Gość: K.J.
IP: 144.139.191.*
30.05.03, 20:20
W dniu 26. 05.03r., EUobserver doniósł o świętym oburzeniu najjaśniejszego
komisara do spraw rozszerzenia, Guntera Verheugena z powodu zapowiedzi
pokazania na niemieckim kanale NDR w dniu 27 maja filmu dokumentalnego „Alles
Banditen”, co można przetłumaczyć jako „Sami bandyci”. Komisarz oświadczył
nawet, że będzie to dla niego szokiem, jeżeli ten film będzie wyświetlony w
jego rodzinnym kraju. Co spowodowało aż takie oburzenie. Otóż film ten,
nakręcony przez duńskiego reżysera Christoffer Guldbrandsena. Otrzymał on
zezwolenie na filmowanie duńskiego Premiera Anders Fogh Rasmussena podczas
tych unijnych spotkań, które zwykle zamknięte są dla publiczności. Ponieważ
był to okres, kiedy dobiegały końca negocjacje w sprawie akcesji Polski do
UE, jest to film dla nas szczególnie interesujący, ponieważ ukazuje wypadki i
rozmowy toczące się poza kulisami tych rokowań. Tak jak kilka dni temu
obiecałem, poprosiłem mojego przyjaciela zamieszkującego w Niemczech o
obejrzenie tego filmu i napisanie krótkiego streszczenia.
Otóż dowiadujemy się z tego filmu, że warunki które przyznano nam na szczycie
w Kopenhadze, wbrew rządowej propagandzie, wcale nie były najlepszymi z
możliwych do uzyskania. Można było pokusić się o wiele lepsze. Dowiadujemy
się, jak bardzo zależało Unii na Polsce i to można było wykorzystać. Ale
cóż, skoro na te tak ważne negocjacje wysłało się ludzi takich jak minister
do spraw integracji D. Huebner, która stwierdziła w wywiadzie dla "Życia" z
15 maja 2002 r., że "polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania".
Otóż polski interes narodowy jest bardzo łatwy do zdefiniowania, podobnie jak
interesy każdego innego narodu. Natomiast wzbudza we mnie zgrozę minister,
która nie ma pojęcia, co jest polskim interesem narodowym. Mając
negocjatorów, którym sprawia trudności zdefiniowanie polskiego interesu
narodowego nic dziwnego, że wszystko wygląda tak jak wygląda.
Pod wpływem tego filmu nasuwa się na myśl wątek zapoczątkowany przez p. Nikę,
pt. „A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ?”.
https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=6013175&strona=0
Może faktycznie, po odrzuceniu przez nas oferowanego nam na tak haniebnych
warunkach członkostwa, przed ponownym referendum można będzie wynegocjować od
Unii o wiele lepsze warunki? Jednakże nie można popełnić tego samego błędu i
ponownie wysłać tam negocjatorów, którzy mają trudności ze zdefiniowaniem
polskiego interesu narodowego. Trzeba wysłać negocjatorów z prawdziwego
zdarzenia, którzy nie dadzą się zwieść unijnemu przekładaniu pieniędzy z
kieszeni do kieszeni.
Streszczenie filmu.
SAMI BANDYCI
„Polska jest największym państwem spośród kandydujących i jeśli powie 'TAK',
to inne kraje kandydackie pójdą tą drogą – dlatego rozmowy z Polską są tak
ważne.” – oto słowa Duńczyka Rasmusena, który przewodniczył negocjacjom w
okresie bezpośrednio poprzedzającym 13. grudnia 2002 roku w Kopenhadze. Było
to jedno z pierwszych zdań filmu dokumentalnego, którego niemiecki tytuł
brzmiał „Alles Banditen”, co można przetłumaczyć jako „Sami bandyci”. Tytuł
nawiązywał do zdania wypowiedzianego przez jednego z duńskich polityków na
temat dziennikarzy. Trudno w tym wypadku wykluczyć, iż mamy tu do czynienia z
klasycznym przykładem na słuszność powiedzenia „przyganiał kocioł garnkowi...
a sam smoli”. Wróćmy jednak do zdania wypowiedzianego przez Rasmusena. Otóż
myśl przewodnia zawarta w tym zdaniu przewijała się w całym filmie, z którego
można się było wyraźnie dowiedzieć, jak bardzo Unii Europejskiej zależy na
jej poszerzeniu. „Gdy skończymy negocjacje z Polską, to wszystko zakończymy.
Inni powiedzą 'TAK', gdy Polska powie 'TAK'. Musimy też rozmawiać z innymi
krajami, aby Polacy nie myśleli, że tylko z nimi rozmawiamy”. Inni byli
jednak mniej ważni i ograniczono się w filmie do wymienienia ich z nazwy, a i
tu nie jestem pewien, czy wymieniono wszystkie państwa „kandydujące” do UE.
