Zaloba po Jacusi

21.06.12, 06:10
Wracam a tu hiobowe wiesci: nie ma juz Jacusi. Dziadek, hodowca kanarkow i sasiad, melduje, ze mala przestala jesc i umarla. Nic dziwnego bo kazda kanalia w kurniku lubila ja kopnac w dupe. Ja jeden tylko karmilem moja coreczke ziarenkami kukurydzy na stole, odpedzalem inne kury. Wiec pewnie umarlo moje dziecko ze zgryzoty. Nie mialo z kim sobie pogadac bo Placek, jej osobisty kopulant i braciszek, dzis co jedynie skrzeczy i biega za Chinkami z Pekinu. Na swiat przyszla jako Jacek,siostra Placka, w koreanskim inkubatorze na 3 jajka. Pamietam jak w sierpniu ub.roku wstawalem o 2-giej rano by ze strzykawki napoic male piskle. Pozniej juz biegala za mna niczym piesek, znosila nawet male jajeczka. Ona jedna siadala mi na ramie, kula dziobkiem by dac wiecej ziarenek, rozmawiala ze mna zawsze grzecznie odpowiadajac na pytanie zamiast wydawac z siebie kurze wrzaski. Gdy w kurniku stado zanosilo w niebiosa Piesn o Znoszeniu Jajek, taki hymn dziekczynny za to ze ktoras z nich wykonala swoj damski obowiazek, to ja moglem rozpoznac wsrod chorzystek cieniutki glosik mojej pupilki. I dzis ja gryza robaki?

Zal, zal wielki mnie ogarnia. Nie bez tego tez, ze placze rowniez sam nad soba. Moj wlasny DziPis(lekarz domowy) wydal i na mnie wczoraj odroczony wyrok smierci. Mam astme sercowa, kaze mi zrobic baterie testow, jakies hormony sercowe, EKG. Hormony w sercu? Pierwsze slysze ale coz, wysiadlem przeciez juz 5 lat temu z tego tramwaju. Podobno wynalazek amerykanski: 15 minut i juz wiemy czy faceta zabije dzuma czy tez cholera. Czyli, w moim wypadku constrictive pericarditis albo zwyczaja myopatia serca. Mam sie odchudzic, stracic radosc wypicia Zubrowki? A na ch.uj z takim zyciem, wole juz Nirvanah, Shangri-lah w niebie mojej Jacusi.
    • kiczkis Re: Zaloba po Jacusi 21.06.12, 09:13
      Sympatycznie piszesz..

      Niezależnie od wszystkich ewentualności, tak może pisać tylko osobnik z pewną dozą wrażliwości..
      Aż dziw, że ktoś normalny uchował się w świecie prostaków, pozbawionych odczuć wyższego rzędu..
      • kr88 Re: Zaloba po Jacusi 21.06.12, 13:43
        Fakt, wpisy swioniopasa są ciekawe.
    • frych47 Re: Zaloba po Jacusi 21.06.12, 14:19
      swiniopas6 to pisarz i poeta.
      • tortor5 Re: Zaloba po Jacusi 23.06.12, 01:30
        Może niech jakąś sztukę napisze, a Łysak wyreżyseruje w waszym teatrze.
        • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 23.06.12, 10:00
          He he, napisalem- scislej mowiac sluchowisko radiowe. Taka groteska typu faction.
          Mialem nadzieje puscic w RWE a oni kazali oddac ksieciu Giesztorowi do Kultury (paryskiej).
          Ksiaze nie puscil mowiac, ze pisze jak Brycht. Oba nazwiska bydgoskim oczywiscie nic nie mowia ale jest to wesola historyjka opowiedziana mi w lagrze przez Jasia Rulewskiego i dotyczaca tamtejszego klawisza, zywego czlowieka. No ale skoro Ksiaze Niezlomny nie chcial to pies mu morde lizal-pomyslalem sobie- i zwinalem kramik literacki. Z fachu wyuczonego w PRLu jako lekarz, lepiej sie dalo tu zyc.
          Ach- jakiz Artysta ginie!- powinienem zawolac za Neronem bo mialem takich historyjek wiecej w zapasie.
          • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 00:45
            ksiaze Gedroyc a nie Geysztor, bodajze historyk i profesor- jesli to komus sprawia jakas roznice.
        • semeon Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 01:32
          A nie lepiej w waszym teatrze ,wszak to teatr nad teatrami i cały świat was podziwia?

          dziwnabydgoszcz.blogspot.com/
          • tortor5 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 02:04
            Jak to ma być słuchowisko to jednak raczej w waszym.
            • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 10:51
              A no, zobaczmy- peta sie tekst gdzies w archiwach.

              Frajerska Dola: Prolog

              Byl rok 1969. W ponury lagrowy dzien Janek Rulewski opowiedzial mi historie znanego sobie klawisza.Prawdziwa ta jego tragi-groteska tak zapadla mi w pamiec, ze w kilka innych smutnych dni, juz jako wygnaniec, spisalem owa historie w formacie tzw Faction. Znaczy sie, fikcja literacka jest tam pomieszana z nader realnymi faktami w celu oddania dodatkowego wymiaru prawdy.
              Calosc umyslilem sobie sprzedac Radiu Wolna Europa do ktorego juz co-nieco napisalem zarabiajac na potencjalnie ciezki wyrok w PRLu. Mialem na mysli sluchowisko radiowe i marzyl mi sie wawrzyn laurowy literackiego Olimpu.

              Niestety, zaskrzeczala rzeczywistosc. Literat Nowakowski uznal, ze moj tekst sie nie nada, za duzo w nim brzydkich wyrazow.
              Poradzil poslac do paryskiej Kultury. Sam Ksiaze Gedroyc mi go tam odrzucil, odpisujac zjadliwie ze skrobie w stylu niejakiego Brychta.
              Byla to w swoim czasie gwiazda-efemeryda na firmamencie warszawskiej literatury czasow wczesnego Gierka. Brycht wybral wolnosc, zszedl sie z Gedroyciem i sporo mu tam krwi napsul. Stad ostroznosc w niepewnych kontaktach Wielkiego Starucha.

              Skoro tak- no to tak ! -zawolalem i wrzucilem opowiadanie do lamusa. No i wzorem Nerona z sienkiewiczowskiego Quo Vadis: Ach, jakiz Artysta ginie! Po czym konsekwentnie przez 20 lat tych stron sam nie czytalem. Zwracam je dzis Jankowi, jesli me slowa strawi, to na zdrowie.

              Robak
              • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 10:53
                Krzysztof R Robak
                Frajerska Dola
                Cholera, znowu te nygusy ukradły mi papierosy- zaklął porucznik Pająk -
                czekajcie, gó... dostaniecie a nie wypiskę! No i czego się śmiejesz,
                złodzieju jeden z drugim? Baczność! Spocznij! W czwórszeregu zbiórka!
                Kolejno odlicz, w prawo zwrot, od kantyny od-marsz, raz dwa lewa, lewa,
                raz, raz...
                Pawelczak, ja ci naprostuję tego garba, czekaj, gwałcić to umiałeś a w
                kolumnie chodzić nie potrafisz? Co za przeklęty świat się teraz zrobił,
                czy słyszał kto kiedyś żeby złodziej sięgał do kieszeni oficera
                więziennictwa?
                Pawelczak, ty ofiaro przemarszu Armii Czerwo...hmm, gestapowców -
                poprawił się szybko - dupa ruszać w krzakach to umiałeś a kroku
                utrzymać nie potrafisz ? Raz, dwa, lewa, raz, raz...
