Gość: Pzl
IP: 213.77.80.*
17.12.03, 11:09
Wiedza, która łagodzi wstyd
Nowa angielska książka na temat Dywizjonu 303 pokazuje nadzwyczajną odwagę i
profesjonalizm polskich lotników. Dzięki takim publikacjom możemy oddać choć
drobną przysługę narodowi, który zdradziliśmy w czasie wojny - pisze
brytyjski recenzent Montagu Curzon.
MONTAGU CURZON
Polska znów jest ważnym sojusznikiem Zachodu, członkiem NATO; ma tysiące
żołnierzy w Iraku, po przejęciu z wielką pompą od Amerykanów pokojowej
kontroli nad sporą częścią tego kraju.
To zaskakujący obrót spraw dla pokolenia, któremu polskie wojsko kojarzy się
z oschłym generałem w ciemnych okularach, trzymającym w karbach ów niezbyt
słoneczny kraj, z dowódcą czołgu produkcji radzieckiej, gniewnie
spoglądającym ze swej wieżyczki, gnębiącym własny naród, a w konsekwencji
również nas. To oblicza Układu Warszawskiego, które niegdyś budziły strach,
a których dzisiaj nikt nie wspomina z żalem.
Gorzka pigułka
Ta jakże mile widziana odmiana sprawia, że znakomicie napisana książka "For
Your Freedom and Ours: The Kościuszko Squadron: Forgotten Heroes of World
War Two" (Za wolność waszą i naszą: Dywizjon Kościuszkowski: Zapomniani
bohaterowie II wojny światowej), pióra Lynne Olson i Stanleya Clouda,
ukazuje się jak najbardziej na czasie, przypomina bowiem wielki angielsko-
polski sojusz z czasów drugiej wojny światowej. Książka jest również hołdem
dla "zapomnianych bohaterów", o których mówi w tytule - dzielnych
uczestników Bitwy o Anglię, zdobywców Monte Cassino, powstańców broniących
Warszawy jak Sparty i ofiar ponurej Realpolitik okresu powojennego - i
których my, ich sojusznicy, potraktowaliśmy tak nikczemnie, choć zrobili tak
wiele, by nas ocalić.
Lektura książki, w której Wielka Brytania przedstawiona jest jako zdrajca i
tchórz, może być bulwersująca, ale warto przełknąć tę gorzką pigułkę,
ponieważ jest to fascynująca historia, świetnie opowiedziana. A jeśli
przeniesiemy się do roku 2003, to zakończenie okaże się mniej przykre niż w
bolesnych dniach 1946 roku.
W Bitwie o Anglię Dywizjon Kościuszkowski (303) miał na swoim koncie
najwięcej zestrzelonych niemieckich samolotów, a kompetentni oficerowie RAF-
u uważali, że to właśnie ta jednostka, wraz z innym polskim dywizjonem,
prawdopodobnie przechyliła ostatecznie szalę zwycięstwa. Patronem Dywizjonu
303 był XVIII-wieczny polski patriota, który swój bój o niepodległość
stoczył u boku amerykańskich kolonistów przeciwko Brytyjczykom. Pamięć o nim
zainspirowała amerykańskich lotników, którzy jako ochotnicy wzięli udział w
wojnie polsko-radzieckiej w latach 1919-1920. Właśnie wtedy powstał Dywizjon
Kościuszkowski, który znacząco przyczynił się do polskiego zwycięstwa; był
też ważnym elementem jakże groźnego, choć żałośnie wyposażonego polskiego
lotnictwa w 1939 roku. Polacy wcale nie dokonywali absurdalnych szarży
kawaleryjskich na czołgi - jak przedstawiała to nazistowska propaganda,
której uwierzyły zachodnie media - lecz walczyli jak lwy; ich lotnicy
zestrzelili 126 niemieckich samolotów i nie pogodzili się z nieuniknioną
klęską. Chwytając się różnych desperackich sposobów, przedostawali się do
Francji (która nie dała im żadnej nadziei) i do Anglii (gdzie potraktowano
ich z pogardą), aby ponownie wznieść się w przestworza.
W końcu RAF przekonał się, że są znakomitymi lotnikami, mają cenne
doświadczenie bojowe, fenomenalny wzrok i wszelkie powody, by szukać zemsty
na Luftwaffe.
Irytował ich język angielski, denerwowały regulaminy oraz dźwignia
przepustnicy w naszych maszynach, która w przeciwieństwie do polskich trzeba
było pchnąć w przód, a nie pociągnąć w tył, by zwiększyć siłę ciągu. Anglicy
z zaciśniętymi zębami znosili polską porywczość, niestaranność w ubiorze i
skłonność do oddalania się w powietrzu od szyku, jeśli nadarzała się okazja
do strącenia wroga. Ale wraz z poważnym nasileniem walk przyszło wzajemne
zrozumienie i dwie strony połączyła głęboka, silna więź, prawdziwe
braterstwo broni.
