alef_35
12.02.05, 18:11
Zdobycie Paryża
Przez Paryż, wieś pod Pokojem, obce wojska przeszły dwa razy. Najpierw - 200
lat temu - przemaszerowali napoleońscy żołnierze. Zostawili wsi światową
nazwę, tęsknotę do lepszego świata i kilka z francuska brzmiących nazwisk...
Drugi przemarsz nie był tak łaskawy. W niedzielę 21 stycznia 1945 roku około
godziny 17 do Paryża - wsi na prawym brzegu Odry - wkroczyli rosyjscy
sołdaci. Nie zostali długo, zaledwie kilkanaście godzin, ale to wystarczyło,
żeby wieś nie pozbierała się już nigdy. Gwałty, spalone domy i trupy. Od kul
z rosyjskich pepesz we wsi, gdzie było 37 domów, zginęło 32 ludzi...
Elżbieta Radziej, Gerard Hyla i Alojzy Rudek to żyjący świadkowie wydarzeń
sprzed 60. lat.
W Paryżu nie było wtedy młodszych mężczyzn, o nich upomniała się już dawno
III Rzesza.
- Niejeden płakał jak dziecko, jak go Wehrmacht wzywał - mówią Alojzy i
Gerard. - Co za interes miał mój ojciec pchać się po śmierć na wschód, a
niejeden młody swoją śmierć przeczuwał...
Wyjątkowo w domu był młody Wieczorek. Mundur gefreitra zdążył głęboko
schować, zanim sołtys Jan Hyla (dziadek 8-letniego wtedy Gerarda Hyli) przez
wieś pozbawioną radia i prądu przejechał rowerem i przez tubę krzyczał: - Rus
nadciąga!
Zapadał styczniowy mroźny zmierzch. Pod nogami skrzypiał śnieg. Do wsi
pierwsi weszli zwiadowcy. Coraz częściej i bliżej słychać było odgłosy
strzałów.
Dzieci zaczęły krzyczeć...
Tragedia Paryża rozegrała się kilka godzin później, w poniedziałkowy poranek.
- Staruszka Maria Medelnik wracała właśnie z kościoła - opowiada Gerard
Hyla. - Kiedy przechodziła obok domu Franciszka Rudka, usłyszała przeraźliwy
krzyk dzieci.
Ich matkę w zaawansowanej ciąży sołdaci rozciągnęli na podwórku i jeden po
drugim gwałcili. Po wszystkim oddali do kobiety kilka strzałów z pepeszy. Jej
7-letnia córka uciekła do stodoły, zakopała się w sieczce.
- Strzelali do niej z góry - kontynuuje Hyla. - Na sieczce pozostała plama
krwi, kiedy mój dziadek z innymi mężczyznami zbierał na żeleźniok ciała
pomordowanych ludzi we wsi.
Troje z czworga dzieci od Rudka Józef Hyla znalazł zastrzelonych w domu. A
Franciszka Rudka, ich ojca, Rosjanie żywcem nadziali na widły. Potem patrzyli
jak kona...
Matka 8-letniego Gerarda zostawiła dom, gospodarstwo, nie zważając na
grabieżców, i przeniosła się do teścia - starego Hyli, na koniec Paryża.
- Zaraz w poniedziałek w naszym domu zastrzelili naszą sąsiadkę - wspomina
Hyla. - Wujek schronił się pod łóżkiem w kuchni, strzelali do niego z góry. W
środkowym pokoju zastrzelili kuzynkę. Siostra starego Hyli zaczęła uciekać,
to strzelili jej w plecy.
8-letni Gerard zapamięta na zawsze twarze zabitych, kiedy dziadek wciągał ich
na wóz.
Po chwili Rosjanie byli już w sąsiednim gospodarstwie. - Przeżyła ino
Szubertka, bo schowała się za drzwi i nikt jej nie zobaczył - relacjonuje
Alojzy Rudek. - U Szuberta zabili dziadka i synową z czwórką małych dzieci.
Naprzeciwko Hyli mieszkała samotna kobieta, wołali ją Mańczyna.
- Nie oszczędzili Mańcynej, od niej polecieli dalej i w następnym obejściu
zabili siedem osób - Alojzy i Gerard na zmianę ciągną opowieść.
Z masakry w tym domu ocalały dwie kobiety - po pierwszych strzałach padły
przerażone na ziemię, potem dostały nadludzkiej siły i wyszarpały okno, tak
uciekły... Jedna z nich odrętwiała z rozpaczy i przerażenia biegła przez
wieś, niosąc na rękach swoje nieżyjące już dziecko. Z tego domu wypełznął
oknem kaleka. Dzisiaj już nikt nie wie, czy Ruscy go na podwórku dobili czy
skonał z wycieńczenia.
Wieś płonęła
jak pochodnia
Kobiety, które przeżyły masakrę, wpadły do starego Hyli. Tam siedzieli już
Rosjanie.
- Wpierali nam, że to niemożliwe, że Ruski nie potrafiłby zabić dziecka -
relacjonuje Gerard Hyla. - Mówili, że od zabijania dzieci są tylko Giermańcy.
- W poniedziałek zastrzelili też syna Wieczorka - dodaje Elżbieta Radziej. -
Tego, co był na przepustce. Zaraz potem podpalili stodołę, bo tam się ukrył.