                Student - to do mnie - źle ci było w wojsku polskim ? Jak sobie
                powcinasz przez miesiąc ogórki ze słoniną na obiad to ci się będzie
                nawet w Izraelu odbijać -
                Panie poruczniku - odparłem z godnością - przecież już mówiłem że nie
                mam szczęścia należeć do narodu wybranego-
                Szczęścia? Jak to szczęścia:? - zdziwił się Pająk serdecznie - to ty
                nazywasz szczęściem być Żydem? - Kryminaliści zarechotali wesoło.
                -
                A pewnie - odparłem hardo zważając pilnie aby nie zmylić kroku - Łatwiej
                by mi było teraz zasuwać te wasze przegniłe ogórki w lagrze Stargard
                Szczeciński, gdybym wiedział, że po wyroku czekają mnie banany w
                kibutzu -
                Tee, polityku pie...ny - zawołał od czoła szef Ludzi, tatuowany
                bandyta i były żołnierz Marynarki Wojennej - skończ tę nawijkę bo się
                pan porucznik zezłości i naprawdę wypiski nie będzie, kapewu? -
                Co racja, to racja - pomyślałem i zatrzasnąłem trap. Pająk to dobry
                człowiek, chłopski syn i musi się wywrzeszczeć. A jak się wywrzeszczy
                to mu złość przejdzie i zaprowadzi nas spowrotem. Poza tym nikt nie
                dyskutuje z Dużym Tolkiem. Duży Tolek bije po marynarsku: zmiękcza
                podbródkowym, rozstawia nogi przeciwnika prostym na żołądek, potem
                już tylko strzał w pisanki i flekowanie buźki obcasem, gdy Tolek jest
                szczególnie zły. Nie ma rady na Dużego Tolka, chyba tylko nóż w plecy
                znienacka.
                Ja tez już opanowałem niejeden trick, kosztem złamanego nosa,
                pamiątka jeszcze z Centralnego Więzienia w Łodzi. Ludzie mnie tu nie
                tykają bo wiedzą że jestem cichy fanatyk a takiego nie można złamać.
                Można co najwyżej zabić a to się nie opłaca. Zresztą nie ma potrzeby bo
                ja staram się Ludziom, temu świętemu klanowi złoczyńców, nie
                wchodzić w drogę. Nawet Duży Tolek zostawia mnie w spokoju od
                czasu gdy doskoczył do mnie z pięściami w „restauracji”. Chciał skarcić
                nowego frajera za to, ze ośmielił się usiąść na lawie przeznaczonej dla
                Ludzi. Ale gdy zobaczył ostry metal w ręce i zimne, spokojne oczy
                przypartego do muru to poczuł się nieswojo. Warknął tylko - Zrywka
                stąd frajerze- a ja grzecznie zabrałem moja fałszowaną zupkę, dla
                śmiechu nazywaną mleczną i wycofałem się tyłem. Prawda, straciłem
                oparcie o ścianę ale zawsze jeszcze mogłem chlusnąć gorącą
                wodzianką w oczy i próbować otworzyć mu żylę na szyi. Odtąd mam
                pakt nieagresji z Tolkiem. On mnie nie tyka a ja uważam aby nie
                nadwerężyć jego cierpliwości.
                Raz dwa, lewa - wrzeszczał porucznik Pająk- raz dwa- Ruszać się
                złodzieje, trzymaj krok jeden z drugim, -
                No ,teraz lepiej, dużo lepiej, teraz nawet wziąłbym was z sobą do
                Wietnamu bić Amerykanów, gdyby co-
                Nas? - odszczeknąl się Kuzma, mały człowieczek i mały złodziej w
                kuchni pułku obrony terytorialnej - My byśmy im jeszcze pomogli bić
                czerwonych sku......uchch - Kuzma nie skończył bo Tolek sięgając
                przez szereg w tył dal mu w nos aż mu brudna kaniołka spadła z czoła. -
                Widać Tolek bardzo chce dziś mieć papierosy - pomyślałem. Kuzma
                zaskowytał raz tylko i zamilkł. Pewnie był tego samego zdania.
                Nie odszczekiwać tam, nie bić się tam z przodu, co jest do cholery? -
                wrzasnął Pająk nastroszony jak kogut z ojcowego podwórka.
                Ja ich uczę wojskowej dyscypliny panie poruczniku - odparł Tolek
                przymilnie.
                Dyscyplina musi być - uspokoił się Pająk. Jeszcze szanują go tutaj
                najwięksi bandyci. Kolumna przekroczyła bramę świniarni.
                Wojsko, stój! W lewo zwrot, na dwa kroki odbij, przysiady ćwicz. Ja wam
                pokażę kraść moje papierosy, więźniowie. A teraz skrętoskłony! -
                Świniarze, ta więzienna elita, wylegli hurmą na zewnątrz śmiejąc się
                nażartymi pyskami. Ostry smród świńskiego moczu zmieszał się z
                ludzkim potem i swądem więziennych szmat. Dwieście metrów dalej, za
                lagrowym drutem kolczastym, niegdyś naelektryzowanym, przerwała
                swoje ćwiczenia „Bundeswehra”. Rechotali zdrowo potrząsając swoimi
                pepeszami z przedziurawioną lufą. Sami niewiele lepsi, czapki bez
                orzełka, parciane pasy które im wolno założyć jedynie do służby a
                drelichy, pożal się Boże, jeszcze pewnie poniemieckie. Zawsze jednak to
                coś, jak mawiał nam porucznik Pająk, bo uznani za zdatnych do dalszej
                służby wojskowej.
                Co się za druty gapicie? Wy sami jeszcze gorsi, motłoch, niezdatni
                nawet na mięso armatnie jesteście - zawołał nagle Pająk, sam przecież
                przepędzony z wojska i kryjący swą hańbę w mundurze oficera
                więziennictwa. - Ale ja bym z was zrobił żołnierzy, prawdziwych
                żołnierzy, ach, dranie... mieć was w mojej pierwszej kompanii, ach co to
                była za kompania, ludzie! - tu siwe chłopskie oczy w pobrużdżonej
                nerwami i alkoholem twarzy zrobiły się młode i zatopiły się w dal. Tempo
                ćwiczeń natychmiast opadło. Patrzyłem na Pająka. Ciało jego sprężyło
                się, jakby do raportu. Zupełnie jak wtedy gdy sam pułkownik Iwanow
                przybył gratulować kompanii sukcesu w zawodach strzeleckich.
                To były dni - westchnął porucznik Pająk i kazał nam przerwać ćwiczenie
                pompek.. Obserwowałem grę mięsni na jego otwartej chłopskiej twarzy.
                To oblicze było jak książka, mogłeś bracie czytać w niej myśli
                właściciela. Z taka twarzą nie można było zostać generałem Ludowego
                Wojska Polskiego. Nie można łgać przełożonym, ze wojsko jest
                najedzone, zbiło konia i poszło spać gdy polowa stanu wymknęła się
                dziurą w płocie do miasteczka na ku.... Nie można z tą twarzą pójść
                chyłkiem do politruka złożyć donos na kolegę a potem pić z kolegą
                wódkę, jakby nigdy nic. Kolega mógł, Pająk nie, no i przegrał. Nie dało
                się też z taką twarzą wyłgać na zebraniu partyjnym jednostki, którego
                egzekutywa miała już w teczkach maszynopis wyroku na niego.
                To przyznajcie się, kapitanie Pająk, braliście ślub w kościele? -
                Skądżeby towarzyszu majorze, nnie, to znaczy chciałem powiedzieć ze
                okoliczności wiejskie...Cholera, ze ten ślub na dodatek do sprawy
                Piotrowskiego. PIOTROWSKI!!!
