Wojna polsko-japonska

IP: 216.127.82.* 06.11.03, 19:27
8 grudnia 1941 roku Polska oficjalnie wypowiedziala wojne Japonii ,czy w
czasie II WS doszlo do jakiegos starcia miedzy nami a Japonczykami?
    • wielki_czarownik Tak 06.11.03, 19:30
      Kilku pilotów walczyło (chyba już po 8.V.45) z Japończykami. Chyba Urbasiewicz między innymi.
      • Gość: DSD Re: Tak IP: 212.33.88.* 06.11.03, 19:38
        Chyba raczej Urbanowicz i chyba jeszcze przed 1945? Pamiętam czytaną książkę jego autorstwa.
        No i 'Sobieski', w 1942 chyba brał udział w desancie na Madagaskarze, a w 1945 też chyba dotarł
        na Daleki Wschód (dużo tych 'chyba' bo to wiadomości pamiętane z dawnych czasów).
        • marcus_crassus chyba:) 06.11.03, 19:41
          zdecydowanie Urbanowicz ;)),bodajze walczyl na P-40 i o ile sie nie myle
          stracil na nim 2 mysliwce japonskie.
          • michalgajzler Re: chyba:) 19.11.03, 20:52
            marcus_crassus napisał:

            > zdecydowanie Urbanowicz ;)),bodajze walczyl na P-40 i o ile sie nie myle
            > stracil na nim 2 mysliwce japonskie.

            A miało to miejsce 11.XII. 1943 w okolicach japońskiego lotniska w Nanczang.
            ("Latające Tygrysy")
        • Gość: Lupac Re: Tak IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 06.11.03, 19:45
          Urbanowicz walczył w amerykańskiej jednostce w Chinach i chyba nawet kilku
          zestrzelił.Sobieski brał udział w desancie na Madagaskar , a 2 inne nasze
          transportowce-pasażery Kościuszko i Pułaski (co za zbieg okoliczności) pływały
          na Oceanie Indyjskim transportując żołnierzy z Australii do Birmy i
          Indii.Kościuszko został uszkodzony japońską torpedą (niestety nie mam
          informacji o stratach w załodze).
        • Gość: Q 107 Re: Tak IP: 216.127.82.* 06.11.03, 19:45
          Faktycznie Urbanowicz w 1943 roku bil sie z Japonczykami w Chinach (Latajace
          Tygrysy)tyle ze w mundurze amerykanskiego pilota
      • Gość: Wesoł Re: Tak IP: *.hrubieszow.sdi.tpnet.pl 28.11.03, 13:42
        Wojna z japonią oznaczała by w dzisiejszych czasach zniszczenie
        totalne "małej" Polski.Tak rozwinięty gospodarczo kraj jak japonia był by
        wstanie do opanowania całej polski.Wspomne o ogromnym zaawansowaniu japonii
        prawie pod każdym względem.
    • being28 Urbanowicz 06.11.03, 20:01
      Text ze strony:

      www.modelarstwo.org.pl

      http://www.modelarstwo.org.pl/lotnicze/dokumentacja/piloci/urbanowicz/index.htm
      l

      Otwiera sie wolno wiec skopiowalem:

      Walki nad Anglią trwają do Października, po czym sztabowcom udaje się odsunąć
      Urbanowicza od dowództwa dywizjonu i przykuć do biurka w sztabie, ale ponownie
      ingerują Anglicy a ponieważ koncept walki skrzydłami a nie pojedyńczymi
      dywizjonami zwyciężył w sztabach angielskich, stworzone zostaje pierwsze
      polskie skrzydło myśliwskie a na dowódcę zostaje mianowany nikt inny tylko
      dowódca 303 dywizjonu, rekordzisty Bitwy o Anglię pod względem zestrzeleń. To
      miało miejsce 15go Kwietnia. Dowódcą skrzydła był aż do 1 Czerwca a potem
      znowu zostal odsunięty od latania i wysłany do Stanów Zjednoczonych na serię
      odczytów do polonii amerykańskiej w celu naboru ochotników do walki z Niemcami
      (nota bene, polonia wcale się nie kwapiła do walki i bardzo niewielu ludzi się
      zgłosiło w tamtym okresie, co nie zmienia faktu że gdy Stany Zjednoczone
      przystąpiły od wojny to wówczas polonusy poszli w szeregi amerykańskie i
      wstydu nam nie przynieśli). Wykorzystuje ten czas na trening na wszystkich
      dostępnych amerykańskich maszynach a wiec P40, P38 i nawet Airacobra.

      W lecie 1942 powraca do Angli i zostaje przydzielony do szkolnictwa do 16
      Polskiej Szkoły Pilotażu Podstawowego. Nic dziwnego że nie jest zadowolony,
      stara się o przydział bojowy, niestety jego stopień (Wing Leader) w systemie
      RAF oznaczałby że musiałby zostać dowódcą przynajmniej skrzydła myśliwskiego a
      takiego awansu władze polskie sobie nie wyobrażają, dlatego Urbanowicz "gnije"
      na prowincji, ucząć młokosów do czego jest ster i lotki!. Nie marnuje jednak
      czasu, mało znanym elementem jego życiorysu jest fakt że przeszkala się na
      czteromotorowych maszynach bombowych jak Halifax i Liberator. A czemuż to?
      Otóż istniał już wtedy 138 dywizjon specjalnego przeznaczenia a w nim polska
      eskadra latająca na tychże właśnie maszynach do kraju, niebezpieczną drogą
      północną nad Morzem Północnym i Szwecją, po to aby partyzantom polskim zrzucać
      zaoptarzenie, broń, i przeszkolonych skoczków (na takie przeszkolenie też
      chciał się dostać ale osądzono że na to jest już za stary - 34 lata!). Tak
      więc uczył studentów a sam trenował kiedy mógł na czteromotorowych maszynach.
      Niestety znowu koleje losu rzuciły go za ocean do Waszyngtonu, gdzie objął
      pozycję attache lotniczego przy ambasadzie polskiej, pozycja właściwie
      symboliczna, chodziło głównie o pozbycie się go ze środowisk pilotów w Anglii.
      W Waszyngtonie znajduje się też jego żona, Jadwiga, jak się poznali i kiedy
      pobrali niestety nie wiem, Urbanowicz sfery prywatnej w swoich książkach w
      ogóle nie dotyka.

      Dziecinnym i lotniczym bohaterem Urbanowicza był Merian Cooper, amerykański
      ochotnik, który latał w polskim lotnictwie w czasie wojny bolszewickiej w 1920
      roku w sławnej eskadrze Kościuszkowskiej. Merian spotkał Urbanowicza po raz
      pierwszy w Londynie, w czasie Bitwy o Anglię, mają nawet wspólne zdjęcia.
      Znajomość Meriana pomogła potem Witoldowi w znaczny sposób.

      We wrześniu 1943 roku udaje mu się spotkać amerykańskiego generała Claire
      Channault, dowódcy sławnych "Latających Tygrysów" którzy w tym czasie byli już
      Amerykańską 23 Grupą Myśliwską. Po krótkiej rozmowie z Claire Channault
      zainstygowanej właśnie przez Coopera przekonuje Channaulta żeby go po prostu
      zabrał ze sobą do Chin. Claire oponuje ale każde z jego "ale" spotyka się z
      kontrargumentem. Ale my latamy na P40... nic nie szkodzi, przeszkoliłem się na
      nich w 1941 roku. Ale ty nie jesteś w Armii Amerykańskiej (wtedy lotnictwo nie
      było jeszcze niezależne) ...nic nie szkodzi jestem w lotnictwie polskim. Ale
      jak my ci będziemy płacić... sam sobie będę płacił. I tak przekonał w końcu
      Chennaulta, który puścił w ruch urzędową machinę, która dotarła aż do biurka
      dowódcy "Hap" Arnolda, dowódcy US Army Air Force w Pentagonie. Udaje mu się
      zaciągnąć do "tygrysów' i odbywa długą podróż przez Florydę, Brazylię, wyspę
      Wielkanocną, Saharę, i Indie. Po drodze opisuje swoje wrażenia, szokuje go
      bieda i niewzruszalność Anglików na biedę i śmierć na ulicach Indii. Czymże
      rózni się to od tego co dzieje się na polach bitew w Europie, Afryce i Azji?
      Chyba tylko tym że w Indiach jest to już częścią krajobrazu a w Europie ludzie
      cywilizowani już nauczyli się przejmować śmiercią. Poza tym śmierć zadana
      przez wroga jest traktowana przecież inaczej niż śmierć wywołana głodem i
      biedą, to jeszcze jedno z ciekawych spostrzeżeń Urbanowicza.

