windows3.1
06.04.13, 18:53
UWAGI OGÓLNE O WYDANIU ORYGINALNYM I POLSKIM
Książka jest rozszerzoną wersją pracy doktorskiej autora i oczywiście w chwili wydania, w roku 1987, nie była przeznaczona dla polskiego czytelnika. Citino miał nawet prawo wątplić, czy polski czytelnik w ogóle kiedykolwiek ją przeczyta, choćby i za 100 lat, mógł więc pozwolić sobie na pewną, powiedziałbym, brutalną obcesowość w traktowaniu Polaków. Wszystko to doskonale widać w wydaniu z roku 2012, które zdaje się (na szczęście?) nie wprowadza większych zmian do oryginalnej edycji. Nie dziwię się autorowi, że był lekko zaambarasowany, kiedy polski wydawca zaproponował mu polską edycję. Skończyło się na osobnej przedmowie do polskiego wydania, w której m.in. robi interesującą uwagę, że „to co jest obiektywną prawdą, najczęściej jest mniej istotne od tego, co ludzie postrzegają jako prawdę” (s. 9). Czyżby było to przeznaczony dla polskiego czytelnika zastrzeżenie co do wcześniejszej bezkrytyczności wobec niemieckich raportów o WP, za którymi Citino bez specjalnych zastrzeżeń powtarza rozmaite dyrdymały?
W tejże przedmowie owo, powiedziałbym, zakłopotanie Citino, widać również w użytej terminologii. Posługuje się określeniami, które wyraźnie przywołał tylko na cześć polskiego czytelnika, bowiem w samej pracy używa zupełnie innych. I tak np. pisząc do Polaków mówi więc o „dużych połaciach terenów należących wcześniej do Rzeszy” (s. 8), podczas gdy pisząc do czytelnika anglojęzycznego bez bawienia się w wyważanie pisze o „krzywdzie Niemiec”, np. w postaci oddzielenia od Rzeszy Prus Wschodnich (s. 91). Na tej samej zasadzie dopiero w napisanej w 2010 roku przedmowie zauważa, że Wielkopolska była etnicznie polska, bo w 1984 roku w ani jednym miejscu książki nie zająknął się, że na jakichkolwiek terenach przejętych przez II RP po Rzeszy Polacy stanowili większość. Podobnie np. pisząc o powstaniach ślaskich zauważa, że „przeciwnikiem sił polskich była pstrokata zbieranina niemieckich formacji nieregularnych” (s. 140) nie racząc wspomnieć, że owe „siły polskie” były jeszcze bardziej pstrokatą zbieraniną, i to nie żadnych formacji, bo takich nie było, ile po prostu zbieraniną facetów z gwintówkami.
Wydarzenia z najnowszej historii Polski widziane anglosaskim okiem historyka (ale nie historyka polonofila, jak Davies) nie wyglądają zbyt miło. Odrodzenie Polski po Wielkiej Wojnie przedstawione jest mniej więcej tak: Niemcy postanowili stworzyć satelickie państewko, więc wydali akt 16. listopada i stworzyli kraik z Radą Regencyjną na czele; potem był chaos i rozpad mocarstw, a po władzę w owym kraiku sięgnął Piłsudski; dalej Francja wymusiła doklejenie do tego kraiku terenów wyrwanych sąsiadom (ss. 28-31). W ogóle powersalska Polska była takim tworem Francji (s. 32). Dmowski na konferencji pokojowej wyrządził sprawie polskiej więcej szkody niż pożytku, nieustannie domagając się więcej i więcej (s. 31), a powstania śląskie były próbą zmarginalizowania wyników plebiscytu i postawienia aliantów przed faktem dokonanym (s. 140). Żołnierze polscy odcięci w 1920 przez bolszewików i internowani w Prusach Wschodnich byli „zdemoralizowani” (s. 47) i tak dalej i tak dalej. Fakt, w tych passusach jest nieco prawdy, ale warto o nich pamiętać po pierwsze dlatego, że powielają chyba typowe na Zachodzie poglądy, a po drugie że mogą świadczyć o nastawieniu samego Citino do niemiecko-polskiej historii i mieć potem znaczenie dla oceny jego wniosków końcowych. Dotyczy to również historycznych uogólnień, za które bierze się czasem autor i produkuje uproszczenia na skalę żywcem wziętą z jakiegoś internetowego forum. I tak np. traktat wersalski traktowany jest jako francuski dyktat narzucony Europie (s. 23), a jego stronniczy i niesprawiedliwy charakter, wyrażający się w narzuconych Niemcom warunkach, wywołal wrogość między Niemcami a Polakami (sic! s. 30).
