a-nulla
29.06.08, 21:28
Najpierw się cieszył od rana. Spakował na wyprawę wszystkie ulubione
samochodziki, kapelusz i pływackie buty. I wyglądał całą drogę przez
okno, czy już widać łódki. Potem z przejęciem ubrał najmniejszy
kapoczek i ani trochę nie chciał go zdjąć:) Bardzo chciał pomagać
przy taklowaniu i cieszył się, że wszystko się tak śmiesznie nazywa
(na foka mówi puk). Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie wejdzie na
łódkę i ciągle stawiał nóżkę na dziób, że może to już teraz. I w
końcu wszedł. A potem siedział jak zaczarowany, cały wypełniony
radością, rozglądał się dookoła, cieszył, jak wiatr był troszkę
mocniejszy. I nawet nie próbował wypaść za burtę (co mnie bardzo
zdziwiło). I nie wiem, czy ten wiatr, czy emocje go tak zmęczyły, że
drogę z wanny do łóżka pokonał naprawdę ostatkiem sił:) A ja sobie
pomyślałam, jak niewiele trzeba, żeby takiego dzieciaczka tak bardzo
uszczęśliwić:-)