      Do Kunmingu, gdzie bazuje 23 Grupa Myśliwska przylatuje przez "Garb" czyli
      łańcuch Himalajów, amerykańską Dakotą. Chiny były wówczas całkowicie ocięte od
      mórz i oceanów i jedyna droga zaopatrzenia walczących "latających tygrysów"
      wiodła przez góry Himalaje. Dosłownie każdy gram zaopatrzenia był przerzucany
      transportowymi maszynami przez "garb" jak nazywano te góry pośród pilotów
      transportowych . Urbanowicz garb przeleciał chowając w długim oficerskim bucie
      małego pieska, zaadoptowanego w Indiach i nazwanego "wiercipięta" . Został on
      przemycony, gdyż legalnie każdy ładunek był skrzętnie kontrolowany
      przez "loadmaster" czyli człowieka, który decydował co leci a co zostaje.
      Niestety potem wiercipięta ginie w bombardowniu bazy amerykańskiej przez
      Japońskie bombowce.

      I tak to nasz bohater wylądował w Kunmingu w Chinach we Wrześniu 1943 roku, w
      stalowoszarym, polskim mundurze i z psem w bucie! Loty rozpoczął prawie od
      razu. Nie miał przydzielonego sobie samolotu, latał na czym się dało,
      najczęściej identyfikuje się go z P40N z białym lub żółtym numerze 188 na
      stateczniku. Biało czerwony kołpak mógł być sprawą przypadku raczej niż jego
      związek z polskim pilotem. Sam Urbanowicz nie przywiązuje dużej wagi do tego
      na jakiej maszynie latał i zwyciężał, nie notował tego w swoich książkach
      lotów, jedynie typ maszyny i numer ogona, stąd 188. Zachowało sie także
      zdjęcie rzędu P40N a pierwszy z nich ma właśnie 188 na ogonie, ponoć
      Urbanowicz pokazał kiedyś na to zdjęcie i powiedział "to moja maszyna" ale
      właściwie poza tym stwierdzeniem nie ma żadnych potwierdzeń że była mu
      wyłącznie przydzielona, może po prostu chodziło mu o to że na tej maszynie
      latał najczęściej.

      Na wspomnienia o Urbanowiczu natknąłem się przypadkiem "grzebiąc" między
      lotniczymi magazynami w jednym z Waszyngtońskich antykwariatów (uwielbiam te
      miejsca, cały dzień można tam spędzić). Po prostu przerzucałem nty magazyn z
      jednej kupy na drugą i natknąłem się na arykuł "One man Polish Air Force"
      czyli jednoosobowe, polskie lotnictwo. Artykuł był oczywiście o Urbanowiczu,
      wspominali piloci. Jego przylot wywołał już dużo sensacji, po prostu wysiadł w
      swoim "egzotycznym" mundurze z Dakoty, podszedl do pierwszego lepszego jeepa i
      powiedział "jestem Wing Commander Urbanowicz z Polskiego Lotnictwa, proszę
      mnie zawieźć do Generała Chennaulta". Latać zaczął już od razu a ponieważ
      Amerykanie nie bardzo wiedzieli co z nim począć po prostu dołączał do ich
      akcji jako dodatkowa maszyna. Podobno mimo iż jego angielski był wyśmienity
      (pamiętajmy że przed wojną, językiem "światowym" w Europie był Francuski i
      większość polskich oficerów znała tylko ten język, niemiłosirnie kalecząc
      angielski jak przyszło im latać w RAF. Urbanowicz angielski poznał jeszcze
      przed wojną i mówił bardzo poprawnie co wszyscy wspominają, stąd jedno z jego
      przezwisk: Mister) mało albo wcale nie mówił przez radio, czy to się brało z
      nadmiernej dyscypliny "radiowej" tak ważnej w czasie Bitwy o Anglię czy też po
      prostu z tego że nie chciał się mieszać do rozmów i plotek amerykańskich
      pilotow, znanych z gadatliwośći radiowej? W Grudniu 1943 roku starał się o
      przeniesienie do 75go dywizjonu myśliwskiego stacjonującego w Kweilin gdzie
      miał większą szansę na spotykanie japończyków w powietrzu. Wsiadając do Dakoty
      Urbanowicz został za
      • being28 Re: Urbanowicz 06.11.03, 20:03
        Ciag dalszy:

