kryzysowa_narzeczona75
21.04.07, 14:04
Pracownik Zarzadcy upodobal sobie moja osobe do wykonywania czesci jego
obowiazkow. Co chwila podrzuca mi jakies papiery (a bo ktos chcial cos na
zebraniu, a on juz nie pamieta kto, wiec moze ja wiem?). A bo on ma oferte
firmy ochroniarskiej, wiec moze ja przekaze ja calej wspolnocie (jeden
egzemplarz oferty, ktora na wlasny koszt skserowalam i powrzucalam do
wszystkich skrzynek). A to z powodu nieobecnosci mieszkancow na zebraniu,
wypada zebrac brakujace glosy, aby przeszly jakies uchwaly. Pan ograniczyl sie
tylko do wrzucenia do skrzynek nieobecnych na zebraniu sasiadow kart do
glosowania i jest zdziwiony, ze nikt mu ich nie chce oddac. Moze wiec ja sie
przejde po mieszkaniach i zbiore te glosy. Rozumiem, ze lezy to w interesie
mieszkancow, a wiec i moim, ale powoli zaczyna mnie to irytowac. Fakt bycia
jedna z czterech osob w Radzie Wspolnoty (zrozumiale, ze jest to dzialalnosc
charytatywna) nie obliguje mnie chyba do pracy na rzecz zarzadcy, czy sie
myle? Jako osoba pracujaca, zaciazona, nie usmiecha mi sie chodzic po
mieszkaniach i tlumaczyc co bylo na zebraniu i dlaczego warto zaglosowac. Co
zrobic w takim przypadku, wiecznego podrzucania czegos i zalatwiania spraw za
kogos, w ramach dobra wspolnoty i dla wspolnoty? Rozumiem, ze mozna pomoc od
czasu do czasu, ale mi to powoli przypomina "zlapanie frajera,ktory bedzie za
mnie pracowal". Szczegolnie, ze do innych osob z rady, tenze pan nie dzwoni i
nie obarcza ich zadnymi sprawami.