weisefrau
11.05.07, 16:32
Czy widzieliście kiedyś Anioła Stróża? Nie na obrazku od Pierwszej Komunii,
nie w kiosku z durnostojkami, nie w postaci wzorka do krzyżykowego haftu, ale
prawdziwego, z krwi i kości? Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że Anioł
Stróż może wcielić się w nieoczekiwaną postać.
Dla ratowania własnych emocji w 1991 roku postanowiłam koniecznie kupić sobie
psa. Na domownikach udało mi się wymusić akceptację dla pojawiających się od
czasu do czasu gryzoni, były u nas i chomiki i myszki i szczury, ale kontakt
emocjonalny był z nimi niepełny, na spacer się tego nie wyprowadzało, a mysi
smród był nie do zniesienia. Poza tym gryzonie żyją za krótko. Nim się do nich
naprawdę przywiązałam już były stare i chore. Zatem postanowiłam, że chcę psa.
Rodzina była przeciwna. Bo się nie będę opiekować. Bo to obowiązek. Bo babcia
nie będzie wyprowadzać zwierzaka na spacer. Bo pies brudzi. Bo w mieście nie
powinno się męczyć psa.
Nie dawałam za wygraną. Wszystkie te argumenty były śmieszne. Miałam 30 lat.
Od 6 lat byłam matką i dzieckiem się opiekowałam sama nie podkukułczając go
nikomu. W domu sprzątałam sama. Mnóstwo ludzi w sąsiedztwie miało psy, które
nie wyglądały na specjalnie umęczone mieszkaniem w mieście. Zaczęłam zatem
pertraktacje. Nic nie dały. W końcu zaczęłam płakać. W płakaniu towarzyszyła
mi Misia, która psów bała się wprawdzie panicznie, ale pomysł na własnego psa
bardzo jej sie podobał. Mąż nr 1 też chciał psa. W przeciwieństwie do mnie
chciał psa wielkiego, grożnego i budzącego trwogę w bliźnich. Ja marzyłam o
wesołym stworzeniu z łatwą do pielęgnacji sierścią. Po kilku tygodniach płaczu
mama i babcia zmiękły. Wprawdzie nie wyraziły oficjalnej zgody na zakup, ale
ich obrona wyraźnie osłabła.
Pojechaliśmy do schroniska na Paluchu. Był październik, pora, gdy rodziny
przygarniają psy po wakacjach. Gdybyśmy pojechali tam w czerwcu, znaleźlibyśmy
moc małych, porzuconych szczeniaków. W październiku schronisko pełne było
dorosłych, wielkich Burków. Misia się przeraziła, my zrezygnowaliśmy. Wrażenie
psiej i kociej nędzy było straszne. W sobotę pojechaliśmy na stadion Skry,
gdzie do niedawna handlowano psami. Niestety, targowisko zamknięto. W
niedzielę jak zwykle jechaliśmy do teściów na obiad. Droga wiodła obok
Stadionu XX-ecia, gdzie pewnie też mogło być psie targowisko. Na rogu między
Zieleniecką a Rondem Waszyngtona, pod drzewami rozłożyli się sprzedawcy psów z
towarem. Były tam owczarki niemieckie i kaukaskie, dobermany, boksery i
jamniki wątpliwego pochodzenia. Wszystkie młode i nie dla nas. W najdalszym
kącie, pod drzewem stał sobie włościanin w walonkach i kufajce. W rękach miał
tekturowe pudełko z którego wyglądała nieszczęsna terierza mordka. Do drzewa
obok niego przywiązany był jakiś ni to welsh ni to airdale terier. W pudełku
siedziała ostatnia suczka, której nikt już nie chcial kupić. Miała smutne,
kaprawe ślepka i była wielkości elementarza Falskiego: całkiem kwadratowa.
Właściciel przywiózł szczenięta do Warszawy na targ na Skrze, a ponieważ targ
zlikwidowano, błąkał się z nimi już dwa dni po mieście. Szczeniak był ledwie
żywy. Nie jadł pewnie od wyjazdu z domu. Potargowaliśmy się trochę, bardziej
dla zasady niż z konieczności i za 380.000 zł piesek przeszedl w nasze ręce, a
konkretnie pod moją pachę. Suczka była czarna, podpalana i ze względu na
podobieństwo do arbuzowej pestki została nazwana Pestką. Kupiliśmy zatem psa,
jak go kupować absolutnie nie wolno, bez żadnej gwarancji pochodzenia, od byle
kogo, pewnikiem chorego i zarobaczonego. Nigdy tego nie pożałowałam.
Zarobaczona była straszliwie, od ogona po sam nos.Wytruliśmy robale.
