Gość: Lotek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
14.02.04, 00:16
Nadzwyczajna sesja Rady Miasta wokół „afery bydgoskiej”
Bez Kowalskiego?
Stało się to, co się stać musiało. Rada Miasta Bydgoszczy na
nadzwyczajnej sesji 4 lutego br. większością głosów odrzuciła wniosek grupy
11 radnych o odwołanie z funkcji wiceprzewodniczących rady – Romana
Jasiakiewicza i Elżbiety Krzyżanowskiej. Odczuwam w pełni gorycz tego
zwycięstwa, bo na sali obrad, albo – jak kto woli – rozpraw, zabrakło
bezpośredniego wykonawcy bezprecedensowej nagonki medialnej na obie te osoby,
mieniącego się dziennikarzem Marcina Kowalskiego z bydgoskiego
oddziału „Gazety Wyborczej”. A powinien tam być, chociażby z jednego powodu –
żeby zobaczyć, jak jeden z inicjatorów wniosku, radny Tomasz Rega całuje po
głosowaniu w rękę Elżbietę Krzyżanowską i przeprasza za to, co zrobił.
Tenże Tomasz Rega zrobił to, co musiał – przestawił nader
lakoniczne uzasadnienia wniosków o odwołanie obojga przewodniczących.
Pierwszy na te zarzuty odpowiadał Roman Jasiakiewicz, twierdząc m.in., że –
Kłamstwa prasowe i telewizyjne posłużyły do spreparowania prowokacji
politycznej. Dalej radny Jasiakiewicz podkreślił wkład Elżbiety
Krzyżanowskiej w rozwój sportu i kultury w województwie. Zdementował tym
samym publicznie wszelkie rozsiewane przez redaktora Kowalskiego pogłoski na
temat rzekomego konfliktu pomiędzy Jasiakiewiczem i Krzyżanowską. Wreszcie
przytoczył wyniki wszystkich kontroli przeprowadzonych w Urzędzie Miasta
przez NIK oraz RIO w sprawie tzw. afery bydgoskiej.
– Zniszczono BKS „Polonia”, w tym piłkę nożną, dżudo i tenis ze względów
politycznych a także po to, aby zrobić miejsce dla koszykówki. (...) Nie było
żadnych, także finansowych powodów, by likwidować 83-letni klub, by odsunąć w
niebyt zaangażowanych działaczy sportowych – mówił Jasiakiewicz.
Tę ostatnią tezę byłego prezydenta potwierdziła również obwiniona
przez media Elżbieta Krzyżanowska. Logika jej wywodów była tak porażająca, że
nawet wiceprezydent Maciej Obremski spurpurowiał na wieść, że pismo, które
wysłano do niej rzekomo w styczniu br., faktycznie wysłano 3 lutego br.
(ciekawe kto za to „poleci”?).
W dyskusji radnych, na tle wielu głosów – zwłaszcza tych z prawej
strony bydgoskiej sceny politycznej, które powinny być raczej przedmiotem
dociekań psychiatrów, niż politologów czy dziennikarzy – na wyróżnienie
zasługuje głos Józefa Eliasza (PO) stwierdzającego, że jego klub nie będzie
oceniał nikogo na podstawie „dziennikarskich enuncjacji”, przed sądowymi
rozstrzygnięciami. Jest to nowy głos na bydgoskiej scenie politycznej i
powinien liczyć przynajmniej na uwagę, jeśli nie nawet na wzajemność w
podobnych sytuacjach. Chociażby z tego powodu nie będę dociekał, czy i jak na
radnych PO wpływa sytuacja w innych miastach. Przecież w Warszawie
poprzedniego prezydenta stolicy, obecnie przewodniczącego Rady Miasta,
Wojciecha Kozaka, chce się odwołać za zdecydowanie lepiej udokumentowane
przewinienia, niż gorliwie opisywane ale wyssane z palca fakty z tekstów
Marcina Kowalskiego z bydgoskiej „GW”.
Nie będę oceniał dwóch głosów: radnego Wojciecha Nowackiego oraz
posła Grzegorza Markowskiego, bo zainteresowani mogą ich wysłuchać na
kasetach dostępnych w Urzędzie Miasta. Nie zajmuję się przypadkami
klinicznymi.
Wynik tajnego głosowania był oczywisty. Za odwołaniem Romana
Jasiakiewicza głosowało 13 radnych, przeciw było 17, wstrzymał się jeden. Za
odwołaniem Elżbiety Krzyżanowskiej było 12 radnych, przeciw – 18, jeden
wstrzymał się od głosu. Niewtajemniczonym zwracam uwagę na dwie sprawy. Po
pierwsze, klub radnych SLD liczy 16 członków. Po drugie, każdy z obojga
odwoływanych dostał o głos więcej, niż przy powoływaniu ich na te funkcje.
Na taki wynik głosowania najwyraźniej był przygotowany radny
Kosma Złotowski (b. prezydent Bydgoszczy). Zgłosił, podpisany przez 13
radnych, wniosek o zbadanie przez komisję rewizyjną działalności Zarządu
Miasta w poprzedniej kadencji. Wniosek ten poparł – ku ogólnej uciesze
galerii – Roman Jasiakiewicz, dodając wszakże, że komisja powinna zbadać
działalność wszystkich prezydentów miasta po 1989 r., poczynając od Warczaka,
poprzez Złotowskiego, Sapalskiego, a na Dombrowiczu kończąc.
Jeżeli oba te wnioski przejdą na najbliższej sesji Rady Miasta,
bydgoszczanie mogą być pewni tylko jednego – reszta kadencji tej ekipy władz
miasta upłynie na wzajemnych rozrachunkach. I jeszcze tego, że zatęsknią za
Jasiakiewiczem i Krzyżanowską, bo za ich rządów w mieście sporo zbudowano.
* * *
Młyny polityki mielą nawet wielkie jej postacie, a co dopiero skromnych
dziennikarzy. Nie martwię się o losy Krzyżanowskiej i Jasiakiewicza. Oni
sobie poradzą. Nie tylko dlatego, że poprą ich partyjne koleżanki i partyjni
koledzy. Oni po prostu mają kwalifikacje. Szczerze natomiast jestem
zaniepokojony dalszymi losami wykonawcy tej „afery”(nie sprawcy – bo ma on
swoich mocodawców) – Marcina Kowalskiego. On dobrze wie, że w redakcjach i
radiostacjach należących do grupy „Agora” istnieje pojęcie „gorącego biurka”.
W skrócie polega to na tym, że jak nie masz „newsów” na zadany przez
pryncypała temat – wylatujesz z roboty. A grupa „Agora” zwolni niedługo 500
pracowników...
Bardzo bym się zmartwił, gdyby Marcin Kowalski wyleciał z roboty,
bo to on swoimi kłamliwymi publikacjami przysporzył SLD tylu nowych członków,
jak rzadko kiedy bywało. W dodatku miejsce, w którym zaczynał swój staż
dziennikarski – na stacji benzynowej gdzieś pomiędzy Kruszwicą a
Inowrocławiem – jest już dawno zajęte...
Dlatego błagam redaktorów Adama Michnika i Józefa Herolda – nie
zabierajcie nam Kowalskiego!
Jerzy Lisiecki
Bydgoszcz, 7 lutego 2004 r.