Gość: krzysztofsf
IP: 213.155.166.*
17.11.03, 23:00
daje na forum, bo dobre i na temat.
http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031117/kraj/kraj_a_10.html
Polska administracja nie nadąża za twórcami unijnego prawa
KOMENTARZ: Zaczęły się schody
Co cztery godziny ustawa
Polscy urzędnicy są zalewani e-mailami słanymi z Brukseli z propozycjami
zmian w prawie. W ciągu kilku dni trzeba dać odpowiedź po angielsku lub
francusku, by nasze stanowisko w ogóle było wzięte pod uwagę. Często
ministerstwa nie nadążają. Resortowy fachowiec od unijnego prawa zarabia u
nas nieco ponad 1000 złotych.
Piątek, siódma wieczorem. Warszawskie ministerstwa dawno opustoszały. Nagle
sygnał faksu. Z Brukseli przychodzi zapowiedź spotkania ambasadorów "25" w
najbliższy wtorek. Będzie omawianych siedem istotnych ustaw. W grę wchodzą
kluczowe polskie interesy. Trzeba je określić w ciągu dwóch, trzech dni. Po
angielsku. Nikt z polskiej strony nie odpowiada.
Od maja w takim właśnie trybie powstaje 2/3 przepisów, które wkrótce zaczną
obowiązywać w Polsce. Z chwilą podpisania traktatu akcesyjnego w Atenach 6
miesięcy temu, polska administracja została rzucona w szalony wir całkowicie
odmiennego systemu tworzenia prawa.
W tym roku do początku listopada przyjęto w Brukseli 1905 unijnych ustaw,
tzw. dyrektyw. Średnio każdego dnia, wliczając w to niedziele i święta,
powstaje ich sześć. Wiele decyduje o losach całych sektorów gospodarki. Tak
było niedawno z "pakietem chemicznym", nakładającym na firmy odpowiedzialność
za nieszczęśliwe skutki wykorzystania produktów chemicznych. Podobnie było z
dostosowaniem polskiej wsi do reformy Wspólnej Polityki Rolnej, kiedy okazało
się, że limity produkcji mleka są zamrożone na najbliższe 12 lat.
Polscy urzędnicy w ministerstwach, odpowiedzialni za integrację, otrzymują co
dzień nawet kilkadziesiąt e-maili z unijnymi propozycjami zmian w prawie. -
Dostaję ich dziennie przynajmniej czterdzieści - żali się dyrektor
departamentu integracji europejskiej jednego z ministerstw. Fizycznie nie
jest w stanie odpowiedzieć na choćby połowę z nich. W niektórych resortach,
jak Ministerstwo Pracy, z tego powodu systematycznie "padają serwery".
Ponadto, w urzędach centralnych nie pozostawia się dużej możliwości działania
urzędnikom niższego szczeblu. O wszystkim decydują przynajmniej dyrektorzy, a
właściwie wiceministrowie. Często z powodu braku czasu nie są w stanie
prawidłowo wywiązać się z tego obowiązku. - Żeby nie mieć zaległości, nie
wychodzę z pracy wcześniej niż o 22 - przyznaje Tomasz Kowalczyk, szef
Departamentu Integracji Europejskiej w Ministerstwie Infrastruktury.
Podkupywani urzędnicy
Jednak nasz główny problem to brak odpowiednio wykwalifikowanych urzędników.
W Ministerstwie Gospodarki zespół zajmujący się opracowywaniem instrukcji dla
polskich dyplomatów w Brukseli liczy 9 osób, pięć razy mniej niż np. w
Wielkiej Brytanii. Jeszcze gorzej jest z pensjami. Zwerbowanej wśród
najlepszych absolwentów specjalistce od prawa europejskiego zaoferowano netto
1100 złotych miesięcznie. Po 20 dniach zrezygnowała z pracy. Rotacja kadr
jest ogromna. - W ciągu roku wymienił się niemal cały skład mojego
departamentu, a liczy on 28 osób - mówi dyrektor Kowalczyk. - Ja się zresztą
temu nie dziwę. Urzędnik znający dwa języki, dobrze obeznany w problematyce
europejskiej, a zarabiający niewiele ponad tysiąc złotych, jest szybko
podkupywany przez firmy konsultingowe czy banki - dodaje.
Szczególny problem ma Ministerstwo Rolnictwa. Musi obsługiwać aż 38 grup
roboczych Rady UE, z których część spotyka się raz w tygodniu. Wielu dobrych
urzędników od spraw unijnych nie jest w stanie pracować w dwóch językach, w
jakich trafiają do nich dokumenty z Brukseli - angielskim i francuskim.
Domagają się tłumaczeń. Te, nawet jeśli powstają w ekspresowym tempie,
powodują utratę przynajmniej połowy cennego czasu, jaki Bruksela nam dała na
określenie polskiego stanowiska.
