czlowiek_samogon
28.08.07, 20:14
Apokalipsa poborowego
Biorą wszystkich: studentów, niepełnosprawnych, ciężko chorych.
Rosyjska armia wciąż bardziej przypomina obóz pracy przymusowej niż
nowoczesne wojsko.
Dwa razy do roku, wiosną i późną jesienią, setki tysięcy młodych
Rosjan ogarnia strach - zaczyna się pobór do rosyjskiej armii. A że
jest to armia jedyna w swoim rodzaju, to i pobór nie może być
zwyczajny. Rosja powoli się demokratyzuje, jej gospodarka nabiera
rozpędu, ale armia pozostaje wciąż posowieckim skansenem. Jaskółką
zmian jest ustawa o służbie zastępczej, która 17 kwietnia została
przyjęta w pierwszym czytaniu przez Dumę. Prezydent Putin marzy o
reformie sił zbrojnych, stworzeniu mniejszej, ale dobrze wyposażonej
i wyszkolonej armii. Jednak na razie marzenia pozostają marzeniami,
a rzeczywistość woła o pomstę do nieba. Tej wiosny do jednostek
skierowanych zostanie ponad 160 tysięcy młodych ludzi. Wojskowe
komendy uzupełnień (WKU), przed którymi postawiono ambitne zadanie
zagonienia do koszar jak największej liczby młodzieńców,
wykorzystują każdy sposób, by zapełnić luki w armii. Wszak
ochotników jest bardzo niewielu. - Traktują ludzi jak bydło, jak
niewolników - Ludmiła Worobiowa z moskiewskiego Komitetu Matek
Żołnierzy oburza się na metody wojskowych komisarzy. Uzbrojone
milicyjne i wojskowe patrole regularnie urządzają łapanki w metrze i
na bazarach, organizują obławy w akademikach. Młodzi ludzie są
zwożeni w milicyjnych budach do dobrze strzeżonych budynków WKU. Nie
pomagają żadne tłumaczenia - do wojska trafiają wszyscy jak leci:
studenci, samotni ojcowie z małymi dziećmi, ciężko chorzy, a nawet
inwalidzi. - Prawa? Jakie prawa? - uśmiecha się ironicznie Roman
Gorszkow, student I roku ekonomii. - Prawo stoi po stronie tych,
którzy noszą mundury.
Nastoletni chłopcy boją się, że zostaną wysłani do Czeczenii. Ale
nie tylko. W rosyjskiej armii panuje prawo pięści. Z jednostek,
które nawet nie otarły się o Czeczenię, do domów wracają kaleki albo
trupy w cynkowych trumnach. Co roku w wypadkach, w wyniku chorób, a
także na skutek znęcania się w szeregach rosyjskiej armii ginie
około 4 tysięcy żołnierzy (w jednostkach nie biorących udziału w
wojnie!), blisko pół tysiąca popełnia samobójstwo, 5 tysięcy
dezerteruje.
Według Rusłana Puchowa, dyrektora Centrum Analiz Strategicznych i
Technologii, armia Federacji Rosyjskiej liczy dzisiaj około 1,3 mln
żołnierzy i oficerów oraz mniej więcej drugie tyle personelu
cywilnego. W sumie około 2 mln 700 tysięcy ludzi (w tym jakieś 700
tysięcy żołnierzy służby zasadniczej pochodzących z poboru).
Jednak zaledwie nieco ponad 1,2 mln ludzi podlega ministerstwu
obrony. Jednostki wojskowe, do których trafiają poborowi, są
rozrzucone po 20 ministerstwach i służbach specjalnych. Swoje wojska
mają więc: ministerstwo spraw wewnętrznych, Federalna Służba
Bezpieczeństwa, a także Federalna Służba Pograniczna oraz
ministerstwo sytuacji nadzwyczajnych i obrony cywilnej. Jednostkami
wojskowymi mogą się pochwalić także ministerstwo kolejnictwa (wojska
kolejowe) i resort sprawiedliwości (jednostki głównego zarządu
więziennictwa, konwojujące przestępców i pilnujące kolonii karnych).
- Z tej ogromnej masy ludzi zaledwie 10 procent, czyli nieco ponad
100 tysięcy żołnierzy, jest odpowiednio przygotowanych do
prowadzenia wojny i wypełniania normalnych zadań bojowych - ocenia
Puchow. - Są to przede wszystkim wojska powietrzno-desantowe,
specnaz, niektóre elitarne jednostki piechoty morskiej. Cała reszta,
ja ich nazywam kopaczami, to ogromna armia półniewolniczej, niemal
bezpłatnej siły roboczej, wykorzystywanej do budowania oficerskich
willi, uprzątania śniegu, kopania ziemi i innych ciężkich prac. Nie
mają żadnej wartości bojowej.
Takim "kopaczem" stał się na niespełna tydzień 18-letni Roman
Gorszkow. Trafił do jednostki remontowej artylerii z powodu własnej
naiwności. Bladym świtem 1 grudnia zeszłego roku przyszło po niego
trzech milicjantów. - Gdy tylko otworzyłem drzwi, zaraz jeden z nich
wpakował się do mieszkania - opowiada Gorszkow, nerwowo paląc
papierosa. - Pozostał mi wybór: albo pójść z nimi dobrowolnie, albo
dać się wynieść.
Poszedł dobrowolnie, bo i sprawa wydawała się banalna. Wojskowa
komenda uzupełnień chciała wyjaśnić jakieś nieścisłości w
dokumentach i potrzebowała Gorszkowa "na pięć minut". - Na miejscu
powiedzieli, że wysyłają mnie do wojska - krzywi się Roman. -
Błyskawicznie odbyło się posiedzenie komisji poborowej. Gdy zacząłem
udowadniać, że jestem studentem i zabierają mnie bezprawnie,
wzruszyli ramionami. "Wrócisz za dwa lata, to wyjaśnimy, co i jak" -
powiedzieli.
Nie pozwolili zawiadomić rodziców, tylko przewieźli Gorszkowa na
Ugrieszkę, czyli osławiony zborny punkt dla zmobilizowanych
poborowych z całej Moskwy. - Ugrieszka przypomina łagier - opowiada
Roman. - Drewniany barak, wokół druty kolczaste i posterunki. W
środku gołe, żelazne prycze, bez materaców. Zimno. Barak jest
nieogrzewany, a był wtedy przecież początek grudnia. Wojskowym nie
robi to żadnej różnicy.
Do domu dzwonić nie wolno - dowiedział się Gorszkow. Chyba że da się
w łapę oficerowi pilnującemu telefonu. Student, który wyskoczył z
domu "na chwilę", na szczęście miał przy sobie trochę pieniędzy -
wystarczyło, żeby zaalarmować rodziców. Gdy przyjechali, nikt ich
nie wpuścił do środka. "To zabronione" - usłyszeli. Pod punktem
zbornym gromadziło się coraz więcej podenerwowanych matek i ojców. -
Na Ugrieszce razem ze mną było z trzystu chłopaków, co najmniej
połowę zabrali jak mnie, bezprawnie - mówi Gorszkow. Wielu z nich
nie miało przy sobie dokumentów tożsamości, co w Rosji jest wysoce
naganne i może na delikwenta sprowadzić nieszczęście. W tym wypadku -
bilet do jednostki. - Byli tam ludzie z łapanki w metrze i na
bazarach. Sporo studentów, którzy nie mieli przy sobie uczelnianych
legitymacji. Trafiło się też kilku gliniarzy, młodych chłopaków,
którzy myśleli, że jak pójdą służyć w milicji, to ich nie zabiorą do
woja. Akurat! Na WKU machali nowiutkimi milicyjnymi legitymacjami, a
wojskowi im tłumaczyli, że mogą je sobie w d... wsadzić