say69mat
14.02.11, 14:33
... czyli, szukam adresu internetowego/linku dla tego artykułu z GW
Amerykanie biorą Ghazni
Żołnierze USA przejmują od Polaków kolejny dystrykt i bazę w afgańskiej prowincji Ghazni. Wzmacniają lokalne władze i budują szkoły tam, gdzie nasi żołnierze bali się zapuszczać. Pomagają im w tym pieniądze na przekupywanie talibów i zwykłych bandytów
Amerykańskie wojsko ze 101. Dywizji Powietrznodesantowej weszło do Ghazni jesienią zeszłego roku. 700 żołnierzy wzmocniło siły w prowincji, za której bezpieczeństwo odpowiadają od 2008 r. Polacy. Żołnierze USA przejęli najtrudniejsze dystrykty prowincji Andar i Dejak wraz z dwoma tamtejszymi bazami, a teraz przejmuj ą Giro i bazę o tej samej nazwie. Nasze wojska skupione zostały tylko w dwóch bazach - Ghazni i Warrior - położonych wzdłuż tzw. autostrady nr l-najważniejszej drogi w Afganistanie prowadzącej z Kabulu do Kandaharu. Głównym zadaniem Polaków jest dziś dbanie o bezpieczeństwo na tej trasie.
- W Ghazni jest już 1,2 tyś. amerykańskich żołnierzy [naszych jest 2,6 tyś.] i tylu najprawdopodobniej zostanie - mówi nam wysokiej rangi oficer w polskim dowództwie. Nasi dowódcy przyznają, że taktyka wojsk USA w Ghazni jest zupełnie inna od polskiej. - Nie prowadzą wielkich operacji, bo o nich szybko dowiadywali się talibowie i mieli czas na ucieczkę - mówi nasz informator w polskim dowództwie. - Amerykanie nie siedzą jednak w bazach, ich żołnierze są wciąż na patrolach - pieszo po wioskach, gdzie rozmawiają z ludźmi i łapią kontakty. Kiedy trzeba, atakują.
W ten sposób, jak się dowiedzieliśmy, wojskom USA udało się zaprowadzić względny porządek w dystrykcie Andar, gdzie polskie wojsko nie chciało się nawet często zapuszczać. Nasi żołnierze opowiadają, że w rym dystrykcie zamieszkanym przez Pasztunów (to oni głównie zasilają szeregi talibów) podczas patrolu wręcz fizycznie czuli wrogość każdego mieszkańca. Polacy nie wysiadali więc właściwie z opancerzonych pojazdów. Dlatego operacje w Andarze, kiedy za ten dystrykt odpowiadali Polacy, przeprowadzali właściwie tylko komandosi GROM.
-A Amerykanie nie ukrywają, że chcą pokazać, iż można sobie tam dać radę - mówi nasz rozmówca. - Zasypują nas informacjami o swoich sukcesach, którym trudno zaprzeczyć - np. o otwarciu szkoły w dystrykcie Andar, co nasze wojsko uważało do tej pory za rzecz niemożliwą.
Szkołę dla chłopców w Andarze Amerykanie odbudowali, otworzyli i działa ona nadal dzięki temu, że zaangażował się w to gubernator prowincji Musa Chan, także Pasztun. Za jego pośrednictwem lokalni talibowie dostali pieniądze, aby nie niszczyć szkoły. To jeden z nowych elementów taktyki dowódcy wojsk zachodniej koalicji gen. Davida Petraeusa polegającej na przeciąganiu rebeliantów pieniędzmi czy stanowiskami na stronę sił zachodniej koalicji lub kupowaniu sobie ich neutralności sprawdzonej przez niego w Iraku.
Niektórzy z naszych dowódców są wściekli. Kolejne odtrąbione sukcesy Amerykanów odbierają nawet jako policzek i wysłanie sygnału, że Polacy nie dawali sobie rady w Ghazni
Wielu wieśniaków walczy bowiem w szeregach talibów z biedy (w niektórych regionach Afganistanu bezrobocie sięga 75 proc.), często pod talibów podszywają się też zwykli bandyci okradający lub pobierający pieniądze za przepuszczanie ciężarówek na autostradzie nr 1.
Amerykanie mają też śmigłowce, których brakuje Polakom - bez nich w pozbawionym dróg, górzystym terenie nie da się skutecznie prowadzić działaŃ zbrojnych. Dysponują też najnowocześniejszą technologią - właśnie zaczynają montować w wioskach system monitoringu. Umocnili także siedzibę szefa dystryktu Andar, aby pokazać, że działa tam legalna władza.
- Amerykanie traktowali Ghazni jak wrzód, bo gdy przeganiali przeciwnika z sąsiednich prowincji, ten znajdował bezpieczne schronienie właśnie w Ghazni - przyznaje inny z polskich dowódców.
I choć formalnie żołnierze USA znaj-dują się w Ghazni pod polskim dowództwem, to faktycznie podlegają swojemu dowództwu w bazie Szaran - w sąsiedniej prowincji Paktika. Amerykanie są więc bardzo samodzielni, a nasze dowodzenie polega na tym, że zatwierdzamy operacje, które przygotowują. - Faktycznie dowodzi ten, kto ma zaplecze logistyczne i jest w stanie przeprowadzić konkretną operację. Z tej perspektywy dowodzimy wojskami USA w Ghazni tylko na papierze - nie kryje nasz rozmówca w polskim dowództwie.
Jak nieoficjalnie mówi się w polskim MON - niektórzy z naszych dowódców są wściekli. Kolejne odtrąbiane sukcesy Amerykanów odbierają nawet jako policzek i wysłanie sygnału, że Polacy nie dawali sobie rady w Ghazni.
- Amerykanie rzeczywiście weszli do prowincji z wojskiem i pieniędzmi, ale nie gloryfikowałbym ich działalności i tego, że mówią, iż są zbawcami Ghazni - mówi mjr Mirosław Ochyra, rzecznik polskiego Dowództwa Operacyjnego. - My też w innych dystryktach zbudowaliśmy szkołę i przedszkole, organizujemy pomoc humanitarną i mamy przewagę nad przeciwnikiem. Wszystko, co dzieje się w Ghazni, to efekt działalności koalicyjnej.
W ostatnich dniach w dystrykcie Mokur polscy żołnierze otoczyli wioskę, w której, jak ustalił kontrwywiad wojskowy, ukrywają się talibowie. W strzelaninie Polacy zabili dwóch rebeliantów, w tym komendanta lokalnego ugrupowania talibów odpowiedzialnego m.in. za organizowanie ostrzałów polskich baz. Także w ostatnich dniach w czasie nocnej operacji żołnierze polskich wojsk specjalnych złapali ważnego taliba, poszukiwanego przez siły koalicyjne.
Podobną taktykę przejmowania najtrudniejszych zadań Amerykanie stosują wobec innych koalicjantów, pod koniec zeszłego roku zluzowali np. w prowincji Helmand Brytyjczyków. Z opublikowanych przez portal Wikileaks tajnych depesz dyplomatów USA wynikało, że Amerykanie i miejscowe afgańskie władze uznały, iż Brytyjczycy kompletnie nie radzą sobie z utrzymaniem bezpieczeństwa w Helmandzie.
Marcin Górka