                Obserwowałem z podziwem twarz Pająka. Jakby jakiś wirtuoz, wielki
                rzemiecha, zastartował tam miękko którymś z nokturnów Szopena po
                czym nagle wrzucił trzeci bieg Etiudą Rewolucyjna i przystopował
                zwolna za pomocą Preludium No 4 E mol Opus 28. Cóż pozostawało z tej
                burzy uczuć? Nic, tylko niema rozpacz i zdziwienie.
                Piotrowski, ku... jego mać! Porucznik służby więziennej Pająk
                wymamrotał boleśnie. Twarz stężała mu w zastygłym grymasie. Dziurka
                w podbródku drgała mu nerwowo a szczęki zacisnęły się jak u buldoga.
                Wołał mnie pan, poruczniku? Zapytał z głupia frant eks-starszy
                szeregowy Piotrowski.
                Co za dureń! - pomyślałem - jakby nie słyszał on legendy, którą zna cały
                obóz więzienny Stargard Szczecinski.
                Zamknijcie się Piotrowski, dobrze? - zasyczał przez zęby Pająk i splunął
                pod nogi. Samo brzmienie nazwiska doprowadzało go widać do
                ślinotoku. Eks-starszy szeregowy Piotrowski nie odezwał się już więcej,
                nie był to bowiem chłopak głupi. Tylko miał pecha w życiu. Był w
                drużynie, której kapral upatrzył sobie jego kolegę na ofiarę. Szczuł go i
                poniewierał nieludzko. Ale do czasu. Do chwili gdy drużyna poszła na
                ostre strzelanie. Wydano ostra amunicje. Kolega zarepetował pistolet
                maszynowy AK47 Kałasznikowa i powiedział- Piotrowski, odsuń się. - A
                on zawsze był dobrze wychowany. Wiec i teraz odszedł grzecznie na trzy
                kroki a kolega władował cały magazynek w brzuch kaprala. Kolega
                dostał karę śmierci a Piotrowski dwa lata za „nie
                • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 10:57

                  on zawsze był dobrze wychowany. Wiec i teraz odszedł grzecznie na trzy
                  kroki a kolega władował cały magazynek w brzuch kaprala. Kolega
                  dostał karę śmierci a Piotrowski dwa lata za „nieudzielenie pomocy”. -
                  Co miałem robić, zastrzelić kolegę? - pyta do dzisiaj z żalem do losu.
                  Jak ktoś ma pecha w życiu to i w dupie na żyletkę natrafi, mówi stare
                  żołnierskie porzekadło.
                  Kolumna baczność, spocznij, w prawo zwrot, kierunek kantyna, marsz! -
                  zakomenderował Pająk przygaszonym głosem. Wspomnienie
                  Piotrowskiego wybiło go widać z rytmu. Świniarzom zrzedły miny. - Co
                  to? Nie będzie dziś czołgania w błocie i gnoju? - zdawały się mówić ich
                  tępe i tłuste, wypisz wymaluj świńskie ryje. Zza ich pleców dobiegł
                  chrypliwy chichot królewskiego knura. Że też świnia potrafi się śmiać
                  jak człowiek, zgorszyłem się. -Czekaj gadzino, jak przyjdę jutro do
                  chlewa kraść mleko to ci dam tak drągiem po dupie, że cię
                  najukochańsza żona z twego haremu więcej nie zechce! Ale nie, nie
                  zrobię tego. Nie byłoby rozsądne narażać się świniopasom. Chociaż oni
                  też mnie potrzebują. Ściślej mówiąc, mojej maszynki elektrycznej i
                  patelni w kapciorze na zapleczu Domu Kultury.
                  My, to znaczy pracownicy Domu Kultury, mieliśmy zawsze dobre
                  stosunki ze świniarzami. Kultura, naturalną koleją rzeczy, zawsze
                  ciążyła do chlewa. Nie tylko dlatego, żeśmy sąsiedzi ale
                  potrzebowaliśmy się nawzajem.
                  Tak bywało zawsze w obozach koncentracyjnych. Już sam premier
                  Cyrankiewicz, Wielki Mistrz Sztuki Przetrwania, przeżył Oświęcim nie
                  dlatego , że rzekomo gdzieś tam działał w obozowym podziemiu ale
                  dlatego, ze był funkcyjnym więźniem i miał coś tam do wymiany za coś
                  innego, co pomogło mu podtrzymać życie. Tak mnie przynajmniej
                  zapewniał pewien dziadek - szachista, kolega Premiera jeszcze z
                  kacetu, z którym to dziadkiem los mnie zetknął w sześćdziesiątym
                  ósmym, w słynnym krakowskim wiezieniu Montelupich. Dziadek był
                  niepoprawny. Ukradł kilka zegarów szachowych z turnieju, który jako
                  zasłużony członek ZBOWIDu miał nadzorować i sprzedał te zegary za
                  wódkę. Teraz znowu bawił na Montelupich służąc nam, młodzieży, za
                  doświadczonego przewodnika.
                  - Tutaj macie, chłopcy, celę z której uciekł w czasie wojny ten słynny
                  narciarz, siedziałem wtedy piętro wyżej. A w tym rogu podwórka
                  powiesili Mazurkiewicza, też wtedy siedziałem. - A Cyrankiewicz, panie
                  starszy? - ja już się z nim nie koleguję - ucinał dziadek z godnością.
                  A co to jest wiezienie Stargard Szczecinski, Aleja Żołnierza 1? Też obóz
                  koncentracyjny, z regularnymi drutami, kogutkami na rogach,
                  wściekłymi psami na drucie w polu śmierci, a jakże!, wszystko jak
                  trzeba, zbudowany zresztą w czasie wojny przez Niemców i to tak
                  solidnie że – oho, ho- posłuży jeszcze wielu, wielu pokoleniom. Tyle, że
                  zamiast esesmanów w kogutkach siedzą nasi poczciwi klawisze.
                  Podejdziesz do drutu to taki zamiast strzelać zawoła tylko donośnie_ -
                  Gdzie leziesz ślepaku, chcesz żeby cię pies ugryzł? Za dużo półdupków
                  ci ojciec z matka w bramie zrobili? - Poczciwe chłopaki ci nasi klawisze,
                  tyle ze kradną dranie.
                  Tak samo jak w czasie wojny trudno jest przetrwać na ich podłym
                  żarciu. Mleka do zupy tyle tylko aby woda była mętna. Małe prosiaki
                  mają przecież pierwszeństwo. One też chcą żyć. Duże też maja
                  pierwszeństwo w przydziale ziemniaków przed więźniami. One musza
                  nabierać wagi. Wiec może chociaż ta cenna wieprzowina? Nic z tego,
                  bracie romantyku. Wieprzowina znika a my jemy skóry, żyły i ohydne
                  sadło. To znaczy inni jedzą bo ja nie mogę. Mam matkę, która uparła się
                  ze ja musze przeżyć. Dosyła kiełbasy, masło, cebulę, pieniądze na
                  wypiskę w kantynie . Za to można kupić wiele rzeczy a przede
                  wszystkim fałszywą więzienną przyjaźń mierzona w papierosach. Ja
                  niestety zarabiać w fabryce czy też w grupie wolnościowej nie mogę.
                  Komendant obozu mnie wyśmiał gdy zgłosiłem się na wyjazd do pracy na
                  "poletku ministra sprawiedliwości". - Wy więzień lepiej siedźcie za
                  drutami i róbcie te audycje anty-alkoholowe. Tak będzie lepiej i dla was i
                  dla nas.