Szarmancki jak Polak
Polacy atakowali Niemców z taką furią, że niektóre załogi niemieckich
bombowców, zorientowawszy się, że zbliżają się do nich polscy lotnicy,
wyskakiwały na spadochronach, zanim ich samoloty zostały trafione. Później
formacje amerykańskich bombowców domagały się eskorty Polaków - tak
agresywna była ich obrona i tak troskliwa opieka. Na ziemi też robili duże
wrażenie swoim zapałem do zabawy i legendarnym wręcz powodzeniem u kobiet.
Ze swoimi pocałunkami w dłoń i kwiatami, którymi obsypywali wybranki,
stanowili miłą odmianę na tle sztywnych Anglików - do tego stopnia, że
pewien pilot RAF-u udawał Polaka, żeby zwiększyć swoje szanse, a amerykańska
dziennikarka Martha Gellhorn, autorytet w tej dziedzinie, "poświęcała całą
swą uwagę kilku polskim lotnikom".
Historię dywizjonu na pewno warto włączyć do annałów 1940 roku, ale w
książce potraktowano ją jako pretekst do przedstawienia szerszej opowieści o
walczącej Polsce. Autorzy śledzą najpierw losy pięciu najwspanialszych
lotników, a następnie opisują dzieje 150 tysięcy Polaków w brytyjskiej
armii, w większości uchodźców z Rosji, którzy po wydostaniu się z niedoli
zostali przeszkoleni na Bliskim Wschodzie. Piszą o polskim rządzie na
uchodźstwie w Londynie i o Armii Krajowej w Polsce. Była ona
najskuteczniejszym i najlepiej zorganizowanym ruchem oporu w państwach pod
niemiecką okupacją, mimo bezwzględnego okrucieństwa Niemców.
Churchill złożył Polakom płynące z głębi serca obietnice. Znał dobrze ich
historię, cierpienia i walkę o wolność. Roosevelt składał wzniosłe
deklaracje, bo przywiązywał pewną wagę do głosów siedmiu milionów
amerykańskich wyborców polskiego pochodzenia, ale tak naprawdę troszczył się
jedynie o swoje osobiste kontakty ze Stalinem, co do których żywił złudne
przekonanie, że opierają się na wzajemnym zrozumieniu.
Coraz bardziej pogłębiał się dylemat Wielkiej Brytanii, która wprawdzie
przystąpiła do wojny jako sojusznik gwarantujący bezpieczeństwo Polski, ale
była całkowicie związana z Ameryką. Ta zaś miała to wszystko w nosie i nie
potrzebowała już brytyjskich rad. W książce wymownie przedstawione są męki
Churchilla, gdy jego honor został wystawiony na próbę.
W imię honoru
Od pokrętnych porozumień w Teheranie w listopadzie 1943 roku po jawną zdradę
w Jałcie dwa lata później coraz bardziej bladły złożone kiedyś obietnice i
pogłębiała się rozpacz Polaków. Doszło do tego, że generał Anders poprosił,
by jego II Korpus został wyłączony ze składu brytyjskiej 8. Armii, a piloci
zaczęli kwestionować sens lotów bojowych. Widzieli, jak powstanie
warszawskie zostało skazane na zagładę - pomoc aliantów była śmiechu warta,
a Stalin powstrzymał swoją ofensywę i czekał, zadowolony, że dzięki SS
zaoszczędzi nieco pocisków. Polską Brygadę Spadochronową, która głośno
domagała się desantu na Polskę - po to ją zresztą utworzono - zrzucono nad
Arnhem, gdzie została zdziesiątkowana.
Pomimo to Anders i jego piloci kontynuowali walkę w imię honoru. Ale kiedy
wojna się skończyła, i tak ich wykpiono: rząd premiera Attlee nie pozwolił
im wziąć udziału w Paradzie Zwycięstwa, obawiając się, że mogłoby to
zdenerwować Rosjan. Zostali potraktowani jak kłopotliwy balast, który zmusza
zbankrutowane państwo brytyjskie do dodatkowych wydatków. Nie pomyślano
wówczas, że gdyby nie Polacy w swoich myśliwcach, gdyby nie polscy
kryptolodzy, którzy złamali kod Enigmy, to Paradę Zwycięstwa odbierałby
Hitler.
Oczywiście autorzy książki są stronniczy, a swą książkę pisali z 50-letniej
perspektywy. Dzisiaj komunizm i Armia Czerwona straszą tylko jak zapomniany
koszmar. Ale w tamtym czasie w powietrzu wisiała groźba jeszcze okropniejsza
niż horror nazizmu. Nikt nie mógł przewidzieć, co się zdarzy w Europie:
Amerykanie nie chcieli w niej pozostać, Brytyjczycy byli bez grosza, a
Stalin, kontrolujący potężną Francuską Partię