"Do wypadku śmigłowca TOPR mogło nie dojść"

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.04.04, 10:21
Do wypadku śmigłowca TOPR prawdopodobnie by nie doszło, gdyby maszyna została
wyposażona w narty do lądowania na śniegu - uważa przewodniczący Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych (PKBWL).

"Zdaniem PKBWL, wysłanie śmigłowca bez nart zimą do Zakopanego było
niedopuszczalne" - powiedział przewodniczący komisji Stanisław Żurkowski w
Zakopanem, zeznając w procesie pilota Henryka Serdy, oskarżonego przez
prokuraturę "o nieumyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu
powietrznym na skutek błędu w pilotażu".

Pilotowi grozi kara od 6 miesięcy do 3 lat więzienia. Oskarżony zezwolił
dziennikarzom na publikację jego nazwiska. Kapitan Serda był zmuszony do
awaryjnego lądowania na otoczonej lasem i domami polanie, bowiem w "Sokole" w
odstępie 7 - 8 minut wyłączyły się obywa silniki.

Według oficjalnych ustaleń PKBWL, silniki zgasły najprawdopodobniej dlatego,
że pilot nie włączył instalacji przeciwoblodzeniowej.

"Nawet wyłączenie się obydwu silników (...) wcale nie musi prowadzić do
wypadku, bo wtedy pilot podejmuje takie kroki, które powinny doprowadzić go
do uratowania siebie i maszyny. W tym wypadku zaważył brak nart na kołach. To
co skazało pilota na konieczność kontynuowania lotu do bazy w Zakopanem to
właśnie był brak nart. Gdyby te narty były, to prawdopodobnie pilot miałby do
wyboru w okolicy dużo miejsc do bezpiecznego lądowania (...) i do wypadku
prawdopodobnie by nie doszło" - argumentował Żurkowski przed sądem.

Podczas rozprawy nie dochodzono, w czyjej gestii leżało zaopatrzenie maszyny
w płozy. Śmigłowiec "Sokół", należący do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego, w czasie, gdy doszło do wypadku, był dzierżawiony przez Lotnicze
Pogotowie Ratunkowe.

Przewodniczący PKBWL zwrócił ponadto uwagę na fakt sztucznego zaniżenia w
dokumentacji tzw. masy startowej śmigłowca, aby zgodnie z przepisami mógł być
pilotowany przez jedną, a nie dwie osoby i z mniej kosztownym
oprzyrządowaniem. Dzięki temu obniżono koszty eksploatacji "Sokoła".

"Ten czysto administracyjny zabieg wcale nie zmniejszył pracochłonności
obowiązków pilota w kabinie podczas lotu. Nie można się w tym doszukać
żadnego uchybienia formalnego, bo wszystko zostało przeprowadzone w zgodzie z
przepisami, ale w konsekwencji tego zabiegu obniżono bezpieczeństwo lotu" -
przekonywał Żurkowski.

Dodał, że - według komisji - śmigłowce wylatujące do akcji ratunkowych w
Tatrach ze względu na trudne warunki i pogodę powinny być pilotowane przez
dwie osoby.

PKBWL uznała oficjalnie, że najprawdopodobniej przyczyną zatrzymania się
obydwu silników "Sokoła" było oblodzenie wlotów powietrza, zassanie tam
śniegu lub obydwa te zjawiska jednocześnie. Stanisław Żurkowski nie potrafił
jednak wykluczyć przed sądem, że zgaśnięcie pierwszego silnika mogło nastąpić
na skutek zjawiska tzw. pompażu, czyli chwilowego odwrócenia się kierunku
przepływu powietrza w sprężarce. Na wystąpienie zjawiska "pompażu" pilot nie
ma żadnego wpływu. Według tej hipotezy dopiero drugi silnik mógł wyłączyć się
na skutek zalodzenia lub zaśnieżenia.

Przewodniczący PKBWL, odpowiadając na pytania sądu i obrony, powiedział, że
efekty prac komisji są niepodważalne i mają charakter ostatecznego
rozstrzygnięcia.

"Zdaję sobie sprawę, że uprawnienia komisji są oszałamiające (...) Przepisy
zakładają, że my się nie mylimy, bez względu na to, jak to groźnie brzmi" -
powiedział Żurkowski.

Obrona uznała, że taka opinia nie może być jedyną rozstrzygającą w procesie.

"Od uchwały komisji nie ma żadnej drogi odwoławczej, ta opinia jest wyrokiem,
nie może jej zmienić nikt. Nie może być tak, że komisja jest nieomylna i nie
można zakwestionować jej ustaleń, bo nie ma możliwości odwołania" -
powiedział dziennikarzom mecenas Zbigniew Ćwiąkalski.

W związku z tym drugą opinię przygotuje powołany na wniosek obrony biegły
sądowy w zakresie lotnictwa, ekspertyz i badania wypadków lotniczych, inż.
Marian Sławiński ze Świdnika.

Do wypadku "Sokoła" w Murzasichlu doszło pod koniec stycznia 2003 r., podczas
transportu ratowników na lawinisko pod Rysami, gdzie lawina porwała grupę
licealistów z Tychów. Podczas awaryjnego lądowania maszyny nikt nie
ucierpiał. Koszt naprawy rozbitego "Sokoła" wyniesie około 5 mln zł.
Pełna wersja