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Citino patrzy przez niemieckie okulary już przy analizie uwarunkowań geograficznych konfliktu polsko-niemieckiego. I tak autor zwraca uwagę, jak bardzo traktat wersalski utrudnił obronę wschodnich granic Niemiec (s. 90), przy czym kilkakrotnie wskazuje fakt, że Niemcy były otoczone (s. 89). Prawdę powiedziawszy nie jestem wcale pewien, czy obrona wschodnich granic z 1914 była łatwiejsza niż w 1924, a co do granicy niemiecko-polskiej to większość Polaków uzna zapewne, że to raczej Polska była otaczana przez Niemcy, a nie odwrotnie (w 1939 przekraczające granicę jednostki niemieckie znalazły się od razu na przedmieściach Suwałk i Krosna). Wskazuje na płytki charakter niemieckiej przestrzeni operacyjnej na wschodzie i zwraca kilkakrotnie uwagę, że Berlin dzieliło od polskiej granicy tylko 165 kilometrów (s. 91), ale nie zająknął się o tym, że Warszawę dzieliło od granicy niemieckiej tylko 110 kilometrów, i że mniej więcej tak samo blisko jak Polacy mieli do Wrocławia, Niemcy mieli do Poznania, Krakowa i Łodzi, a Górnym Śląsku nawet nie wspominając. Bez żadnego komentarza Citino pozostawia absurdalną niemiecką uwagę, że traktat wersalski zredukował Prusy Wschodnie do „czegoś w rodzaju kolonii Polski” (s. 92). Wielokrotnie wspomina też o tym, że na skutek ukształtowania granic niemieckie ośrodki przemysłowe na wschodzie, z Berlinem włącznie, były narażone na bezpośrednie ataki polskiego lotnictwa (s. 93), przy czym ani razu nie wyjaśnia, że polskie lotnictwo praktycznie nie istniało, nie mówiąc już o lotnictwie zdolnym przeprowadzać ataki bombowe (chociaż sam wymawia polskiej prasie, że traktując fortyfikacje królewieckie jako bazę wypadową dla armii polowych, prasa owa „nie raczy nadmienić” że Niemcy armii polowej nie miały, s. 128).
Niektóre akapity, pisane dla anglosaskiego czytelnika który z trudem lokuje Polskę gdzieś w Europie albo może i w Azji, brzmią dla czytelnika polskiego całkiem zabawnie, np. że „główną rzeką Polski jest Wisła i ten stan rzeczy nie ulegał zmianie bez względu na położenie granic Polski” (s. 84), że „sama Polska stanowi lądowy pomost między równinami północnych Niemiec a bagnistymi terenami Białorusi” (s. 83), że Warta „spływa z gór niedaleko Częstochowy” (s. 84), że „serce polskiego życia gospodarczego” leży w kwadracie Bydgoszcz – Łódź – Lublin – Białystok” (s. 83-84) albo że Wielkopolska jest „słabo zaludniona” (s. 91) – tak zabawnie, że aż się nie chce prostować i uściślać.
Co do polskiego wydania to trzeba dodać, że bardzo sensownie rozwiązano w nim kwestię onomastyki. Miejscowości określane są za pomocą nazw właściwych dla omawianego okresu, czyli leżące na terenie Rzeszy po niemiecku (np. Neidenburg, nie Nidzica), a na terenie Polski po polsku. Wyjątkiem są tylko wielkie miasta (Wrocław, Szczecin), których nazwy podano w transkrypcji polskiej. Natomiast jestem ciekaw, jak ten problem rozwiązano w oryginalnej pracy – podejrzewam, że wszystkie miejscowości hurtem podano w wersji niemieckiej, nie tylko jakiś tam Soldau czy Thorn, ale może również Krakau i Warschau (a nie Cracow i Warsaw). Wydanie polskie zawiera też szereg specjalnie do niego przygotowanych mapek, obrazujących przebieg niemieckich manewrów (tym ciekawszych, że odbytych głównie na terenie dzisiejszych Mazur). Trzeba też pochwalić tłumacza za dobrą robotę i wydawcę za indeks miejsc i bardzo dobrą szatę graficzną, zwłaszcza że dodał na własną rękę kilka zdjęć z epoki (aż prosiłoby się o więcej, choćby o zdjęcia głównych bohaterów, von Seeckta i Groenera). Natomiast duży minus to brak indeksu osób – poniżej m.in. dlaczego. Co do szaty graficznej: niestety wybitnie nieszczęśliwa jest okładka, na której polska szabla wbita jest w godło… Republiki Federalnej Niemiec! Wreszcie, dość wątpliwą praktyką wydaje mi się opatrywanie pracy jakiegoś autora przypisami, zawierającymi „poprawki” redakcji (np. s. 107). Rzeczą wydawcy jest dobrze wydać p