                  Co pozostaje? Przyjaźń ze świniarzami. To jest sedno umiejętności
                  przetrwania. -Chcesz mleko pełnotłuste? - pyta świniarz - proszę cię
                  bardzo, prosiaki to przetrzymają. - Chcesz placki ziemniaczane z
                  radzieckimi powidłami z naszych wileńskich lasów? Zrób sobie ile wola,
                  tylko połowa dla nas. - A ile papierosów dacie wy, z Kultury, za
                  jajecznicę ze świeżych kradzionych jajek na cebulce? Naprawdę, jak z
                  wiejskiej patelni. – Te, stary, słuchaj, masz tu taką przytulną kapciorę a
                  my planujemy party, rozumiemy się? - Rozumiemy się dobrze i wynoszę
                  się do biblioteki karmić muchami opasłą gurami rezydującą w akwarium.
                  Ta rybka jest zupełnie jak człowiek, zachłanna nad podziw, gęba bez
                  dna. Jeszcze nigdy jej nie pokonałem. Prędzej ja padnę ze zmęczenia w
                  łapaniu much nim ona zdechnie z przeżarcia. A tymczasem na tyłach
                  Domu Kultury odbywa się więzienna party świniarzy. Jedzą, pija
                  przemycony alkohol lub domową nalewkę z papierosów czy też wyciąg z
                  pasty do zębów. Potem biją się, tańczą przy naszym pożyczonym
                  adapterze, całują się, spółkują po kolei ze swoją "panienką". Wreszcie
                  porównują długość wzwiedzionego prącia i siłę wytrysku. Cóż, wszystko
                  jest dla ludzi. Ja nie uczestniczę ale rozumiem. Żyć trzeba.
                  No, czas już otrząsnąć się z rozmyślań. Przecież żeby żyć i tego życia
                  uroki co dzień móc kupić w obozie więziennym Polskiej Rzeczypospolitej
                  Ludowej, trzeba mieć papierosy. I oto wielka chwila. Porucznik Pająk
                  doprowadził nas wreszcie do kantyny.
                  - Kolumna stój, rozejść się, ustawiać się złodzieje w kolejce, nie pchać
                  się, dla wszystkich starczy. Polska jest bogata. Ogórków i dżemu mamy
                  dosyć. "Sportów" też nie zabraknie, no nie pchać się , mowię, o Boże
                  marksistowski, cóż to za zbieranina. Ja bym z was zrobił prawdziwe
                  wojsko. Jaja byście z potu wyżymali, jak gacie po praniu ale ja bym z
                  was zrobił żołnierzy! -
                  - Tu Pająk rozmarzył się znowu a twarz zagrała mu barwami tęczy.
                  Pewnie na wspomnienie tego wielkiego dnia, który będzie chyba do
                  śmierci wspominać. Jeszcze w czasach szkoły oficerskiej, gdy na
                  ćwiczenia przybył sam marszałek Rokossowski. To był prawdziwy
                  Marszałek, polski i radziecki zarazem, prawdziwy mężczyzna , nie jak ten
                  dureń z głosem kastrata, Spychalski, popularnie Mośkiem w wojsku
                  zwany. Drużyn podchorążego Pająka dobiegła do mety jako pierwsza a
                  raczej dowlokła się wypluwając płuca. Trzydzieści kilometrów
                  marszobiegu w pełnym oporządzeniu. Pająk myślał, że mu ramię
                  podtrzymujące lufę cekaemu przegnije i odpadnie. Pot wsiąkał mu w
                  onuce. A przy mecie, w otoczeniu zgrai piesków stal ON , w lśniących
                  wysokich butach.
                  - - Zdarowo sołdaty - zahuczał, po czym z pewnym wysiłkiem po polsku -
                  Towarzysz Stalin powiedział : im więcej potu na ćwiczeniach tym mniej
                  krwi w boju. Wy to sobie zapamiętajcie! - i podał każdemu z nich rękę.
                  Tu Pająk podniósł do oczu swoja prawicę oglądając ją pilnie przez
                  chwilę, jakby łapa wielkiego marszałka wycisnęła na niej wtedy, przed
                  laty, swoje niezmywalne piętno. Cóż, dziwne są koleje życia. Niewiele
                  później przyszedł polski październik i wielki marszałek przegrał bitwę o
                  Warszawę nim ją jeszcze naprawdę rozpoczął. I nie było już w wojsku
                  młodego kapitana Pająka żeby Marszałka obronić. - I to z kim przegrał
                  marszałek Rokossowski, ja się pytam? Ze ślepym Ochabem przegrał, z
                  Gomułką co spod stryczka uciekł a dziś kwęka w telewizji że studenci,
                  że syjoniści, że mięso, biskupi, rewizjoniści, że cholera wie co jeszcze. A
                  wojska, a amunicji to my na nich nie mamy? - wzburzył się wewnętrznie
                  Pająk.
                  Wielki Marszałek odjechał wtedy do Związku Radzieckiego mówiąc z
                  żalem, ze tak dobrze chciał dla Polski, że jeszcze przecież nie zapomniał
                  jak go w trzydziestym siódmym EnKaWuDe w zęby biło, że za co ta
                  niewdzięczność? Taak, on by wydobył Pająka z matni, wystarczyłby
                  jeden raport, jeden list. Cóż , kiedy sprawa wybuchła to marszałek już
                  pakował manatki. No i co teraz? Gnije biedak w tym krem
                  • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 10:59
                    Krzysztof R Robak
                    murze a kto dowodzi dziś Wojskiem Polskim? Spychalski!
                    Spychalski - pytam się ja - czy to jest marszałek? Mówił więzień
                    niedawno jak to na poligonie, w czasie manewrów, zajechał
                    Spychalskiemu drogę gazik prowadzony przez sierżanta. Spychalski
                    wyrżnął łbem w szybę gdyż tak ostro hamowali. Wyskoczył z limuzyny i
                    piszczał, wskazując palcem na sierżanta : Szeregowy! Szeregowy! Od
                    dzisiaj jesteście Szeregowy! Własny dowódca pułku musiał później
                    ukrywać sierżanta niczym dezertera bo towarzysz Mosiek był łaskaw
                    narobić ze strachu w gacie.
                    A Jaruzelski? - zastanowił się na glos Pająk po czym podjął swoje
                    chodzone medytacje, w te i wewte. Tak łatwiej wczuć się w role
                    dowódcy, pomyśleć co by się zrobiło na jego miejscu samemu. - Noo ta
                    kukła jest już lepsza chociaż rusza się niczym pajac na sznurku, robot z
                    filmu. No, ciekaaawe, kto za ten sznurek pociąga ? No ale zrobił dobrą
                    robotę w Czechosłowacji, trzeba mu przyznać, tak tak - tu Pająk pokiwał
                    z uznaniem głową- przysypał Pepikom chrzanu, pokazał im co to polski
                    żołnierz, oj tak!-
                    Jest tu w obozie taka jedna z drugą ofiary losu, podporucznicy po
                    Wyższej Oficerskiej Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Za
                    bardzo lepiły im się ręce, tam w Czechach ale to równe chłopaki. - Zaraz,
                    zaraz...- jak to ten podporucznik Szpak mu opowiadał? --tu Pająk zatarł
                    ręce- Czeska jednostka artylerii strajkuje więc oni otoczyli z czołgami:
                    wydać amunicję! - Gówno, nie wydamy! - Nieee? To sami weźmiemy!-
                    Piechota do ataku z peemami na biodrze. Czołgi węszą lufami, gdzie by
                    tu przyłupic. Wydali bez oporu i amunicje i dowódcę swego. - Tfu,
                    żołnierze - tu Pająk splunął soczyście i skrzywił się ze wzgarda. -
                    Chłopcy pędzili później kopniakami czeskiego pułkownika do komendy
                    wojsk okupacyjnych. A tam radziecki major urządził mu takie mordobicie
                    że...ech, orły, orły, tylko tam być z wami -rozmarzył się znowu dobry
                    porucznik Pająk a ja, wyszedłszy właśnie z kantyny z naręczem
                    prowiantu, czytałem w jego twarzy zmienne kaprysy nastrojów.
