kimmjiki
03.06.03, 13:24
Byl tu kiedys watek z pytaniem do forumowiczow, co musialoby sie stac, aby
zmienili zdanie w kwestii integracji. Znakomita wiekszosc przeciwnikow
odpowiedziala, ze nie ma takiej mozliwosci, lub ze Unia musialaby zupelnie
zmienic swoj ksztalt, co wlasciwie na jedno wychodzi. Drugim godnym uwagi
faktem jest, ze wiekszosc eurofobow nie ma nic przeciwko wejsciu do EOG, choc
w kwestiach gospodarczych (poza rolnictwem) praktycznie niczym nie rozni sie
to od Unii. O co zatem chodzi, skoro nie o gospodarke? Odpowiedzi latwo sie
domyslec, tym bardziej ze niektorzy mowia wprost, iz wejscie do EWG chetnie
by poparli, ale do UE za nic w swiecie. Jasne jest wiec, ze eurofobom nie
chodzi tak naprawde o zaden wzrost gospodarczy, rzekome doplacanie do UE czy
inne normy, ale o ograniczenie suwerennosci na rzecz Brukseli. Caly spor jest
zatem sporem natury swiatopogladowej, z czego wniosek, ze moze on zostac
roztrzygniety tylko w jeden sposob - tak jak np. spor o dopuszczalnosc
rozwodow. Zostaly one zalegalizowane, minelo troche czasu i przeciwnicy
przekonali sie, ze do zadnej tragedii to nie doprowadzilo, wiec dzisiaj nawet
radiomaryjcy nie domagaja sie przywrocenia zakazu. Podobnie z Unia - dopiero
gdy tam wejdziemy i troche posiedzimy, nasi "sceptycy" powinni w koncu
zmienic zdanie. Na co, miejmy nadzieje, nie bedzie trzeba dlugo czekac.