Wieś płonęła jak pochodnia. W lesie chował się z matką i innymi kobietami 13-
letni wtedy Alojzy Rudek. Patrzył, jak pali się jego dom.
- Ludzie mówili, że to zemsta Ruskich za małą wojnę na skraju lasu - mówi
Alojzy Rudek.
Tydzień wcześniej, 15 stycznia, Alojz, uczeń przedostatniej klasy szkoły
podstawowej w pobliskiej Kuźnicy, od nauczyciela usłyszał, że nadciąga front.
Ze ściany zdjęli portret füehrera a potem rozeszli się do domów.
Mała wojna, o której mówi Alojzy, rozegrała się w nocy z 21 na 22 stycznia.
- Niemcy zaatakowali Rusów - wyjaśnia Alojzy Rudek. - To było gdzieś przy
szosie, jak się jedzie do Domaradza. Tam też porzucili działo. Ale wcześniej
ustrzelili z niego kilku sołdatów.
Niemcy rozpierzchli się po okolicy. Dziewięciu z nich ukryło się w
opuszczonym budynku. Znaleźli ich Rosjanie.
- Wyprowadzili pod dom Hyli, postawili pod płotem - opowiada Alojzy. - To był
ich koniec.
Chłopcy
zdążyli się przeżegnać
Ludzie mówili, że rozstrzelani byli żołnierzami generała Własowa, który z
całą swoją dywizją czerwonoarmistów zdezerterował do niemieckiej armii.
Mieszkańcy Paryża wiedzieli, że dla Rosjan byli już tylko wrogami:
Germańcami. Ten podział był prosty i zrozumiały - dlatego nie mogli
zrozumieć, że sołdaci nie oszczędzili Wicka, Ignaca i Bronka, młodych Polaków
(sojuszników, z którymi parli na Berlin) spod Wielunia zesłanych na roboty do
Paryża.
- Ruscy w szopie ich przesłuchiwali - opowiada Gerard Hyla. - Patrzyłem przez
okno, jak sołdat pogonił ich przed siebie na wzgórze koło naszego domu.
Chłopcy zdążyli się przeżegnać, Ignac zdjął czapkę i ugniatał w ręce. Potem
Rus z pepeszy wypalił do nich serię. A na koniec podłożył im poduszkę pod
głowy...
W środę 24 stycznia Józef Hyla i inni ocaleli starsi mężczyźni zaczęli
ładować ciała na wóz. Razem z tymi, co mieli być od Własowa, naliczyli 41
zamordowanych.
- Z trupami na furze zajechali pod krzyż, co to za Napoleona te wojska miały
go w naszym Paryżu postawić - opowiada Gerard. - Tam zastanawiali się, co
dalej. Po dwóch dniach pojechali do Domaradzkiej Kuźni i pochowali wszystkich
na cmentarzu w jednej bezimiennej mogile.
Zabitych mogło być więcej, gdyby wieś nie opustoszała. Ludzie uciekali przed
frontem, jak wielu z prawej strony Odry. Tak zrobiła siostra 20-letniej wtedy
Elżbiety Radziej. Przerażona zabrała roczne dziecko i razem z innymi pędziła
przed siebie. W Pokoju Niemcy mieli przygotować punkt ewakuacyjny dla cywili.
Ale nic takiego tam nie było...
- Nie zdążyła ze sobą niczego zabrać - wspomina 80-letnia dziś Elżbieta. -
Wsiadłam na rower, powiesiłam bańkę z mlekiem, zapakowałam bochenek chleba
dla tego dziecka i pojechałam za nią.
Podmuch pierwszego wybuchu armatniego wystrzału przewrócił ją na ziemię.
Mleko się wylało, z chleba nic nie zostało. A w Pokoju siostry i nikogo z ich
wsi już nie było...
- Ona wróciła się do domu, tylko inną drogą - mówi Elżbieta Radziej. - To się
rozminęłyśmy. Przeżyła, ale o tym dowiedziałam się dopiero w maju.
20-letnia Elżbieta, kurczowo prowadząc swój rower, w Pokoju trafiła do
kolumny cywili i niemieckiego wojska, uciekających przed radziecką ofensywą.
Ona i kilka innych osób przeszli mostem na Odrze w okolicy Kuźni, zanim
niemieccy saperzy wysadzili go w powietrze. Obejrzała się, zobaczyła
fruwające w powietrzu kawałki konstrukcji. Przeszedł ją dreszcz: Boże, jak
wrócę do domu!
Na razie szła w odwrotnym kierunku. - Przez dwa tygodnie piechty, aż do
Jeleniej Góry, nie wiedziała, że będzie kopać okopy - mówi o sobie Elżbieta.
W Paryżu już nikt nie szukał Niemców, za to szukali zegarków, wódki, kobiet.
- We wsi ani jednej młodej nie było widać, wszystkie zgarbione, z
naciągniętymi na twarz chuścinami i dla niepoznaki sadzą umazane - wspomina
Alojzy.
Paryż już nigdy się nie odrodził - nie odbudowano spalonych domów, a ci, co w
nich mieszkali i przeżyli masakrę, na zawsze op