                    Wszystkie myśli wyłaziły mu na wierzch. Mogłeś , bracie, stanąć niby
                    jakiś biegły w piśmie czy wielki mag jakiś i wyczytać z tej księgi
                    wszystko. Niee, z taka twarzą towarzyszu Pająk nie mogliście zostać
                    generałem LWP.
                    W czytaniu myśli Pająka miałem ja swój cel. Jak wszyscy, słyszałem ja
                    coś niecoś, piąte przez dziesiąte, o sprawie Piotrowskiego. Chciałem ja
                    tą sprawę poznać jednak bardziej konkretnie, z ust jej bohatera, czy tez
                    może ofiary? Taka wiedza nic nie daje, tylko zaśmieca pamięć. A jednak
                    ... usłyszeć z ust porucznika Pająka własnych historię jego upadku,
                    doświadczyć po raz wtóry w cudzym wcieleniu wzlotu do szczytów, niby
                    młody orzeł, aby być postrzelonym w locie kulą nieubłaganego ślepego
                    trafu i spaść na dno jako obozowa wrona, tak, on i ja, obaj jesteśmy
                    obozowymi wronami z tym że on drepcze po wierzchu dziubąc łaskawie
                    mu rzucone ochłapy a ja pętam się po świniarni wydziubując gnój; więc
                    przeżyć to raz jeszcze patrząc z boku, jakaż to tajemna rozkosz. O ileż
                    łatwiej jest później spędzić bezsenną noc w zimnym obozowym baraku.
                    Rozważać raz jeszcze bez końca, po raz który to z rzędu? - własną
                    tragedię pomyłek. Czy mój los był w moich własnych rękach czy też tak
                    musiało się stać? Aktywizm czy fatalizm?
                    A naokoło smród, więźniowie chrapią na piętrowych żelaznych wyrkach.
                    Bije w górę odór niedomytych ciał, spermy i więziennych szmat. W takiej
                    nocnej godzinie gdy samotność sięga dna, gdy rozpacz zaślepia rozum a
                    ręka sama wyciąga się po ręcznik by się na nim dyskretnie powiesić, w
                    takiej zlej chwili tylko historia porucznika Pająka może człowiekowi
                    pomóc, rozśmieszyć i pogodzić z losem. On też szedł w górę, młody,
                    ambitny, a dziś : co?
                    Dogorywa za życia jako mały, podły klawisz.
                    A więc: tak musiało być? A wiec jednak: fatalizm? I ze mną też: to tylko
                    igraszki nieubłaganego przeznaczenia? A więc: przeznaczenie, które
                    jeśli zechce, może moją dolę odmienić? Jak to dobrze. Dwadzieścia dwa
                    lata, za wcześnie jeszcze umierać. Już świta. Czas spać. Jeszcze tylko
                    wyjąć ze skrytki fotografię dziewczyny, popatrzeć w świetle obozowej
                    lampy za oknem na te jasne włosy, westchnąć sobie serdecznie i spać.
                    Świta.
                    Taak. Pająk jest mi potrzebny. Ale jak go podejść? Szanuje on mnie
                    trochę bo uczony jestem, student, zresztą ochotnik do wojska. Gardzi on
                    też mną nieco za to, ze się zadałem z jajogłowymi zgniłkami i dałem się
                    tak głupio upupić. Nie ufa mi zarazem bo podejrzewa mnie o krypto
                    syjonizm. A to w Polsce wiadomo, jak trąd. Może to? Uspokoić go
                    nareszcie? Podejść i powiedzieć konfidencjonalnie – panie poruczniku,
                    wie pan, jakie bogate Żydy są w Łodzi? Gdy chadzałem na przepustkę,
                    niby to do dziewczyny a w rzeczywistości do synagogi to ... nie, to nie
                    przejdzie. Ja też nie umiem kłamać i nie wyjdzie to dobrze. A bardzo bym
                    chciał bo lubię porucznika Pająka.
                    Wszyscy tu naokoło do znudzenia przekonują mnie, ze jestem Żydem.
                    Zaczyna mnie to już złościć. Nawet student Karol S., dobry chłopak co to
                    regularnie zaszczuty po wydarzeniach marcowych dostał siwych włosów
                    w wieku dziewiętnastu lat i gnił wraz z nami w obozie, przekonywał mnie
                    gorąco, jeszcze na odchodnym, stojąc pod bramą.
                    Wiesz, stary, ty nie tylko nos masz żydowski ale i chodzisz jak Żyd,
                    zupełnie jak mój ojciec. – Niestety, Karolku, ciebie rodzona matka Polka
                    porzuciła już jako dziecko bo widocznie dziecko z Żydem to było
                    niezupełnie jej dziecko. Ojca ci właśnie niedawno wykończyli na śmierć
                    we wrocławskim więzieniu chłopcy od Mietka Moczara. Cóż to dla nich
                    pchnąć starego Żyda głową na kaloryfer albo i co innego? Jedna wesz
                    więcej, jedna mniej, kto się upomni o starego Żyda – dziennikarza? –
                    powiedzieli na pewno i poszli na wódkę. Sam jesteś, Karolku, goły jak
                    palec i rozumiem że szukasz brata w nieszczęściu. Ale cóż ja, bracie,
                    mogę ci dać? Żeby uchodzić za Żyda, domagać się wyjazdu do Izraela,
                    na to trzeba mieć papiery, bracie. Udowodnić gorylom chociażby babkę z
                    gwiazda Dawida wpisaną w nazwisko. A ja, niestety, nie mogę tego
                    udowodnić, nawet gdybym się wściekł. Ja, bracie, napluł bym
                    najchętniej wraz z tobą na ten naród co toleruje w milczeniu
                    antysemickie szumowiny i to, że jego dzieci siwieja w wieku
                    dziewietnastu lat w kryminałach. Gardzę mundurem żolnierza ludowego
                    wojska polskiego chociaż go sam przed czterema laty ochotniczo
                    oblekłem. Ten żolnierz to dla mnie bandyta co napadł nad ranem czeskie
                    bezbronne wsie i miasta, pohanbił sztandary. „Za naszą i waszą
                    wolność”, ha ha ha, że też Kościuszko z Dąbrowskim nie straszą ich po
                    nocach ... Ale jest coś, bracie, czego nijak odszczekać nie umiem. To że
                    sam jestem Polakiem.
                    -Wiec co ci mogę dać Karolku? – powiedziałem wtedy z żalem na
                    pożegnanie. – Chyba tylko słowa Mickiewicza na pociechę. Wiesz, tego
                    starego niedołęgi Adasia co to go Moskale na spółkę z niektórymi
                    Polakami wyszczuli na dożywotnią tułaczkę przed stu kilkudziesięciu
                    laty. Pętał się potem po Europie, niebożę, nie wiedząc nigdy czym jutro
                    rodzinę nakarmi aż go ukatrupiła gdzieś zaraza. Napisał on: Izraelowi,
                    bratu starszemu, szacunek i poważanie. Weź te słowa, Karolku bo mówił
                    je facet uczciwy skoro dziś jego sztukę sam Gomułka zrywa z afisza.