Przewijający się podczas całego filmu niczym szara eminencja Niemiec Guenter
Verheugen również dał wyraz rzeczywistemu nastawieniu UE do sprawy jej
poszerzenia. Usłyszawszy o podobno – piszę podobno, bo nie jest pewne, że
rzecz nie była od początku ukartowana – „twardej postawie Millera” podczas
negocjacji w Brukseli, a później w Kopenhadze, powiedział mianowicie z mocno
skwaszoną miną, iż „przegrywamy 50 z 71 mln ludzi” spodziewając się, że
odmowa Polski pociągnie za sobą także odmowę Czech.
W tym kontekście buńczucznie wypowiedziane przez Rasmusena ostrzeżenie
o „pociągu, który odjedzie bez tych, którzy się nie załapią” wygląda raczej
na chęć pokazania się przez tego ostatniego z mocnej strony przetargowej,
podczas, gdy strona ta była dość wyraźnie pozbawiona wielu atutów, a przede
wszystkim atutu podstawowego w tej sprawie, czyli wolnej do dyspozycji
gotówki. Polskie żądanie „dodatkowego jednego miliarda euro” wzbudziło w
eurodyplomatach niemal panikę, że oto ot tak dawna przygotowywana do akcesji
Polska może się w ostatniej chwili z całej tej nagonki wycofać, a przecież
dodatkowych pieniędzy po prostu nie ma – pewnie pojawią się dopiero wtedy,
gdy Polska zacznie wpłacać do kasy więcej, niż będzie dostawać. W każdym
razie pieniędzmi do rozdawania Rasmusen nie dysponował, co zresztą nawet
zupełnie otwarcie stwierdził podczas filmu słowami „powiem Polakom prawdę –
nie ma ani centa więcej”. Telefoniczne rozmowy z dawcą pieniędzy, czyli
niemieckim kanclerzem Schroederem nie przyniosło w Brukseli oczekiwanego
rozluźnienia, ponieważ Schroeder miał rzekomo stwierdzić, iż „owszem da, ale
tylko osobiście i dopiero w Kopenhadze, a teraz w Brukseli powinni oni z
Polską rozmawiać o sprawach mniej ważnych, jak np. polowanie na
niedźwiedzie”. Swoją droga w dalszym przebiegu filmu ten miliard od
Schroedera jakoś nie uzyskał innego niż słownego potwierdzenia, no, ale
wiadomo, iż polityk nie jest od mówienia prawdy, a od wyrażania nadziei i
dbania o własny interes, który przecież z prawdą nie musi wcale mieć do
czynienia. Tak więc koniec końców w Brukseli musiał Rasmusen z Millerem
rozmawiać o polowaniu na niedźwiedzie, a nie o dodatkowych pieniądzach, co
pewnie dla eurofederasty Millera musiało być mało satysfakcjonujące. No, ale
cóż zrobić skoro „nie ma alternatywy i albo UE, albo Białoruś”, to i o
niedźwiedziach pogadać trzeba, a przy tym pewnie i udawać, że rzecz ogromnie
jest istotna. Tyle, że przecież obietnice eurofederastów bazują właśnie na
tym, że wchodzić mamy do bogatej Unii, że spłynie na nas deszcz pomocy, a nie
na tym, że Niemcy u nas na niedźwiedzie będą polować, przeto orzech do
zgryzienia miał Miller nie mały. Już bowiem podczas negocjacji widać było,
jak będzie w oczekującej nas rzeczywistości. Głównym problemem jest brak
pieniędzy, a więc i ich deszczu w Polsce nie będzie, bo skąd i dlaczego mają
Polsce dawać, skoro sami na swoje potrzeby nie mają? Podczas kluczowych chwil
negocjacji głowiono się jednak nie nad tym skąd wziąć owe nowe pieniądze, a
nad tym, jakie znaleźć sposoby na to, aby wyglądało, iż pieniądze się
znalazły, mimo, że ich faktycznie nie ma. Tym sposobem gwarantowano pozorny
sukces negocjatorom z Polski, no i oczywiście sobie. Wymyślono więc, iż to,
co niby kiedyś Polska miała dostać w postaci „pomocy strukturalnej”, gdzie do
każdego euro z UE musimy wyłożyć najpierw jedno swoje euro, aby później
dostać te unijne – pochodzące swoją drogą najpewniej właśnie z naszych
wcześniejszych składek członkowskich – a więc tę teoretyczną „pomoc
strukturalną” trochę zmniejszono i z niej właśnie przestukano na inne konto
ów pilnie potrzebny wszyst