windows3.1
05.07.03, 22:23
Zachęcony wątkiem o domniemanej zbrodni Maczkowców pod Falaise, kupiłem i
przeczytałem „Obywateli w mundurach. Od plaż Normandii do Berlina” Stephena
E. Ambrose. Jedna z lepszych rzeczy, jakie przeczytałem w tym roku, bodaj czy
nie najlepsza. Przede wszystkim z powodu podejścia autora do tematu.
Podejście stereotypowo amerykańskie, powiedziałbym. Po pierwsze: sama
empiria, zero spekulacji; książka oparta jest na gigantycznej liczbie
wywiadów z kombatantami. Po drugie: pisane z pozycji tabula rasa, jakby autor
nie przeczytał nic wcześniej, bo absolutnie nie krępuje się wcześnejszym
dorobkiem historiografii.
Czego nowego się dowiedziałem? Kilku rzeczy.
Po pierwsze, jak fatalnie działał amerykański system szkoleń i uzupełnień. O
ile pierwsza fala, która wylądowała w Normandii i wkrótce potem, była dobrze
przygotowana do walki, o tyle wygląda na to, że szkolenie uzupełnień było
najgorsze z możliwych (no, oczywiście poza szkoleniem rekruta w Armii
Czerwonej). Ambrose podaje całkowicie mrożące krew w żyłach informacje, m.in.
o tym, że często gęsto przybywający do jednostek frontowych rekruci nie tylko
nie przeszli szkolenia z taktyki działań piechoty, nie tylko nie przeszli
ćwiczeń strzeleckich, ale nawet nie mieli w ręku broni! Przybywszy na linię
frontu zachowywali się jak dzieci, a ich bardziej doświadczeni koledzy,
zamiast im pomóc i poradzić, czekali tylko ilu zginie w pierwszych godzinach
walki. Powyższe dotyczy również oficerów; rozbrajająca jest anegdota o
świeżym poruczniku, który dostał zadanie zdobycia jakiegoś domu. Nie
zaatakował z frontu, nie zaatakował z flanki, nie podkopał się, tylko...
podszedł i zapukał do drzwi!
Po drugie, jak marnie oceniali Amerykanie wyszkolenie Niemców. Parokrotnie
przewijają się przez książkę epizody o całkowicie amatorsko przeprowadzanych
niemieckich atakach, zarówno podczas odwrotów przez Francję i Belgię, jak
podczas rzekomo długotrwale przygotowywanej i przeprowadzonej przy użyciu
specjalnych sił ofensywy w Ardenach. Tego typu oceny trudno mi zrozumieć z
dwu powodów. Po pierwsze, bo były to opinie Amerykanów, samych kiepsko
wyszkolonych. Po drugie, bo na froncie wschodnim powszechne były opinie o
profesjonalnie i z zimną, choć straceńczą precyzją przeprowadzanych manewrach
niemieckich jednostek i oddziałów, grożących silniejszemu przeciwnikowi
zniszczeniem nawet w ostatnich tygodniach wojny.
Po trzecie, że istniało takie coś jak bitwa w Hurtgen Wald i że ta bitwa była
jednym z najmakabryczniejszych dla zachodnich aliantów epizodem wojny.
Po czwarte, że na przełomie lata i jesieni 1944 aliantom zachodnim zaczęło
brakować... paliwa! Owszem, wiedziałem że zdobycie portów było obsesją
Eisenhowera i że do czasu zajęcia i udrożnienia Antwerpii dostawy odbywały
się przez porty rybackie i tymczasowe przystanie, ale nie przypuszczałem że
doprowadziło to do kryzysu paliwowego w wojskach lądowych. Z narracji
Ambrose’a wynika nawet, że braki te były jednym z powodów wygaśnięcia tak
wspaniale się zapowiadającego sierpniowo-wrześniowego pościgu przez Francję i
Belgię.
Po piąte, że Niemcy wspominali Falaise jako kompletny chaos. Z wszystkich
moich poprzednich lektur wynikało, że Kluge i jego sztab pracowali jak
precyzyjna maszyna, przez pięć kluczowych dni co do godziny kierując
ewakuacją poszczególnych jednostek z zacieśniającego się worka, obliczając
czasy przemarszów, organizując ruch na drogach, wymieniając jednostki
powstrzymujące aliantów i te wycofujące się. Ale być może z perspektywy
gefreitera wojna zawsze wygląda jak niekontrolowany przez nikogo cyklon, i
nic nie można na to poradzić.
Po szóste, jak bardzo Amerykanie nie znosili Montgomery’ego. Sam Ambrose jest
aż denerwujący, nie omijając żadnej okazji aby przyłożyć Monty’emu. W książce
Monty to tchórz, asekurant, pozorant, a jednocześnie kłamczuch i chwalipięta.
Co prawda za swoje dostają też w ksiażce Ike, Bradley i Patton, ale przy
Montym wyglądają jak bogowie wojny.
No i na koniec nie mogę się oprzeć żeby nie podać dwu cytatów.
S. 387, o walkach w połowie marca 1945, na zachód od Renu: „Porucznik Jack
Hargrove przypomina sobie: ‘Tego dnia chłopcy zaczęli załamywać się
psychicznie, więc chodziłem od jednego do drugiego, ale to nie pomagało.
Musiałem odesłać na tyły piętnastu żołnierzy, którzy wybuchali płaczem. Potem
załamało się dwóch dowódców drużyn, jeden z nich bardzo poważnie’. 1 Armia
posuwała się na wschód na całej szerokości frontu. Niektóre dywizje Hodgesa
przemierzały po piętnaście kilometrów dziennie, czasem nawet więcej. Brali
tłumy jeńców”.
S. 340, o panujących w czasie walk w Ardenach strasznych mrozach: „Major
Harris ma ciągle żywo w pamięci obrazek ze stycznia 1945, jak grupka
żołnierzy tuliła się do gorących kamiennych ścian płonącego dom, gdy
tymczasem z jego dachu i okien buchały płomienie. Nie próbowali ukryć się
przed Niemcami; chcieli tylko, żeby przynajmniej przez dwie lub trzy minuty
było im ciepło”. Dlaczego? Bo „Nocami temperatura spadała do minus dwunastu
stopni Celsjusza i niżej”.