Jak w soczewce niedociągnięcia systemu w kraju widać w Polskiej Misji przy
Unii. Tu mają trafiać instrukcje z Polski, które każdego tygodnia podczas
około 200 spotkań Rady UE prezentuje blisko 50 naszych delegatów. Kluczową
rolę wśród nich odgrywa Ewa Synowiec, zastępca ambasadora. - Instrukcje są
nieraz zbyt ogólnikowe, wskazują, że coś dla Polski jest "zbyt kosztowne",
bez podawania konkretnych liczb. Osoby zajmujące się daną sprawą w
ministerstwach często się zmieniają, przez co traci się ciągłość. Eksperci w
kraju zawsze powinni być pod telefonem komórkowym, abyśmy mogli wyjść z sali
obrad i się z nimi skonsultować - wymienia niektóre z trudności.
Fortele Brukseli
- Wszystko rozgrywa się na początku, gdy projekt zmiany w prawie jest
omawiany na niskim szczeblu - mówi jeden z najbardziej doświadczonych,
polskich dyplomatów. - Wtedy Komisja stara się uwzględnić stanowisko takiej
liczby krajów, które mają wystarczająco wiele głosów, aby przeforsować daną
dyrektywę. Kto nie ma dobrych kontaktów w KE, nie wie, co ona szykuje, bo to
Komisja ma wyłączność inicjatywy ustawodawczej. Dowiaduje się o spotkaniu w
grupie roboczej Rady UE na dwa, trzy, cztery dni przed terminem. Opracowanie
spójnego stanowiska w tak krótkim czasie jest bardzo trudne - podkreśla nasz
rozmówca.
Inny polski dyplomata ma podobne doświadczenia. - Trzeba być czujnym na
każdym kroku. Jedna ze sztuczek Komisji to omawianie kontrowersyjnych
przepisów w grupie Rady, gdzie nie ma akurat przedstawiciela opornego kraju
lub reprezentuje go bardziej skłonny do kompromisu dyplomata - opowiada. -
Tak było w rozmowach o handlu winami z USA. Równolegle debatę prowadzono w
grupie ds. handlu, ds. rolnictwa i ds. stosunków ze Stanami. W końcu decyzję
podjęto tam, gdzie dla Komisji było najwygodniej - wyjawia.
Gdy okaże się, że z powodu podobnych "forteli" nie udało się w pełni obronić
polskich interesów, pozostaje interwencja na wysokim szczeblu ministrów czy
wręcz szefów rządów. Jednak gdy wystarczająca większość krajów "uzgodniła"
między sobą projekt nowych przepisów, Bruksela co najwyżej z grzeczności
słucha narzekań "malkontenta". W takiej sytuacji nie jesteśmy zresztą
osamotnieni. Krajem, który najczęściej jest przegłosowywany w Radzie UE, są
paradoksalnie największe w "15" Niemcy. Najsprawniej sprzyjające
sobie "koalicje" buduje Wielka Brytania.
Skuteczniejsze od wystąpień premiera jest dla polskich spraw zaangażowanie
czołowych negocjatorów. - Gdy dowiedzieliśmy się o tym, że w Radzie UE będzie
mowa o nowych dopłatach dla rolników, zaczynał się długi weekend Święta
Niepodległości - mówi Jerzy Plewa, wiceminister rolnictwa. - W ministerstwie
nie było nikogo. Kupiliśmy na gwałt bilety lotnicze do Brukseli za własne
pieniądze. Wiedzieliśmy, że tak trzeba, że to zbyt ważne dla Polski - dodaje.
Jędrzej Bielecki Jarosław Gajewski
KOMENTARZ
Zaczęły się schody
Uwaga opinii publicznej skupiona jest na najbardziej spektakularnej części
negocjacji z Unią Europejską. W pamięci wielu tkwią obrazy z zeszłorocznego
grudniowego szczytu w Kopenhadze, gdzie ważyły się losy warunków naszej
akcesji. Teraz uwagę przykuwa konstytucja europejska i zawołanie "Nicea albo
śmierć". Wygląda na to, że do negocjacji na najwyższym szczeblu jesteśmy
nieźle przygotowani, w najważniejszych momentach potrafimy jasno i stanowczo
przedstawić swoje zdanie.
Diabeł, jak zawsze tkwi w szczegółach. W tym wypadku szczegóły to
skomplikowana biurokracja brukselska, tysiące urzędników i dokumentów, które
niemal bez przerwy krążą między Brukselą a Londynem, Warszawą, Budapesztem i
innymi stolicami Europy. Jeżeli w tym gąszczu nie będziemy w stanie poruszać
ze swobodą równą innym krajom, to będziemy przegrywać.
Każdego dnia zapada wiele decyzji. O większości z nich nawet nie wiedzą
główny negocjator czy minister. Decyzje musi podjąć urzędnik. W
ministerstwach gospodarki, zdrowia czy rolnictwa. Decyzję szyb