                    Weź też moje polskie Szczęść Boże – choć go tu nigdzie nie widzę.
                    Uściśnij te pieć brudnych palców na znak wybaczenia tym, do których
                    wspólnoty się poczuwam. Weź i już idź za bramę. – Uścisnął dłoń, zgarnął
                    węzełek, poszedł i przepadł gdzieś w świecie. O jednego druha mniej, o
                    dziesięć razy trudniej samemu dalej żyć.
                    Ale żyć trzeba i żeby to było łatwiej trzeba obrobić porucznika Pająka.
                    Trzeba z ust jego własnych wydobyć tajemnicę sprawy Piotrowskiego,
                    przenicować ją potem w spokoju w te i wewte i zobaczyć, jaki złoty
                    rubel, jaki kamień filozoficzny w niej się kryje. Ale jak? -Papierosy! –
                    błysnęła mi nagle myśl.
                    Panie poruczniku, zapali pan sobie? – Pająk stał na boku patrząc
                    • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 11:01
                      Krzysztof R Robak
                      Panie poruczniku, zapali pan sobie? – Pająk stał na boku patrząc
                      zawistnie na kryminalistów zaciągających się chciwie świeżo zdobytymi
                      sportami. Pewnie znowu nie miał grosza przy duszy. A na dodatek jakiś
                      łajdak wyłuskał mu z kieszeni ostatnią paczkę giewontów. Teraz
                      zawahał się nieco a ja, wyczuwając to zakłopotanie, dodałem
                      konfidencjonalnie –pan bierze, poruczniku – tu wcisnąłem mu w rękę
                      dyskretnie dwie paczki. –Ja mam oko na tego co pana obrobił przed
                      wypiską. Odbiorę sobie przy okazji, po cichu.-
                      Oczywiście nie byłem na tyle głupi żeby ryzykować życiem dla głupich
                      papierosów ale ten pretekst był Pająkowi potrzebny. Wziął oglądając się
                      na boki. Po chwili paliliśmy obaj zgodnie. Dwie obozowe wrony, większa
                      i mniejsza. Która bardziej czarna?
                      Wracają już te ofiary losu, patrzcie no student, ooo,, czy to jest wojsko?
                      Moi, to byli żołnierze, czysty glanc, nie jak kalwaryjskie dziady te tutaj –
                      tu wskazał z pogarda na pododdział „Bundeswehry”, która właśnie
                      przekroczyła bramy obozu maszerując w niemrawej, gnuśnej kolumnie,
                      często gęsto myląc krok. Grzechotały przerdzewiałe, niezdatne do
                      niczego peemy. Któremuś spadla z czoła zmięta furażerka, ktoś komuś
                      podstawił nogę, inny znowu bezczelnie i na glos śpiewał barakową
                      sołdacką czastuszkę. –Tfu- splunął Pająk. Dwóch kaprawych oficerów
                      LWP wlokło się z tylu. Spojrzałeś na ich wymięte twarze, zaplamione
                      mundury i niemal czułeś kwaśny odór rzygowin osiadły tam z ostatniej
                      popijawy. Nic dziwnego, że zamiast z X Dywizją Zmechanizowaną
                      imienia Bohaterów Armii Radzieckiej rozjeżdżać transporterami
                      opancerzonymi czeskie ogródki działkowe w Mlada Boleslav czy też
                      zamiast założywszy czerwone berety VI Pomorskiej Dywizji Powietrzno-
                      Desantowej klepać po tyłkach niechętne dziwki w Hradec Kralove,
                      wlekli się teraz smętnie pędząc gromadę złodziei w mundurach. I to do
                      baraku, o ironio losu, Bundestagiem zwanego.
                      Bundeswehra idzie do Bundestagu – zarechotał nagle Pająk – dobrzeście
                      ich przezwali! –Klepnął się z radością po udzie. Przysiedliśmy na murku
                      zaciągając się chciwie dymkiem. Od kantyny dobiegały pomiaukiwania
                      tych, którym Duży Tolek przy pomocy pięści musiał przypomnieć, że nie
                      dali jeszcze haraczu w szlugach za „opiekę”. Pająk odłożył na bok swoje
                      dwie paczki a uwolniwszy ręce zaczął gestykulować żywo. –Moi, to było
                      wojsko. Jak ostre strzelanie to czyja kompania wzięła pierwsze miejsce
                      w pułku ? Wiadomo, kapitana Pająka. Starali się chłopcy, kb w ręku ani
                      drgnął. Na pozycje podchodzili jak tygrysy. Cztery kroki: bach bach bach
                      bach; pad jak pod ogniem wroga, a ja tylko cicho z tylu: spokój Kaziu,
                      hamuj się Józek, nie wal jak grochem z dupy, tarcza to nie wróbel na
                      płocie. A potem sam pułkownik Iwanow przyszedł gratulować. Ja
                      melduję a on: Nu, rebiata, postczastliwiloś? A chłopcy, jak jeden: Tajest,
                      obywatelu pułkowniku! I szczerzą zęby od ucha do ucha. A ja, student,
                      jak ta gwiazda na niebie. I co? Przepustki były, urlopy były a dziwy w
                      miasteczku dostały takie grzanie, że do dziś pewnie córkom z łezką w
                      oku wspominają –
                      -A musicie wiedzieć, student, że wszędzie znajdzie się kanalia. I u nas
                      też była. Taki batalionowy politruk, nożem po ogonie chrzczony, psi syn,
                      robił pode mną jak mógł. A że ślub w kościele, a że ojciec w legionach
                      Piłsudzkiego chadzał na Kijów, wszystko ci bracie wyniuchał. I co mi
                      mógł zrobić, ku... jego mać?! -–zerwał się zaperzony z murka a pod
                      okiem zaczęło mu tikac nerwowo –Gówno mógł bo kompania kapitana
                      Pająka wygrała pułkowe zawody. Tak! –tu stanął przez chwilę triumfalnie
                      się rozglądając, aż zaciekawieni złodzieje zaczęli ukradkiem otaczać nas
                      kołem. Po chwili, jakby cień przebiegł przez chłopskie, pobrużdżone
                      życiem oblicze dożywotniego porucznika służby więziennej Pająka. Siwe
                      oczy przygasły a ciało wtuliło się ze wstydem w pogardzany przez
                      wszystkich granatowy mundur klawisza. – Wszystko byłoby dobrze, żeby
                      tylko nie ten Piotrowski.- zamruczał. – Ech – machnął ręka z rezygnacja.
                      – ja to mam zawsze pecha. Taki to już mój kulawy los.-
                      Usiadł znów koło mnie na murku, sięgnął do paczki giewontów, odpalił i
                      zaciągnął się ponuro. Tak trwał. To był moment na który czekałem. –
                      Panie poruczniku, jak to właściwie było z tym frajerem? Bo tu mówią tak
                      i siak, człowiek połapać się nie może, gdzie prawda.-
                      A tak było. Po prostu. Życie mi złamał ten gnój wszawy. Przyszedł do
                      kompanii z nowym rocznikiem w pięćdziesiątym piątym roku. Wiecie jak
                      to wtedy było. Stalinizm, kołchozy, wielkie pyski a tatuś Piotrowskiego
                      to,oho ho, figura, instruktor Komitetu Wojewódzkiego Partii. Dzisiaj to by
                      pewnie poszedł do komendanta Wojskowej Komendy Rejonowej i przy
                      wódce wyrobił synusiowi w papierach platfusy. A wtedy? Wszyscy się
                      bali. Więc przyszedł do mnie, psi syn, bo moja kompania najlepsza. Tatuś
                      pogadał z politrukiem i do mnie go dali. Najlepsza kompania to i jemu
                      będzie tu pewnie najlepiej. Ha ha ha! Niedoczekanie- myślę ja sobie-
                      Zrobię ja z ciebie żołnierza!
