32.na.hamaku
26.06.05, 15:30
Kupiłam mieszkanie w dużej kamienicy (ok. 100 lokali, większość własnościowa).
W administracji (osobny budynek, kilkunastu jak nie lepiej pracowników -
obsługują chyba kilka wspólnot) na dzieńdobry usłyszałam, że:
- jestem upierdliwym interesantem (pracownice wyjątkowo aroganckie - "to chyba
pani wie, że z tym do pokoju 11 a tamto na dziennik podawczy, proszę się nie
zabierac nam czasu");
- nie mogę przejrzeć teczki budynku, żeby zobaczyc, kto mieszkał w moim lokalu
przed ostatnim włascicielem, bo ustawa o ochronie danych osobowych (teczka
nalezy do mojej wspólnoty, więc chyba mam do niej prawo wglądu co najmniej
takie, jak pani, którą zatrudniam do administrowania??);
- dokumentacja techniczna budynku jest niedostępna, zginęła; szef "pionu
technicznego" nie wie, kiedy była ostatnio przeprowadzana inwentaryzacja - a
ja chcę mieć przed remontem wyrys np. pionów i info o ich stanie!!!!);
- nie ma jeszcze protokołu z walnego zebrania (kwiecień), a stenogram tegoż
jest dla mnie niedostęny;
- wszystkie pytania nt. wspólnoty mogę zadać za dwa tygodnie, bo dopiero wtedy
administrator będzie miała czas podpisać ze mną umowę;
- itd.
Jedna z pań zdążyła nawet na mnie nawrzeszczeć, że nie przyniosłam kserokopii
aktu notarialnego, tylko odpis - też na nią nawrzeszczałam i w końcu z wielką
łaską sama zrobiła ksero (po tym, jak zażądałam info, czy administracja
naprawdę nie ma kserografu, bo oczywiście usiłował mnie spławić po ten
świastek do jakiegoś punktu usługowego pięć ulic dalej).
CZY JA ŚNIĘ?
To są realia wspólnoty mieszkaniowej? Za to mam płacić blisko 200 zł
miesięcznie (bez funduszu remontowego, oczywiście)?
Czy te panie nie mają świadomości, że nie jestem interesantem, tylko ich
PRACODAWCĄ?
A może to mi się coś pomyliło?????