Gość: kika
IP: 78.133.211.*
11.04.12, 13:39
Byłam na prapremierze "Miłości.. "i od tego czasu korci mnie, żeby o tym napisać. Może być w tym miejscu. Gdy przeczytałam garść pochlebnych recenzji, przetarłam oczy ze zdumienia. Przecież ja tam byłam. Temat, rzeczywiście dobry, można z nim wiele zrobić ale... Nie udało się to panu Świerszczowi, przepraszam, Ingmarovi Villwquistowi. Martwe dialogi, a właściwe ich brak. Recytacja gdzieś w przestrzeń. Na tym oparta gra głównej postaci. Patrzył w dal, wyznaczoną przez ostatnie rzędu widowni. Aktorzy się starali, ale cóż mona było wykrzesać z papierowych postaci, ubranych w stereotypy - prawdziwy Ślązak biega w ludowym stroju i karmi wszystkich naokoło kluskami i roladą. Rzeczywiście, najbardziej "ludzką" (czytaj: ożywioną przez autora) postacią był rosyjski oficer. Mogę tak jeszcze długo (a wiem o czym piszę, bo sama piszę zawodowo i uczę pisać innych). Podpisuję się bez zastrzeżeń pod powyższą recenzją jak również pod krytycznym tekstem red. Henryki Wach-Malickiej.
Dodam, że chociaż mieszkam w Bielsku, mam mocne koneksje ze Śląskiem, (z miejsca urodzenia jestem Ślązaczką). Ale potrafię odróżnić dobrą sztukę od ramoty, jaką zaserwowano nam, niestety, na scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej