usługi księgowe raczej słono. Ponadto – mówi Walczak –
      wybrał sobie z magazynu bardzo ładny komplet mebli wart jak na tamte czasy
      jakieś 20 tys., bo córka urządzała mieszkanie. Cóż, kochający ojciec.

      Kiedy spółka Walczaka i pani B. się rozpadła – meble podzielili między sobą, po
      pół. Każde z nich powinno zapłacić od swojej połowy VAT. Ale pani Paulina znała
      pana naczelnika, a pan naczelnik znał się na księgowości. Jako nieistniejąca
      już spółka wystawiła swojej nowej firmie antydatowaną fakturę. Że niby te meble
      kupiła w czerwcu, gdy spółka z Walczakiem jeszcze istniała. I złożyła – we
      wrześniu – korektę do urzędu skarbowego: że urząd winien jej nowej firmie oddać
      VAT za te meble. I choć korektę taką można składać przez 7 dni, a pani Paulinie
      zajęło to 3 miesiące – pan naczelnik korektę przyklepał i kazał wypłacić.

      Ale to nie koniec. Bo teraz ta firma, która pani Paulinie meble sprzedała,
      miała zaległość VAT. To była spółka cywilna, więc wspólnicy odpowiadają
      solidarnie – czyli urząd może dochodzić od tego, od którego chce. Do pana
      Józefa zaczęły przychodzić powiastki z urzędu skarbowego, że jako śp. spółka ma
      niezapłacony VAT: ponad 60 tys. zł. Walczak się zdziwił i ruszył do urzędu z
      pytaniem: niby skąd, skoro wszystko płacił na czas. Dwa dni potem miał kontrolę
      skarbową. Ponoć urząd dostał donos anonimowy, że Józef wprowadza do sprzedaży
      meble poza kasą. A pan naczelnik osobiście na tym donosie napisał, że nosi
      znamiona prawdopodobieństwa. A zatem – kontrola. Sklepy zamknięte na trzy dni,
      miesiąc grzebania w kwitach. A Walczak nic się nie nauczył, tylko znowu zgłosił
      się do urzędu z głupimi pytaniami. Jak przyszła do niego druga kontrola,
      wreszcie pojął i wziął się za płacenie. Z 60 tys. zaległych pieniędzy zostało
      mu 9209,60 zł plus odsetki, kiedy pana naczelnika wyprowadzono w kajdankach.

      Wtedy Walczak ruszył do prokuratora, a ten wszczął sprawę. Oskarżył Paulinę B.
      o to, że wystawiła fałszywe, antydatowane faktury i w ten sposób wyłudziła od
      skarbu państwa VAT, a przy okazji oszukała Walczaka. Gdy zrobiła się afera,
      urząd skarbowy, już pozbawiony światłego kierownictwa pana naczelnika,
      wystawił "odpis konta", w którym widnieje, iż 68 382 zł, o które poszła cała
      afera, pani Paulina zapłaciła przelewem w czerwcu 1995 r. Gdy wszakże Walczak
      zażądał w sądzie przedstawienia przelewu – US przysłał nowy kwit, że prostuje
      niniejszym pismem odpowiedź na wasze pismo i że rzeczywiście Paulina B. nie
      zapłaciła, tylko urząd kazał płacić Walczakowi. Ale to nic, bo urząd skorygował
      powyższe księgowanie zawiadomieniem 624/95 z dnia 23.02.1996. Jak to skorygował
      w 1996 r. – pyta Walczak – skoro powyższy "odpis konta", poświadczający, że
      pani B. zapłaciła – przelewem! – wystawił w 2000 r.? Znaczy, że urząd skarbowy
      dwukrotnie poświadczył nieprawdę. A teraz szefem urzędu już nie jest pan
      naczelnik, tylko całkiem inna pani naczelnik.

      Pan naczelnik wiecznie żywy

      I teraz jest tak.

      Walczak się cieszy. Sprawę ma wygraną, bo fałszerstwo jest ewidentne, ściągnął
      z niego urząd ten VAT bezprawnie i teraz musi mu oddać. – Sprzedałem dwa
      samochody, a dostanę sześć – mówi Walczak.

      Jego była wspólniczka ma przesrane, bo sfałszowała faktury i wyłudziła od
      państwa VAT, a państwo jest czułe na tym punkcie.

      A pan naczelnik? Pan naczelnik nic, bo prokurator nie uznał za stosowne pana
      naczelnika do tej sprawy włączyć.

      A jak tam z tą drugą sprawą – tą, co to niby ruszyła z kopyta przed sądem w
      Łodzi w związku z donosem pana Leszka? Ano po paru miesiącach rozpraw
      prowadzonych szybko i sprawnie, wyznaczanych miesiąc po miesiącu, po
      przesłuchaniu wszystkich świadków nagle zmieniono sędziego, bo sędzia
      prowadzący sprawę został z niewiadomych przyczyn przeniesiony dwie ulice dalej.
      I sprawa musi się zacząć od początku.

      A co robi pan naczelnik? Mówią, że jest na rencie. I jeszcze mówią, że co drugi
      dzień jest w urzędzie, z którego go wyprowadzono w kajdankach, i udziela porad,
      jak należy prowadzić sprawy skarbowe.

      Piszemy o tym, by historia pana naczelnika K. zaświeciła jasnym przykładem dla
      wszystkich łapówkarzy w Rzeczypospolitej. Kochani, wy wiecie, co oni mogą wam
      zrobić?

      Jak mówi klasyk kabaretu: "oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może
      pana majstra w dupę pocałować". Bo nawet gdyby się trafił jakiś n
      • Gość: Łaniewska Dokonczenie IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 27.04.03, 06:24


        Jak mówi klasyk kabaretu: "oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może
        pana majstra w dupę pocałować". Bo nawet gdyby się trafił jakiś nadgorliwy
        prokurator albo sędzia bez poczucia rzeczywistości – ktoś go usadzi. Żadna
        władza nie da rozmontować systemu, bo jak się zacznie rozmontowywanie, to może
        dojść za wysoko.

        Amen.

        Autor : Agnieszka Wołk Łaniewska
Pełna wersja