                      -A musicie wiedzieć, student, co to było za cudo. Niewysoki, krępy a
                      silny. Udawał przygłupa gdy go pogonić do roboty ale jak w pegeerze
                      robiliśmy to kartofle przy nim workami szły na wieś na wódkę. Nie dało
                      rady go chwycić za rękę. A politycznie wyrobiony, a wyszczekany, że
                      ręce opadały, musiałeś uważać żeby ci taki gnój kolo dupy nie narobił.
                      Każę ja go raz strzyc bardziej niż innych, to znaczy na zero bo
                      wszystkich żołnierzy wtedy strzygli krotko, jak w Armii Radzieckiej. A
                      ten wyrywa się spod brzytwy i do mnie tak szczeka: obywatelu
                      kapitanie, ja jestem obywatel w mundurze, kandydat Partii, ja swoje
                      prawa znam, jest teraz pięćdziesiąty szósty rok a nie sanacja, a czy wy
                      w ogóle znacie postanowienia ostatniego Plenum Polskiej Zjednoczonej
                      Partii Robotniczej? Aż mnie zatkało.-
                      Albo zakradam się ja do niego na warcie. Mgła wokoło, ciemno jak u
                      Murzyna, a ja już wiedziałem ze on na warcie lubi sobie pokimać albo
                      nawet zerznąć żołnierkę Magdę pod dziurą w płocie. Wielu to robiło ale
                      on? Niedoczekanie! Ostrzegam lojalnie: słuchajcie Piotrowski,
                      regulaminy znacie? No to wiedzcie: jak was złapię na warcie że rypiecie
                      żołnierkę to nic tylko prokurator wojskowy będzie w robocie. A on, że
                      skądże, ze Magdy nie lubi. Skradam się ja więc i słyszę ich chichot.
                      Słyszę nawet jak on ją maca. A wszędzie mgła i ciemno. Potknąłem się a
                      tu ten sku...syn, nic, bez regulaminowego ostrzeżenia: stój! Kto idzie?
                      Stój? Kto idzie? Stój!- będę strzelał, po prostu nic tylko bach bach we
                      mnie z karabinu, mało mnie wtedy nie przestrzelił! Na dochodzeniu
                      wyszło na to że to moja wina. I że ja nie dosłyszałem ostrzeżenia. Każę
                      wołać żołnierkę a tu ona ani mru-mru. Nie była pod płotem i nie była.
                      Później dopiero wyszło na jaw, że Piotrowski błysnął jej w oczy
                      czerwoną legitymacją, Partią i UB nastraszył. A ja wyszedłem na jelenia,
                      jeszcze przepustkę w nagrodę mu dać musiałem. A jak by mnie wtedy
                      sięgnął to, człowieku, tydzień urlopu leci. Takie jest prawo w wojsku.-
                      - Oj, myślę ja sobie, toś ty taki:? Widzę też, że mi się wojsko zaczyna w
                      palcach rozłazić. Czyja to robota? Piotrowskiego, wiadoma rzecz. To tak
                      jakbyście, student, wrzucili zgniłe jabłko do skrzynki. Co będzie?
                      Wszystkie jabłka smrodem przejdą.-
                      -Skoro tak- myślę ja sobie – no to tak! Nie ma rady. Tu idzie walka o
                      twoją skórę, kapitanie Pająk. I będzie tak, jak Lenin powiedział: „Kto
                      kogo?” Tłumaczył nam właśnie politruk na zebraniu partyjnym ten
                      artykuł Lenina. A ja siedzę i myślę se tylko bez ustanku: kto kogo? Pająk
                      Piotrowskiego czy Piotrowski Pająka? A ten drań, Piotrowski, też
                      zrozumiał że zaczyna się bój, już wtedy, na zebraniu organizacji
                      partyjnej. Zerwał się i tak do oficera politycznego: dziękuję wam
                      towarzyszu majorze za jasne wytłumaczenie myśli leninizmu. My
                      szeregowcy, bylibyśmy wam wdzięczni, gdybyście częściej
                      • swiniopas6 Re: Zaloba po Jacusi 24.06.12, 11:08
                        zeregowcy, bylibyśmy wam wdzięczni, gdybyście częściej bywali na
                        naszej kompanii i zechcieli tak ciekawie jak dzisiaj wykładać nam idee
                        klasyków. Bo nasz dowódca – tu wskazał mnie znacząco oczami – jest
                        zbyt zajęty wyszkoleniem bojowym. – Taak? Załupało mi w żyłach – to już
                        się zaczynasz bać, już się chowasz za majora? Czekaj ty mały politruku,
                        ja cię jeszcze wyszkolę! – Nie było rady. Pająk albo Piotrowski.
                        Dopadłem go pod brama, jak wracał z urlopu. Spóźnił się o godzinę, był
                        niedopięty i pijany. Z miejsca dostał tydzień ścisłego aresztu. Czekaj
                        bratku, już tutaj nie obroni cię twój chrzczony nożem protektor, oficer
                        polityczny. Dechy tylko na noc w garnizonowym areszcie a na dzień
                        stołek co wpija się w tyłek lub betonowa podłoga. Jedzenie co drugi
                        dzień tylko a co drugi jedynie chleb i woda. Zimno i smród. A jak ci już
                        bratku bardzo, bardzo źle to sobie wydrap paznokciem na ścianie:
                        mamusiu ja tutaj płakałem. Wyszedł jeszcze hardy więc ja go zaraz za
                        coś tam znowu, łup, dwa tygodnie zwykłego. Profos aresztu, mój
                        znajomek, pogonił go do roboty jak psa, że aż dostał pęcherzy na rękach.
                        Wyszedł blady i oj, już mu się wojska odechciało. Spał na górze i zaczął
                        odtąd po nocach szcz.... Mówił, ze to z przeziębienia w areszcie i że on
                        chce do szpitala. W izbie żołnierskiej zaczęło śmierdzieć. Żołnierz z dołu
                        zagroził dezercją. Zebrałem paru chłopców i tak od niechcenia im
                        mówię, że co, rąk, skórzanych pasów nie mają? Więc w nocy kapral
                        zarzucił mu koc na głowę i chłopcy zaczęli prać sprzączkami od pasów.
                        Ale nie dali rady. Cwany był i żylasty. Spał w butach i jak się złapał
                        rękami poręczy to nie wziąłeś go od tylu. Wierzgał jak osioł. Kapralowi
                        złamał nos obcasem, chłopców roztrącił. Kwiczał tak nieludzko że aż
                        dyżurny oficer przybiegł z wartą. Niee, to nie były sposoby na
                        Piotrowskiego.-
                        -Ale szcz... go oduczyłem. No więc dość, że znalazłem w innej kompanii
                        szczającego żołnierza. Wypożyczyłem go od ich sierżanta za dobrego
                        wojaka i dwa litry wódki, rozumie się na słowo honoru że go sobie potem
                        znowu weźmie do siebie. Położyłem obu szczunów na jednym łóżku.