Przechorowala wszystkie psie zakaźne choroby jeszcze w dzieciństwie. Nim
zaczęła chorować, już ją pokochaliśmy. Gdy złapała parvovirozę prosiłam
lekarza, by ją z tego wyciągnął, bo inaczej rodzina mnie z domu wyrzuci.
Popatrzył mi w oczy i aksamitnym głosem powiedział: "180.000 poproszę. Za
surowicę." Jej dziecięce choroby były bardzo kosztowne, ale opłacało się
utrzymać ją przy życiu. Rosła na teriera niewiadomo jakiego, niepowtarzalnego,
kochającego i bardzo obowiązkowego. Silna była jak koń i do końca życia nie
pojęła, kto kogo prowadzi na smyczy. To ona sie opiekowała nami, nie my nią.
Kolczatkę dostała, gdy w wieku 6 miesięcy przeciągnęła mnie przez jakieś płoty
i zasieki. Poprosiłam w sklepie myśliwskim o najmniejszą kolczatkę, jaką
mierli. Gruby klient w tyrolskim kapelusiku z piórkiem sarknął, że głupi
ludzie ratlerka wezmą na kolce. Zeznałam mu zrezygnowana, że to mieszanka
welsha i jagdteriera. Pan uprzejmie mi pokazał, jak zmniejszyć kolczatkę.
Zagryzła wiele piłek i kilka kotów. Ludziom nie ufała i nie znosiła głaskania,
choć wobec obcych pozwalala sobie jedynie na warkoty i przekleństwa. Gryzła z
premedytacją, gdy ktoś chciał pogłaskać mnie. Albo wyjąć mi portfel z torebki.
Wtedy nie fatygowala się przekleństwami. Leczyła nam rany, otarcia i kurzajki,
które ginęły bezpowrotnie od kontaktu z jej jęzorem. Była zdania, że człowiek
powinien chodzić na dwóch własnych nogach i bardzo się niepokoiła, gdy ktoś
niósł dziecko na ręku. Zgryźliwa i nieufna wobec dorosłych malutkim dzieciom
pozwalała na wszystkie pieszczoty i przytulaństwa. Misia była w jej koszyku
zawsze mile widzianym gościem. Nie pozwalała się nam całować, ani tańczyć, ani
jeździć na sankach, ani huśtać na huśtawce. Babci ogrzewala wiecznie marznące
nogi i dotrzymywala towarzystwa, gdy byliśmy w pracy. Słuchała za babcię
świata, rozróżniała telefon, dzwonek do drzwi, czajnik i wykipiane mleko i
ciągnęla babcię za spódnicę w miejsce wymagające ludzkiej interwencji.
Towarzyszyła mi wszędzie przez 15 lat. W tym czasie byłyśmy osobno może 10
tygodni. Prawie na każdym zdjęciu z tego okresu widać obok mnie kosmatą
mordusię z maseczką pierrota i wielkim nosem, albo co najmniej czubek
włochatego ogona. Jeździla z nami na wakacje, chodziła w odwiedziny, dzięki
niej mogłam w czasi długich spacerów nawiązać sensowną relację z mężem nr 2.
Ona klepnęła naszą znajomość.Możecie myśleć, że zwariowałam, ale jeśli ktoś
się jej nie podobał, to zwykle okazywalo się, że były istotne powody, by ten
ktoś nie podobał się również mnie. Gdy skończyła 12 lat dostała czerwoną
bandankę i zaczęliśmy mówić do niej Babciu. Gdy ogłuchła, kazała nam tym
bardziej chodzić na smyczy, bo jak niby głuchy pies ma bez smyczy dopilnować
tak samowolnych ludzi? W końcu mimo zabezpieczeń uciął ją feralny babeszjozowy
kleszcz. Ledwie żywą dowieźliśmy ją do dobrej doktor Biel, która nas
uprzedziła, że stan psa jest ciężki i nawet doraźna pomoc potrwa kilka
godzin.Odparłam, że skoro ten pies poświęcił mi całe życie to ja mogę mu
poświęcić te kilka godzin. Wtedy się udało, ale feralnego kleszcza przeżyła
Pestusia o rok. W końcu dostała padaczki, nie mogla wleźć na fotel ( a w
młodości to był lekki podskok!), siusiała pod siebie, miała wszelkie objawy
mózgowe niewydolności wątroby. Wezwałam lekarza, który do wtóru naszego
wspólnego płaczu wysłal ją tam, gdzie anioły przebywają, gdy nie pilnują
nikogo na ziemi. Ma tam pewnie plażę, na której ofiarnie dogląda dzieci. A jak
się kiedyś spotkamy, to dalej będzie pilnować mnie.