        Wsiadając do Dakoty Urbanowicz został zawołany przez mechanika, "Hej
        Urbanowicz jesteś ojcem!" uradowany potomkiem wsiadł do maszyny i poleciał. W
        Kweilin gdzie wylądował już wszystko wiedziano, więc spytano go -co się
        urodziło? - jak to co, odparł, dziecko! -Ale czy syn czy córka? -Nie wiem,
        odparł zmieszny Witold,nie zapytałem! Po szeregu telegramów na najwyższym
        dyplomatycznym szczeblu (w końcu był nadal attache lotniczym!) odpisano z
        Waszyngtonu że urodził mu się syn. Witold Urbanowicz junior urodził się w
        Waszyngtonie w Grudniu 1943 roku. Jest to jedyny syn państwa Urbanowiczów,
        urzekająco podobny do swojego ojca!

        W Kwailin Witold miał dużo wiecej okazji do walki z japończykami i już w
        połowie Grudnia zarejestrował swoje pierwsze dwa zwycięstwo, ponoć były to
        Zera, ale niewykluczone jest też że mogly być to myśliwce armijne Ki 43 Oscar,
        urzekająco podobne i często mylone z A6M2. Urbanowicz odniósł też wiele
        zwycięstw na ziemi, ostrzelając aż do zniszczenia japońskie myśliwce i
        bombowce. Wiele walk miało miejsce nad lotniskami wroga i zdarzało się że
        zestrzelona maszyna spadała jeszcze na lotnsko ale zaliczana była już jako
        zwycięstwo naziemne, dlatego że szpiedzy chińscy (używani do potwierdzania
        zwycięstw) tam właśnie ją znajdywali. Sam Urbanowicz utrzymuje swoje
        zwycięstwa na ponad dwadzieścia, ale w przeciwienstwie do wielu innych asów
        nie upiera się czy mu zaliczono tego czy tamtego, po prostu sam wie co
        osiągnął i to mu wystarczy i nie chce się zniżyć do "szarpania się" z
        historykami o to czy był czołowym polskim asem czy też nie, po prostu go to
        nie interesuje. W tym również mi imponuje, nie mogę zrozumiec asów, którzy za
        wszelką cenę wiele lat po wojnie domagaję się zaliczeń jakiegoś tam
        Messerschmitta czy Dorniera, komu to co da? czy coś zmieni? Parę miejsc w
        rankingu w tą czy inną stronę jest nieważne z historycznego punkty widzenia,
        zwycięzcą jest każdy komu udało się służyć ojczyźnie i przeżyć tą wojnę.

        W począkach 1944 roku mówiło się już o przygotowywaniu inwazji na kontynent
        Europejski i Witold koniecznie chciał brać udział w tej monumentalnej bitwie
        na czele polskiego skrzydła myśliwskiego. Niestety po powrocie do Angli znowu
        został przeniesiony do pracy sztabowej i odsunięty od aktywnego latania. Mimo
        to udało mu się pare razy polecieć na operacje bojowe z polskimi dywizjonami.
        W Anglii zastaje Witolda koniec wojny.
        • marcus_crassus cos sprawdze z tymi zwyciestwami... 06.11.03, 20:12
          pamietam ze byla o tym kiedys taka mala ksiazeczka ;))))

          ale chyba ktos przesadzil ze Urbanowicz utrzymywal ze bylo ich 20...

          zreszta zaraz moze poszukam i sprawdze jak to bylo...
          • being28 Re: cos sprawdze z tymi zwyciestwami... 06.11.03, 20:15
            Nie wiem czy sie sumuje zestrzelenie radzieckiego samolotu rozpoznawczego w
            1935roku...
      • michalgajzler Re: Urbanowicz 19.11.03, 21:02
        being28 napisał:


        >Nie miał przydzielonego sobie samolotu, latał na czym się dało,
        > najczęściej identyfikuje się go z P40N z białym lub żółtym numerze 188 na
        > stateczniku. Biało czerwony kołpak mógł być sprawą przypadku raczej niż jego
        > związek z polskim pilotem.

        Dokładniej tego że w 1943roku 74 i 75 dzywizjon zaczęły malować kołpaki swoich
        P-40. Na zdjęciach w "Rekinach nad Chinami" widać więcej samolotów z tak
        pomalowanymi kołpakami. (przyznaje że kolor raczej strzelam - zdjęcia są
        czarnobiałe;)
Pełna wersja