                        Nowy na górze, Piotrowski na dole. O północy dyżurny ich budził i zmiana
                        warty. Piotrowski właził na góre, nowy szedł spać na dól. Najpierw lali
                        obaj jakby jeden chciał drugiego utopić. Zauważyłem nawet że
                        Piotrowski donosi sobie z kolacji manierkę kawy aby się po północy
                        dopełnić. Walczyli tak prawie tydzień jak dwa giganty. Człowieku, to były
                        wonie! Kazałem ich na noc wystawiać z łóżkiem na korytarz bo by mi
                        wojsko ogłosiło bunt ale słomy w wyrach nie dałem zmienić.-
                        Po tygodniu Piotrowski się poddał.- Obywatelu kapitanie, melduję że
                        jestem już zdrowy- Na to tylko czekałem! – Ach tak, Piotrowski, to żeście
                        już wyzdrowieli? – odparłem groźnie – A czy to nie dziwne że tak szybko?
                        Znaczy się, wy żeście poprzednio symulowali Piotrowski, tak tak,
                        chcieliście się od służby ludowej ojczyźnie wymigać! Zdemaskowałem ja
                        was nareszcie, Piotrowski. Wróg ludu, sługus zachodnich imperialistów
                        jesteście! – grałem ja już na całego a żywy ogień huczał mi w gardle.
                        Zresztą, marzyłem od dawna żeby już raz, nareszcie, złamać tego drania.
                        Krew mnie autentycznie zalewała. A teraz nadszedł czas ostatniej próby.
                        Pająk albo Piotrowski. Wszystko było gotowe, paru wtajemniczonych
                        wiedziało co mają robić. Nic tylko podnosić w teatrze kurtynę.
                        Warta, aresztować mi tego żołnierza!
                        -Za co, obywatelu kapitanie?
                        - Za zdradę munduru, symulację, kapowanie przełożonych tam gdzie nie
                        trzeba, za to wszystko i sto innych rzeczy staniecie za kwadrans przed
                        sądem polowym
                        Nie macie prawa! Ja chcę rozmawiać z towarzyszem majorem!
                        -Jaa nie mam prawa, Piotrowski? Patrzcie no tu – tutaj mignąłem mu
                        czerwono opieczętowaną kopertą przed nosem –Od pól godziny jest tajny
                        alarm bojowy jednostki! Amerykańsko- niemieccy faszyści uderzyli na
                        obóz socjalistyczny. Ja nie tylko mam prawo postawić was teraz przed
                        sądem polowym ale też i wyrok natychmiast wykonam. Przez
                        rozstrzelanie.-
                        Piotrowski rozejrzał się z niedowierzaniem a zgłupiałe twarze żołnierzy,
                        ich żywy przestrach, posiały w nim ziarno zwątpienia.
                        Warta, brać zdrajcę, związać i zamknąć w ustępie. Przygotować stół dla
                        sadu polowego, wyrok ma być wydany natychmiast!-
                        Oczywiście, skojarzenie słów Sąd Polowy i Wyrok przejęło każdego
                        dreszczem nie mniejszym niż Atak Amerykańsko- Niemiecki. Czyż słyszał
                        ktoś, żeby sąd polowy zrobił kiedyś coś innego niż uśmiercił raz tam
                        postawionego żołnierza? Takie coś nie mieści się po prostu w naszym
                        socjalistycznym wojskowym pojęciu prawa. A na poparcie miałem już
                        przygotowany Kodeks Karny Wojska Polskiego gdzie aż się roi od
                        plutonów egzekucyjnych i szubienic. I zakreśliłem już odpowiednie
                        paragrafy, młot na Piotrowskiego. Siedział on teraz w klozecie a ja
                        ryczałem na korytarzu: Alarm bojowy, pobierać karabiny i amunicję,
                        bagnet na broń, przygotować się do ataku atomowego! Znaczyło to mieć
                        pod ręką tak zwane „śmiertelne koszule” czyli papierowe worki
                        zakładane przez głowę, podobno niezawodny środek na opad
                        radioaktywny. Wszyscy byli przejęci i biegali jak wariaty a Piotrowski w
                        klozecie wszystko słyszał.
                        A ja- Dowódcy, wyprowadzać plutony przed barak do przeglądu, po
                        egzekucji zaraz będzie wymarsz na bojowe rozśrodkowanie jednostki.
                        Aha, wy, wy i wy, skoczcie po łopaty, wykopać mi migiem na dziedzińcu
                        słup dla Piotrowskiego. Chorąży Kazmierczak – tu mrugnąłem
                        porozumiewawczo – wyznaczyć pluton egzekucyjny, ja osobiście będę
                        dowodził wykonaniem wyroku. Przed frontem kompanii. Czy już się
                        zebrał sąd polowy?-
                        Sąd polowy już czekał w świetlicy. Dwóch chorążych i sierżant. Ja
                        oskarżałem. Obrońcy nie przewidzieliśmy ale Piotrowski tak był przejęty
                        tym całym hałasem, ze jak go warta pod bronią przywiodła to nie miał
                        głowy pytać. Trząsł się jak galareta. Nie miał siły słowa wybąkać.
                        Wywiodłem calą sprawę pełnym głosem tak żeby wojsko na dziedzińcu
                        słyszało. Sypałem paragrafami. Śmierć, śmierć, śmierć a na dziedzińcu
                        szczękały łopaty. Pisarz sztabowy, co nic nie wiedział, mało nie zemdlał.
                        Dostał takiej trzeciączki rak, że nie dal rady protokołować. To do reszty
                        upewniło Piotrowskiego.
                        -Nie zabijajcie mnie – skowytał i brał się do całowania nas po rękach. A
                        ja mu surowo – milcz zdrajco w obliczu sprawiedliwości ludowej!-
                        Wyrok zapadł szybko i bez ceregieli, zupełnie jak w życiu. Przed front
                        kompanii trzeba było go wlec, tak zesłabł ze strachu. Przywiązali go do
                        słupa, wszystko jak się należy, nakryli szmatą oczy. Nie dał rady stać ze
                        strachu, wpół wisiał. Nawet już nie kwiczał. Chorąży przytroczył mu do
                        piersi wycięte serce z papieru i pouczał wojsko, gdzie ma celować. W
                        kompanii ktoś chlipał, ktoś zawołał- darujcie mu !-
                        -A ja na to- Za chwilę pójdziemy wszyscy w bój, może zginiemy od
                        atomu, nie ma dziś litości dla zdrajców! – Załadowałem osobiście pięć
                        karabinów, oczywista rzecz, ślepymi nabojami i wydałem ludziom.
                        Ustawiłem pluton egzekucyjny na sześć kroków od Piotrowskiego,
                        stanąłem z boku z pistoletem w garści.
                        W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w imieniu ministra obrony
                        narodowej marszałka Konstantego Rokossowskiego
                        -pluton egzekucyjny
                        -do zdrajcy ojczyzny Piotrowskiego
                        -salwą
                        PAL !!!
                        Gruchnęła salwa. Sierżant, co czaił się z tylu, rzucił w tym momencie
                        mokrą szmatę Piotrowskiemu w twarz.
                        I co? I co? Zesrał się? – zaczęli się dopytywać tłumnie zebrani wokoło
                        więźniowie. Pająk milczał ponuro. A wreszcie niechętnie- Gorzej.
                        Odwalił mi ten Piotrowski kawał, jakiego się nie spodziewałem. Ostatni
                        kawał w swym życiu. Upadł i zsiniał a po paru minutach umarł. Podobno
                        atak serca.-
                        Milczał i siedział ponuro na murku z twarzą ściągniętą jak u zbitego
                        kundla. Pewnie na wspomnienie tego co było potem. Od Bundestagu
                        dobiegały pokrzykiwania zarzyganych oficerków. Trzaskały menażki,
                        szurały buty. Zwykły barakowy zgiełk przed kolacją.
                        • hassleader Re: Zaloba po Jacusi 25.06.12, 01:01
                          Mocne. Dla mnie bomba!
Inne wątki na temat:
Pełna wersja